„Pakt Piłsudski–Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium” - P. Zychowicz - recenzja


Piotr Zychowicz, autor bestsellerów poświęconych niedoszłemu sojuszowi Polski z III Rzeszą, tragedii powstania warszawskiego oraz polskim patriotom współpracującym z niemieckim okupantem w czasie II wojny światowej, w swojej najnowszej książce cofa się o dwadzieścia lat wstecz. Stara się udowodnić, że wydarzenia opisane w jego poprzednich dziełach, po prostu nie miałyby w ogóle miejsca, gdyby Polacy w 1920 r. wykorzystali szansę na obalenie władzy bolszewickiej w Rosji i odbudowę Rzeczpospolitej przedrozbiorowej. Książka zaczyna się od wizji polskiej ofensywy na Moskwę jesienią 1920 r. Żołnierze polscy zajmują Kreml, a ułan Józef Mackiewicz staje twarzą w twarz z Leninem.

Autor przekonuje, że Piłsudski jest polskim bohaterem narodowym jako zwycięzca w bitwie warszawskiej, ale mógł być bohaterem całego wolnego świata jako pogromca komunizmu. Dwukrotnie, w 1919 i 1920 r., Wojsko Polskie we współpracy z Białymi Rosjanami mogło rozgromić bolszewików. Zduszenie bolszewizmu w zarodku niewątpliwie zmieniłoby losy świata. Nie byłoby zbrodniczego Związku Sowieckiego i Stalina. Bez zagrożenia ze strony komunizmu również Hitler nie doszedłby do władzy i nie powstałaby III Rzesza. Los bolszewizmu spoczywał w głównej mierze w rękach polskiego naczelnego wodza.

Aby zrozumieć przebieg zdarzeń i główne tezy książki, trzeba przypomnieć trzy opisane w niej koncepcje odbudowy Rzeczypospolitej po 1918 roku. Za idealne rozwiązanie Autor uznał koncepcję konserwatywną – restaurację monarchicznej Rzeczpospolitej Trojga Narodów, w której nieuświadomieni chłopi ruscy i litewscy mieli zgodnie współżyć z Polakami.  Nie zauważył jednak, iż było to niemożliwe w realiach XX wieku. Idee lewicowe i nacjonalizmy zapadły już bowiem w świadomość milionów ludzi. W tym fragmencie książki, Zychowicz realista z „Obłędu ’44„ i ”Opcji niemieckiej” staje się niepoprawnym marzycielem, przy okazji nadmiernie idealizując konserwatywne ziemiaństwo.

Ostro krytykuje nacjonalistyczną koncepcję Romana Dmowskiego, odrzucającą  wielonarodową Rzeczpospolitą na rzecz etnicznej „Polski dla Polaków„. Określił ją jako „pomniejszanie Polski„ lub też ”skracanie ojczyzny”. Przychylnie potraktował natomiast ideę federacyjną Piłsudskiego, będącą kompromisem między konserwatywną ideą imperialną (odbudową dawnej Rzeczypospolitej), a endeckim programem stworzenia kadłubowego, etnicznego państwa polskiego. Uznając rozwój ruchów narodowych, Piłsudski zamierzał połączyć więzami federacyjnymi z Polską odtworzone Wielkie Księstwo Litewskie, podzielone na trzy kantony: litewski (Kowno), polski (Wilno) i białoruski (Mińsk). Ukraina miała być niepodległym państwem, ale związanym z Polską ścisłym sojuszem. Autor słusznie zwrócił uwagę, że Piłsudski nie pomagał ukraińskiemu przywódcy Symonowi Petlurze bezinteresownie. W jego koncepcji Ukraina miała być uzależniona od Polski politycznie i ekonomicznie.

Zdaniem Zychowicza pierwszy katastrofalny błąd popełniono już w sierpniu i wrześniu 1919 r. Gdy gen. Anton Denikin rozwijał swoją ofensywę znad Morza Azowskiego w kierunku Moskwy, a Nikołaj Judenicz atakował Piotrogród, Piłsudski zatrzymał oddziały polskie na linii Berezyny. Mógł iść dalej na Smoleńsk i Moskwę. Bolszewicy, którzy rzucili wszystkie rezerwy przeciwko Białym, mieli w sumie ok. 500 tys. żołnierzy na wszystkich frontach. Wojsko Polskie liczyło 600 tys. ludzi. Wyprawa na Moskwę była całkowicie wykonalna, co przyznał w jednym z wywiadów prof. Janusz Cisek. Jednakże Piłsudski całkowicie świadomie pomógł bolszewikom pokonać Denikina. To było  dla niego „mniejsze zło”, co potwierdzali świadkowie, m.in. gen. Tadeusz Kutrzeba. Tajne porozumienie z bolszewikami zawarte przez wysłanników Naczelnika Państwa Zychowicz nazwał właśnie nieformalnym paktem Piłsudski-Lenin.

Logika nakazywała Piłsudskiemu myśleć, że bolszewicy są słabsi, czyli na dłuższą metę będą mniej groźni niż Biali Rosjanie, za którymi stały mocarstwa zachodnie. Ponadto po klęsce Białej Rosji to Rzeczpospolita miała wyrosnąć na strategicznego sojusznika Francji w Europie Wschodniej. Autor recenzowanej książki podkreśla, że postawa Piłsudskiego wobec Denikina wynikała nie tylko z politycznej kalkulacji, ale także ze względów ideologicznych (wciąż był człowiekiem lewicy) oraz osobistych urazów i emocji (niechęć wobec carskiej Rosji). Zdaniem Zychowicza, Piłsudski dobrze znał zbrodniczy charakter władzy bolszewickiej, ale mimo to nie zrozumiał jak wielkim zagrożeniem może być bolszewicka Rosja dla Polski i całego świata.

Podstawową przeszkodą dla sojuszu polsko-rosyjskiego była jednak postawa samego Denikina. Zychowicz przyznaje, że Denikin akceptował Polskę tylko w granicach Kongresówki i nie chciał rozmawiać o żadnym kompromisie. Twierdzi jednak, że to Biali byli słabszą stroną wojny domowej w Rosji i nawet po swoim zwycięstwie, wobec ogromu problemów na głowie, nie byliby w stanie odebrać Polsce tego, co zbrojnie by zajęła. Również ich sojusznicy, Francuzi i Brytyjczycy, nie  mogliby tego wyegzekwować od Polski. Zdaniem Zychowicza należało zastosować politykę faktów dokonanych, tzn. podejść pod Smoleńsk, zająć Kijów i oprzeć się na Dnieprze, uzyskując w ten sposób wschodnią granicę Rzeczypospolitej sprzed 1772 r. Biali Rosjanie musieliby się z tym pogodzić.

Autor omawianej książki stwierdził, że „Wojsko Polskie wczesną jesienią mogło bez większego trudu zająć cały teren przedrozbiorowej Rzeczypospolitej”. Zakładany przez niego sceanriusz jest jednak zbyt optymistyczny. W rzeczywistości Kijów i okolice były poza zasięgiem Wojska Polskiego. Denikin wkroczył tam już 31 sierpnia 1919 r., podczas gdy Polacy byli wtedy w okolicach Równego (250 km na zachód). Zychowicz pominął zupełnie fakt, że w tym czasie pomiędzy Galicją Wschodnią i zachodnim Wołyniem, opanowanymi przez Polaków, a armią Denikina, funkcjonowała jeszcze Ukraińska Republika Ludowa pod przywództwem Symona Petlury. Ukraińcy trzymali się na wschodnim Podolu i wschodniej części Wołynia. Denikin absolutnie nie uznawał ukraińskich aspiracji niepodległościowych i faktycznie toczył wojnę na dwa fronty. Do walki z armią URL jesienią 1919 r. rzucił ok. 25 tys. dobrze uzbrojnych żołnierzy.  To niewątpliwie osłabiało jego siłę uderzeniową podczas ofensywy na Moskwę.

Sojusz z Denikinem oznaczałby wrogą postawę wobec Ukraińskiej Republiki Ludowej i faktyczną akceptację zajęcia środkowej Ukrainy przez Białych Rosjan. Tymczasem Piłsudskiemu zależało przede wszystkim na oderwaniu Ukrainy od Rosji, bo to właśnie pozbawiało ją mocarstwowości. Dlatego podjęta przez niego decyzja była jak najbardziej racjonalna. Dopiero po upadku Denikina można było przystąpić do rozgrywki o Ukrainę, jaką był sojusz Piłsudski-Petlura w kwietniu 1920 r.

Polski przywódca zamierzał nie tylko realizować swoją koncepcję federacyjną. Stawiał także na demokratyczną „trzecią Rosję”, popierając Borisa Sawinkowa – socjalistycznego rewolucjonistę i terrorystę, który utworzył w Warszawie Rosyjski Komitet Polityczny. Jak trafnie  opisał to Zychowicz, plan Piłsudskiego podzielony był na trzy etapy:

  1. rozbicie „Pierwszej Rosji” (białej) rękami bolszewików,
  2. rozbicie „Drugiej Rosji” (czerwonej) przez Wojsko Polskie,
  3. stworzenie „Trzeciej Rosji” (demokratycznej).

Tak więc faktyczne ciche porozumienie z bolszewikami był „elementem jego dalekosiężnej strategicznej układanki”.

Trzeba się natomiast w pełni zgodzić z dokonaną przez Zychowicza oceną przyczyn niepowodzenia „wyprawy kijowskiej” wiosną 1920 r. W polskiej literaturze utrwalił się pogląd, że winni byli sami Ukraińcy, którzy nie poparli Petlury. W rzeczywistości większość mieszkańców Ukrainy była nastawiona antybolszewicko. Zawinili przede wszystkim Polacy. Po pierwsze: cztery tygodnie to za mało czasu na sformowanie armii ukraińskiej. Po drugie: Wojsko Polskie zachowywało się często jak okupant, a nie sojusznik, zniechęcając ludność do sojuszu. Po trzecie: nie ogłoszono powszechnej mobilizacji do armii ukraińskiej i nie przekazano władzy administracyjnej w ręce Ukraińców. Popełniono też liczne błędy w dowodzeniu (np. wstrzymanie ofensywy na 10 dni, co pozwoliło bolszewikom na wycofanie się za Dniepr), w wyniku których już po miesiącu armia polska musiała opuścić Kijów.

Druga szansa na realizację koncepcji federacyjnej pojawiła się jesienią 1920 r., po polskim  zwycięstwie w bitwie warszawskiej oraz późniejszym rozgromieniu bolszewików w bitwie nad Niemnem. Armia Czerwona cofała się w rozsypce, a droga na wschód praktycznie stała otworem. Od południa, z przyczółka krymskiego, bolszewików atakowali Biali Rosjanie, dowodzeni przez gen. Piotra Wrangla („Czarnego Barona”). W głębi Rosji wybuchały bunty i powstania chłopskie. Warto w tym miejscu wspomnieć o silnym ruchu powstańczym na Ukrainie, liczącym co najmniej 40 tys. partyzantów. Już w sierpniu 1920 r. połączone zgrupowania chłopskie zbliżyły się na odległość 30 km od Kijowa. Armia Ukraińskiej Republiki Ludowej, walcząca po polskiej stronie, liczyła również około 40 tys. ludzi.

W momencie wejścia w życie rozejmu z bolszewikami, podpisanego w Rydze 12 października 1920 r., Wojsko Polskie zajęło już Mińsk, a na południowym odcinku frontu Korosteń, położony zaledwie 140 km na zachód od Kijowa. Tymczasem Wrangel szykował się do ofensywy  na południowej Ukrainie (w rejonie Zaporoża i Mariupola). Wspólnymi siłami, przy wsparciu powstańców, można było w dwa tygodnie opanować całą Ukrainę i Białoruś. Sojusznicy spotkaliby się na wschód od Kijowa, a następnie dobili ciągnących resztkami sił bolszewików. Niestety, polska delegacja na rozmowy pokojowe dążyła do jak najszybszego podpisania rozejmu z Sowietami.

W literaturze przytacza się zwykle dwa argumenty przekonujące, że tak być musiało. Po pierwsze: wyczerpana armia polska nie miała sił do dalszej walki; po drugie: naród polski miał już dosyć wojny i pragnął pokoju. Zychowicz przekonuje jednak, że wystarczył dodatkowy, zaledwie  dwutygodniowy wysiłek (przysłowiowowy rzut na taśmę), aby dojść do linii Dniepru, a na to z pewnością było stać uskrzydlone zwycięstwami Wojsko Polskie. Ponadto, zawierając sojusz z Wranglerm mogliśmy liczyć na wsparcie (polityczne i materialne) ze strony Francji. Nie chodziło tutaj też o brak woli walki w narodzie, tylko o postawę większości elit politycznych – rządzących socjalistów, ludowców i endeków. Łączyła ich niechęć do polskich „obszarników„ – ziemiaństwa z ziem wschodnich oraz do koncepcji federacyjnej Piłsudskiego. Pragnęli w istocie ”Polski dla Polaków”.

Zarówno lewica, jak i endecja, uważały, że bolszewicy są „mniejszym złem„ od carskiego generała Wrangla. Dobitnie to wyraził Stanisław Grabski, gdy podpisując rozejm w Rydze rzekł: „Podpisujemy w tej chwili wyrok śmierci na armię Wrangla„ (Zychowicz skomentował tę wypowiedź następująco: „Nieszczęsny człowiek – nie rozumiał, ze podpisuje również wyrok na Polskę”). Autor recenzowanej książki słusznie podkreśla istotne różnice między Denikinem a Wranglem. ”Czarny Baron” był gotów na kompromisy ze wszystkimi potencjalnymi sprzymierzeńcami w walce przeciwko bolszewikom. Uznał nawet prawo Ukrainy do niepodległości (choć stało się to dopiero 5 listopada 1920 r., gdy Wrangel był  już całkowicie przyciśnięty do muru – o czym Zychowicz nie wspomina). W każdym bądź razie sojusz z nim nie zamykał bynajmniej drogi  do realizacji koncepcji federacyjnej.

Obszerną część książki poświęcono opisowi i ocenie polsko-bolszewickich rokowań pokojowych, zakończonych podpisaniem 18 marca 1921 r. traktatu w Rydze. Zychowicz poddaje ten dokument i polską delegację sejmową totalnej krytyce (moim zdaniem całkowicie słusznie). Traktat nazywa hańbą ryską, Nową Targowicą, zdradą stanu, kapitulacją zwycięzców, aktem głupoty politycznej, samobójstwem, czwartym rozbiorem Polski. Był to niewątpliwie punkt zwrotny w dziejach Polski. Umarła idea wielonarodowego mocarstwa, porzucono ideę jagiellońską. II Rzeczpospolita była tylko cieniem dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Bolszewicka delegacja w Rydze składała się z wytrawnych dyplomatów (z przewodniczącym Adolfem Joffe na czele), potrafiących wykorzystać podziały wśród Polaków. Natomiast Polska, zdaniem Zychowicza, wysłała amatorów z sejmowego klucza politycznego, w szczególności „póinteligenta„ Jana Dąbskiego i ”grabarza Rzeczyspospolitej” Stanisława Grabskiego. Doszło do sytuacji wręcz kuriozalnej. Polscy delegaci dążyli do szybkiego podpisania rozejmu, zadając cios w plecy własnej armii. A przecież to Lenin pragnął w tym momencie pokoju za wszelką cenę, aby uratować swoją władzę. Bolszewicy byli gotowi oddać Polsce całą Białoruś jako zapłatę za szybki rozejm na froncie i zrzeczenie się przez stroną polską poparcia dla niepodległościowych dążeń Ukrainy.

Trudno w to uwierzyć, ale Grabski nie przyjął takiego prezentu i chwalił się nawet, że „wyciął wrzód miński„. Jako zwolennik Polski etnicznej uznał, że w państwie polskim byłoby wtedy za dużo mniejszości narodowych. Ponadto naiwnie liczył, co potem sam przyznał, na ”utrwalenie trwałej przyjaźni politycznej z Rosją sowiecką”. W gruncie rzeczy dokonano wówczas rozbioru Białorusi. Jakże inaczej wyglądałaby dzisiejsza Białoruś, gdyby zamiast sowietyzacji i rusyfikacji uzyskała autonomię w ramach Rzeczypospolitej. Ze względów strategicznych, granica opierająca się na północy o Dźwinę i Dniepr, zaś na odcinku środkowym o bagna poleskie, byłaby również znacznie łatwiejsza do obrony.

W rozdziale zatytułowanym „Jałta ’21„, Zychowicz zwrócił uwagę na fakt niemal zupełnie zapomniany, a wyjątkowo haniebny. Otóż zdradziliśmy wtedy naszych sojuszników – Ukraińców, Rosjan, Białorusinów i Kozaków – którzy w łącznej liczbie 70 tys. żołnierzy walczyli ramię w ramię z Polakami przeciwko bolszewikom. Bez ich udziału mogłoby nie być zwycięstwa.  W szczególności Polska złamała umowę sojuszniczą z Ukraińską Republiką Ludową, podpisaną 21 kwietnia 1920 r. Dla Ukraińców traktat ryski oznaczał kolejny rozbiór Ukrainy – ”nowe Andruszowo”.

W Rydze zdradzono nie tylko sojuszników, ale także (a może przede wszystkim) 1,5 miliona Polaków mieszkających na wschód od ustalonej linii granicznej. Dotyczyło to w szczególności patriotycznej szlachty zagrodowej ze wschodniej Białorusi (barwnie opisanej w powieści Floriana Czarnyszewicza „Nadberezyńcy”) oraz polskich skupisk w okolicach Kamieńca Pdolskiego, Płoskirowa i Żytomierza. Jak przekonuje Zychowicz, rozmawiając z bolszewikami z pozycji siły można było uratować nie tylko Białoruś, ale także Podole i wschodnią część Wołynia. Zapisy traktatu ryskiego o ochronie praw ludności polskiej w ZSRS były tylko pustymi słowami.

Krytyczne oceny traktatu ryskiego były już wielokrotnie formułowane w historiografii. Np. Władysław Pobóg-Malinowski nazwał go „olbrzymią klęską polityczną„ po wielkim zwycięstwie militarnym. Z kolei Norman Davies w książce „Orzeł biały, czerwona gwiazda„ napisał, iż podpisanie rozejmu w Rydze zostało przyjęte przez Lenina jako „zbawienna łaska”. Doszedł nawet do wniosku, że ”w kategoriach obiektywnych trudno mówić o jakimś zwycięstwie. Żaden z celów nieprzyjacielskich stron nie został osiągnięty”. Niemal wszyscy historycy byli jednak zgodni co do tego, że Józef Piłsudski musiał zaakceptować decyzje zapadające w Rydze i właściwie nic innego nie mógł zrobić.

Odmienną tezę wysunął przed laty Józef Mackiewicz, stwierdzając, że Piłsudski, podobnie jak endecy, wybrał kompromis z bolszewikami. Po nieudanej próbie stworzenia socjaldemokratycznej „Trzeciej Rosji”, nie chciał zwycięstwa Wrangla. Zychowicz idąc tym tropem stwierdza, że  Piłsudski faktycznie nie zrobił absolutnie nic, aby storpedować rozejm w Rydze, choć miał takie możliwości. Jako zwycięski wódz cieszył się przecież ogromnym autorytetem w wojsku i społeczeństwie. Mógł osobiście interweniować w Rydze, a w ostateczności zorganizować coś w rodzaju buntu gen. Żeligowskiego, ale na większą skalę. Tymczasem było zupełnie przeciwnie, niż sądzi większość Polaków. Piłsudski świadomie wybrał szybkie zakończenie wojny, o czym świadczy ujawniony kilka lat temu przez prof. Andrzeja Nowaka dokument na temat tajnej misji wysłannika Piłsudskiego do bolszewików we wrześniu 1920 r.

Według Zychowicza, Naczelnik Państwa miał wówczas do wyboru dwa warianty korzystne dla Polski. Wariant maksymalny to całkowite pobicie bolszewików w sojuszu z Wranglem. Gdyby się  nie udało jesienią 1920 r., mogło być dokończone wiosną 1921 r. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że w momencie gdy podpisywano traktat ryski (18 marca 1921) władza bolszewicka była wciąż bardzo słaba. W całym kraju tliły się bunty chłopskie, a na wyspie Kronsztad koło Piotrogrodu wybuchło powstanie marynarzy. Dopiero wprowadzenie Nowej Ekonomicznej Polityki (NEP) było wybawieniem dla Lenina.

Wariant drugi (minimalny) polegał na szybkim dotarciu Wojska Polskiego do Dniepru i podyktowaniu bolszewikom warunków pokoju. Przyparci do muru musieli by oddać nie tylko Białoruś, ale również większą część Ukrainy. Na obszarze między Zbruczem i Dnieprem mogła   powstać Ukraińska Republika Ludowa. Tak więc Piłsudski miał szansę realizacji swojej koncepcji federacyjnej. Niestety po nieudanym pierwszym podejściu (wyprawie kijowskiej) zrezygnował z drugiej próby. Zabrakło mu konsekwencji i determinacji. Wiele lat później miał powiedzieć: „Ja przegrałem życie, nie udało mi się stworzyć federacji”.

Moim zdaniem oba warianty były jak najbardziej realne. Nieopłacalny w realizacji był natomiast postulowany przez Zychowicza podbój całej Litwy i łotewskich Inflant Polskich. Militarnie było to oczywiście możliwe, ale polityczne koszty byłyby zbyt duże. Rzeczpospolita musiałaby borykać się z litewskim i łotewskim nacjonalizmem na terenach, gdzie Polacy byli jednak w zdecydowanej mniejszości. Przede wszystkim spotkałoby się to z potępieniem ze strony elit państw zachodnich, przywiązanych do propagandowego sloganu o „samostanowieniu narodów”.

W ostatniej części książki Autor opisał niezwykle obrazowo tragiczne następstwa traktatu ryskiego, czyli prawdziwy Holokaust Polaków w Związku Sowieckim. Przypomniał, że w czasie  Wielkiego Głodu na Ukrainie zginęło co najmniej 60 tys. naszych rodaków. Tymczasem rząd polski, dbając o poprawne stosunki z Moskwą po zawarciu paktu o nieagresji w 1932 r., nie zrobił nic, aby ich ratować. Na dodatek, w prasie cenzurowano informacje o tej tragedii. Nawiasem  mówiąc, nie wykorzystano doskonałej okazji, aby skutecznie ukrócić komunistyczną agitację o „sowieckim raju„, szerzoną wśród ukraińskich chłopów w Polsce. Później, w latach 1937–1938 w wyniku ludobójczej „akcji polskiej„ zamordowano w ZSRS 200 tys. Polaków. Ledwie 18 lat po traktacie ryskim, Rzeczpospolita  utraciła ziemie na wschód od Bugu, a Polaków na tych terenach spotkały deportacje i kolejny akt ludobójstwa. Długofalową konsekwencją Rygi było także powstanie ”Polski Ludowej”. Co istotne, to wszystko było do przewidzenia. Przed takim rozwojem wydarzeń ostrzegali cytowani w książce konserwatywni politycy i publicyści, np. prof. Marian Zdziechowski. Niestety, nikt nie chciał ich słuchać.

Uznając traktat ryski za wielką klęskę w dziejach Polski, Autor bynajmniej nie zamierza umniejszać znaczenia bitwy warszawskiej w historii naszego kraju. Wprost przeciwnie – stwierdza,  że na miejscu Pałacu Kultury powinien stanąć łuk triumfalny upamiętniający rok 1920. Uważa także za coś niezrozumiałego, że do dziś nie powstało Muzeum Bitwy Warszawskiej.

Publikacja Piotra Zychowicza opiera się na dotychczasowym dorobku polskiej i zachodniej historiografii oraz licznych dokumentach wydanych drukiem, pamiętnikach, wspomnieniach i publicystyce. Zabrakło natomiast sięgnięcia do rosyjskiej literatury naukowej. W ostatnich latach pojawiają się tam wartościowe prace poświęcone m.in. Denikinowi, Wranglowi i antybolszewickim powstaniom chłopskim.

W recenzowanej książce nie znajdujemy w zasadzie błędów faktograficznych. Pojawia się za to wiele uproszczeń i nadmiernie publicystycznych określeń, np. stwierdzenie, że „Ukraińcy z Galicji dyszeli wielką nienawiścią do Polski„. W innym miejscu Zychowicz utrwala mit o oddziałach Petlury „lubujących się w dzikich grabieżach i pogromach„. Zdarzają się również pewne niedopowiedzenia, częściowo wskazane powyżej. W książce brakuje mi również statystyki narodowościowej (czyli wyznaniowej) ziem białoruskich i ukraińskich wraz z odpowiednią kolorową mapą. Ponadto należy żałować, że Autor nie przedstawił swojej oceny polityki wschodniej III Rzeczypospolitej i szans realizacji idei ”Międzymorza” po 1989 r. oraz opinii na temat tego jaka powinna być współczesna polska polityka wobec Rosji, Ukrainy, Białorusi i Litwy.

Muszę także odnieść się do jednej kwestii natury językowej. Piotr Zychowicz nie używa terminów Kresy czy Ziemie Wschodnie, odwołując się do historycznych określeń „Korona„, „Litwa„ i „Ruś„, które w XX wieku były już anachroniczne. Co ciekawe, mieszkańców Białorusi nazywa po prostu Białorusinami, a Ukraińców Rusinami. Brak tu konsekwencji, bowiem historycznie jedni i drudzy byli Rusinami. Faktem jest, że świadomość narodowa ludności ukraińskiej nie była jeszcze w pełni ukształtowana, ale używanie terminu „Rusini” wobec uświadomionych i nacjonalistycznie usposobionych Ukraińców z Galicji jest kompletnym nieporozumieniem. Natomiast przymiotnik „rusiński” to neologizm rozpowszechniony  w okresie międzywojennym. We współczesnej literaturze naukowej używany jest przymiotnik „ruski” (pochodzący od „Rusi”), np. ziemie ruskie, chłopi ruscy (a nie ”rusińscy”).  Z pewnością nie było czegoś takiego jak ”język rusiński”.

Tezy zawarte w książce nie są całkiem nowe, ani szczególnie obrazoburcze. Opierają się przecież na faktach, opisywanych już przez historyków. Za najbardziej kontrowersyjny można uznać sam tytuł książki i umieszczoną na okładce ilustrację, które sugerują, że Piłsudski i Lenin osobiście zawarli jakiś pakt. To może być źle zrozumiane i interpretowane przez ludzi nie znających historii. Będzie też z pewnością pretekstem do zajadłych ataków na Autora.

Pomimo wskazanych mankamentów i uproszczeń, najnowsza książka Piotra Zychowicza jest bardzo wartościowa poznawczo i przede wszystkim potrzebna. Autor dokonuje rzeczowej analizy ówczesnej rzeczywistości, błędów i zaniechań polskich polityków. Większość jego tez jest trudna do podważenia, inne mogą być podstawą do interesującej debaty. Moim zdaniem,   największą  zaletą recenzowanej książki jest uświadomienie czytelnikom w popularnej formie, że traktat ryski był klęską planów federacyjnych Piłsudskiego, a zwycięstwo w 1920 r. zostało w dużej mierze zmarnowane. Stracono wielką szansę na odbudowę przedrozbiorowej Rzeczypospolitej w nowej formie. A przecież „polityka to sztuka wykorzystywania możliwości”. Warto o tym dyskutować i wyciągać wnioski na przyszłość.

Plus/minus:

Na plus:

+przystępny język

+ważna tematyka książki

+trafnie dobrana argumentacja

+baza źródłowa

Na minus:

-zbytnie uproszczenia w niektórych kwestiach

Tytuł:  Pakt Piłsudski–Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium

Autor: Piotr Zychowicz

Wydawca: Dom Wydawniczy REBIS

Rok wydania: 2015

Liczba stron: 450

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena: 44,90 zł

Ocena recenzenta: 8,5/10

Opinie i ocena zawarte w recenzji wyrażają wyłącznie zdanie recenzenta, nie musi być ono zgodne ze stanowiskiem redakcji. Z naszą skalę ocen i sposobem oceny możesz zapoznać się tutaj. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanej recenzji, by to zrobić wystarczy podać swój nick i e-mail. O naszych recenzjach możesz także porozmawiać na naszym forum. Na profilu "historia.org.pl" na Facebooku na bieżąco informujemy o nowych recenzjach. Możesz także napisać własną recenzję i wysłać ją na adres naszej redakcji.

20 komentarzy

  1. rebeliant80 napisał(a):

    O tym pisał już Józef Mackiewicz w książce „Lewa wolna”

  2. Bilbo napisał(a):

    Zychowicz nie uprawia historii, lecz publicystykę historyczną w stylu niesławnego Grossa, czyli tworzy tezę i do niej dorabia całą resztę (nie tylko nadmiernie uproszczając czy wyolbrzymiając pewne fakty, ale wyrywając fakty z kontekstu czy wręcz manipulując historią, a nawet gdzieniegdzie kłamiąc). Do tego te obrzydliwe tytuły, typu Obłęd 44, które w dobie kultury masowej mają swoje o wiele większe znaczenie, niż normalnie by miały. Nawet, jeśli jest to jedynie spowodowane względami komercyjnymi (a moim zdaniem, nie tylko), jest to maniera okropna. Tak więc, argumenty tego typu, że przesadził, ale przynajmniej sprowokował do dyskusji są nieuzasadnione. Bo na samym wstępie (jak przy sprawie Jedwabnego) mamy dyskusję od razu skrzywioną i kompletnie wypaczoną.

  3. Marek R. napisał(a):

    Nie przesadzajmy. Obłęd na powstanie warszawskie 1944 roku to najtrafniejsze określenie. Natomiast niewykorzystanie sukcesu z 1920 roku powinno być mocno napiętnowane i dobrze że Zychowicz jedzie po Piłsudskim który przecież nie musiał marnować zwycięstwa.
    Myślę że warto jeszcze byłoby rozważyć koncepcję wspierania Wrangla i przeciwników komunizmu aż do momentu osiągnięcia przez nich równowagi z komunistami lub minimalnej prewagi i następnie wycofanie się z wojny przy granicach z 1619 roku.
    Następnie można by przyglądać się jak Rosjanie wzajemnie się wyżynają w wojnie domowej i odbudowywać Polskę.

  4. Bilbo napisał(a):

    Moim zdaniem, zbyt idealistyczne, a tym samym nierealne podejście do wydarzeń 1920 r. Nie zapominajmy, że Piłsudski działał w określonej przestrzeni politycznej. A to, do czego doprowadzili bolszewicy w Rosji, wiemy teraz - Piłsudski tego nie wiedział i nie miał możliwości nawet przewidzieć, że dojdzie do aż takiego barbarzyństwa.
    I to jest zresztą jeden z najważniejszych zarzutów co do publicystyki pseudohistorycznej Zychowicza - posługiwanie się obecną wiedzą w stosunku do oceny przeszłości.

  5. Jakub napisał(a):

    Doktorze Szumiło,
    Skąd stwierdzenie:
    „Z pewnością nie było czegoś takiego jak ‚język rusiński’.”?
    W jakim języku tworzył chociażby Aleksander Duchnowicz?

  6. Wiech napisał(a):

    Piłsudski był niezłym kombinatorem dla własnych prywatnych spraw ale dał sobie radę ... szkoda jego ofiar » dobrych Polaków ...

  7. Krzysztof napisał(a):

    Zychowicz łamie schematy propagandowe, wiadomym jest, że neutralność Polski względem wojny domowej w Rosji, to błąd niewybaczalny z historycznego punktu widzenia. Niestety wg. propagandy historycznej Piłsudski „geniuszem” był i nie mógł się mylić.

  8. Bilbo napisał(a):

    To, co łamie Zychowicz, to raczej rzetelność historyczną.

  9. Zenon napisał(a):

    Ten Pan nie jest historykiem tylko bajkopisarzem. Gdyby babcia miała wąsy to byłaby dziadkiem. Czym innym jest stawianie naukowo sprawdzalnych tez a czym innym budowanie hipotez wyssanych z palca. Autor niepotrzebnie mąci młodym ludziom w głowach, gmatwa dawno wyjaśnione przez naukowców wątki naszej historii. Jest publicystą a nie historykiem. Historia tworzy się sama i nie mamy wpływu na jej bieg. Takie a nie inne były wówczas uwarunkowania geopolityczne. Inne pytanie jest takie - co by nam dało ewentualne zajęcie Kremla ? Pogłębiło by jeszcze bardziej i tak istniejącą nienawiść pomiędzy Polską i Rosją. Piłsudski zdawał sobie z tego sprawę. Byliśmy zbyt młodą i chwiejną państwowością żeby pozwolić sobie na tego typu wojenki.

    • Piotr napisał(a):

      Zenon
      1. „Historia tworzy się sama i nie mamy wpływu na jej bieg”??? No właśnie z takimi poglądami należy walczyć. Historia nie pisze się sama, tylko piszą ją ludzie, tu i teraz. I na błędach popełnionych w przeszłości trzeba się uczyć, a nie: „historia pisze się sama”.

      2. „co by nam dało ewentualne zajęcie Kremla ? Pogłębiło by jeszcze bardziej i tak istniejącą nienawiść pomiędzy Polską i Rosją” i znowu spory deficyt logicznego myślenia. Rosjanie jakoś nie mieli problemu z atakowaniem Warszawy, w historii wielokrotnym, i nie obawiali się o „pogłębianie nienawiści”... A czy robili słusznie z punktu widzenia swoich interesów? Patrząc na obecną sytuację geopolityczną z ich pozycji, to chyba raczej tak...

      3. „Byliśmy zbyt młodą i chwiejną państwowością żeby pozwolić sobie na tego typu wojenki.” - yhm, zwłaszcza na tle Rosji, która pogrążona była w ultra-krwawej wojnie domowej, totalnym kryzysie państwa...

      • Piotr napisał(a):

        A co do tego, czy Zychowicz ma racje, czy nie, to jestem zbyt dużym laikiem, żeby się wypowiadać, ale na takie tematy trzeba dyskutować. Trzeba się uczyć własnej historii i patrzeć na nią krytycznie, żeby móc dokonywać lepszych wyborów w teraźniejszości... dziękuję za uwagę...

  10. Bilbo napisał(a):

    Oczywiście, że na wszelkie tematy historyczne trzeba dyskutować. Tylko że dyskusja, w której wychodzimy od tezy Zychowicza, jest taka sama, jak przy antypolskich bzdurach Grossa. W normalnej, rzetelnej i merytorycznej dyspucie historycznej obaj autorzy funkcjonowaliby jako jej margines, jako pewna ciekawostka publicystyczna, a nie wyznaczający kierunek.

    • Hades napisał(a):

      Kolego, Historia nie jest zadnym dogmatem, Zychowicz jest z wyksztalcenia Historykiem. Fakt, ze jest publicysta historycznym nie ma zadnego znaczenia, jakos poza wscieklym jazgotem o szarganiu swietosci nie slyszalem zadnej krytyki konstruktywnej jego tez.

  11. Bilbo napisał(a):

    A ja słyszałem jak najbardziej. Tylko że takie dyskusje odbywają się z reguły po cichu. W mediach bryluje sensacja. Na szczęście jest Internet, więc wystarczy poszukać.
    A fakt, że ktoś jest historykiem z wykształcenia ma niewielkie znaczenie w przypadku, jak odchodzi się od warsztatu zawodowego i zasad rządzących daną gałęzią nauki.

  12. aga napisał(a):

    to pierwsza jego książka którą uznaje po prostu za zakłamaną i ohydną.„obłęd44” i pakt „ribentrop-beck” uznałam w swojej naiwnosci za nowatorskie i przełamujące poprawnosciowe tabu. „opcja niemiecka” wzbudzila wątpliwosci, ktore probowalam m.in rozwikłac na spotkaniu z autorem,ale moje argumenty nie robiły na nim wrazenia. powiedzialam ‚ze to niemozliwe bylo wchodzic z niemcami w alians po tym jak bestialsko zostali potraktowani juz na początku Wielkopolacy,Ślązacymordowani ‚(w tym chorzy ) , wyrzucani z domów i własnej ziemi, zmuszeni do niewolniczej pracy.uznałam ‚ze Polacy nie mogliby isc na uklad z bestiami po tym ‚jak część -serce i kolebka ich kraju została wcielona do III rzeszy.na p.zychowiczu najmiejszego wrazenia tonie zrobilo.byl arogancki , drwił i wtedy pomyslalam 2 rzeczy -po pierwsze ‚ze łagodnie mówiąc do Wielkopolan sympatią nie pała ‚ze kresy zachodnie nie znaczą dla niego wiele, jedyne wg niego istotne kresy będące kużnią patriotów to wschodnio-północne.2sprawa pomyslalam o jego niewyobrazalnej HUCPIE-przyszlo mi na mysl to slowo . wiele razy obserwowalam e w dzialaniu u przedstawicieli miejszosci ‚ktorą niewiedzę i dyletanctwo pokrywała bezczelną pewnoscia siebie, opornoscią na wszelkie przeciwne argumenty i strumieniem gładkiej , emocjonalnej ‚potoczystej wymowy,ktora uwodzi i zwodzi sluchacza . jesli chodzi o ostatnia ksiązkę jest ona bezrefleksyjnym ( a moze przemyslanym) powtarzaniem tez banderofilskiej wspolnoty na ukrainie i w Polsce. Obarcza Polaków za ich rzekomą dyskryminację,ale kłamie .nie mowi ani slowa z kim walczyly , przed kim bronily Lwowa Polskie Orlęta w heroicznej śmierci , nie mowi o potwierdzonych przypadkach bestialstw rusinow wobec Polaków na wsiach w 1918 . dzialy sie tam te same rzeczy,co pozniej w1943-1944 tyle ‚ze na niejszą skalę. te same bestialstwa ‚opisywane przez świętego abpa Bilczewskiego , p[rzez biskupa Teodorowicza i in. święci ci ludzie pisali o postawach popów , ktorzy juz wtedy nalegali na riezanie Lachów i to riezanie „blogoslawili” . nie pisze ani slowa ‚ze mimo tych mordów pilsudski chcial oddac Lwów upadlincom , torpedowal razem ze swoimi wspolpracownikami wyslanie wojska na pomoc Lwowowi. pisze o tym w swoich wspomnieniach gen.Dowbor-Musnicki. zychowicz podaje ta pozycje w bibliografii ‚wiec o tym czytal.trudno sie dziwic ze spoleczenstwo gremialnie wiedząc o tym nie chcialo wspomagac podlych rusinów. kolejna sprawa wielokrotnie pisze ‚ze nasze granice byly ustabilizowane wiec ‚zolnierze mogli szwendac sie i wtracac w ruskie-rosyjskie sprawy.to nieprawda !!!wykrwawiali sie w wojnie o Polskę wspaniali powstancy śląscy , ktorym pilsud pomóc nie chcial!!! jęczeli o pomoc pomorzanie ‚oczym znowu pisal z rozpaczą gen Dowbor. tym Polakom pilsud tez pomóc nie chcial. gen Haller miałzdobyc dla Poski Pomorze ‚ale wojenki pilsuda na wschodzie spowodowaly ‚ze stracilismy ziemie odwiecznie polskie. i polscy zolnierze zamiast pomóc Slązakom i Pomorzanom oddawaly zycie za rusinow ‚ktorzy mordowali lwowskie dzieci. dlatego spoleczenstwo tych wojen nie chcialo . narod chcial wspomagac swoich ‚ktorzy znalezli sie poza granicami nowego panstwa . zieral pieniadze na wsywobodzenie Pomorza i ślaska

    • PIotrx napisał(a):

      Dodałbym jeszcze jedną kwestię co do Ukrainy - to za rządów Petlury (notabene masona) zaczęły się mordy i grabieże na Polakach z powodów etnicznych - wspomina o tym choćby Zofia Kossak-Szczucka w „Pożodze”
      Np. opisuje jak pewna uzbrojona banda zmieniła „przekonania polityczne” z bolszewickich i w pełnym składzie weszła do armii „petlurskiej” pod nazwą „kurenia śmierci” - robiła nadal dokładnie co wcześniej czyli rabunek i mordy ludności polskiej czy żydowskiej. Wiekszosc tamtejszych prostych ludzi nie miala żadnego poczucia narodowego a ich mentalność nierzadko nawiązywała do najgorszych wzorów hajdamackic) (niszczyć , zabjać, rabować)

      Do tego nieszczera polityka siczowców galicyjskich którzy głośno mówili o przyjaznej neutralności zawartej z wojskami polskimi i o przymierzu zas po cichu prowadzili agitację antypolską . Po wsiach krążyły broszury wzywające chłopów do wytępienia całej ludności polskiej.

      W wieku XIX pod zaborem austriackim „Zoria Hałyćkaja„ zachęcała do wytępienia ”polskich panów”, pouczała chłopów, jakich narzędzi mają używać do walki - pali, drągów, toporów i siekier. Dnia 31 lipca 1848 r. na posiedzeniu unickiej Rady Świętojurskiej we Lwowie użyto po raz pierwszy jakże popularnego później hasła: Lachy za San. Z takim bagażem Ukraińcy weszli w przełomowy dla dziejów tej części Europy Środkowej okres wojen światowych.

      Idea eksterminacji Polaków oraz wyrzucenia pozostałej przy życiu ludności z reszty ziem „Wielkiej Ukrainy” była bardzo popularna wśród ukraińskich elit politycznych już w pierwszej połowie XX w. Po raz pierwszy pojawiła się w publicystyce politycznej działacza nacjonalistycznego Mykoły Michnowśkiego.

  13. Patryk C. napisał(a):

    Jestem w połowie tej książki i bardzo mnie zainteresowała. Nie znam ówczesnych realiów politycznych zbyt dobrze, więc jest to póki co jedyne dla mnie źródło informacji. Argumentacja autora w dużej mierze do mnie trafia - jest dużo odniesień do relacji ludzi znających tamte realia. Traktat w Rydze wydaje mi się rzeczywiście straconą szansą. Widzę wiele negatywnych opinii na temat tego tytułu. Czy mógłby ktoś podać kontrargumenty dla autora i przede wszystkim - jakieś alternatywne źródła opisujące to zagadnienie? Widzę zarzuty nieprawdy wobec p. Zychowicza, więc prosiłbym o przedstawienie źródeł to potwierdzających. Bardzo chętnie zgłębię temat.

Zostaw własny komentarz