„Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne” – M. Łuszczyna – recenzja


Termin „polskie obozy koncentracyjne” na całym świecie jednoznacznie kojarzy się z obozami zakładanymi przez nazistowskie Niemcy w latach 1939-1945 na ziemiach polskich. Często wpisuje się także w nurt obarczania Polaków odpowiedzialnością za Holokaust. Mało jednak mówi się o mrocznych latach 1945-1957, kiedy to zbudowane przez Niemców obozy nadal zapełniały się ludźmi, a strażnik obozowy miał właściwie nieograniczoną władzę nad więźniem.

Dla mieszkańców Katowic nie jest niczym dziwnym organizowany co roku „Marsz na Zgodę„. Reszta kraju być może odnosi wrażenie, że tytułowa zgoda to po prostu pojednanie, przebaczenie. Nic bardziej mylnego. Zgoda to dzielnica Świętochłowic, którą wpierw niemiecki nazizm wybrał na miejsce jednego z podobozów KL Auschwitz, a mianowicie KL Eintrachthütte, a później w tych samych barakach nowo tworząca się władza ludowa do spółki z Armią Czerwoną stłoczyła mieszkańców Górnego Śląska, którzy w jakikolwiek sposób byli podejrzani. Nie sposób w recenzji wymienić wszystkie okoliczności, jakie ”kwalifikowały” do osadzenia w Zgodzie i innych miejscach. Wielu osadzonych zmuszano do pracy w kopalniach niezależnie od ich zawodowych kwalifikacji.

Marek Łuszczyna dotknął bardzo ważnego, ale także solidarnie przemilczanego przez wszystkie ekipy rządowe, problemu powojennego terroru. Dokumenty dotyczące ofiar powojennego systemu obozu, niby znajdujące się w wolnym dostępie m.in. w Archiwum Państwowym w Katowicach nie są podstawą do powstania monograficznego opracowania, które trafiłoby do szerokiego grona czytelników. O okresie powojennym w oficjalnej polskiej narracji historycznej mówi się szeptem, choć w obozach znajdowali się także żołnierze wyklęci i ich rodziny.

Mała zbrodnia miała szansę przełamać mur milczenia. Jako publikacja niewątpliwie trudna, powinna zachować wysoką jakość merytoryczną, bez względu na gatunek do jakiego należy. Jednak nawet jak na reportaż historyczny rażą ogromne uproszczenia, anachronizmy czy wręcz błędy. Czytelnik dowiaduje się, że w okresie II wojny światowej istniał „dystrykt górnośląski”, choć jest to jednostka administracyjna istniejąca wyłącznie w okresie pruskim. Obozy przykopalniane nie podlegały Centralnemu Zarządowi Przemysłu Węglowego, a Centralnemu Zjednoczeniu owego przemysłu. Dość kontrowersyjne (choć może miał to być sarkazm) jest stwierdzenie, że na Śląsku nie było silnego ruchu oporu. Wiadomo wszak, że jednym z argumentów za utworzeniem KL Auschwitz był właśnie wzrastający w siłę opór. Zabrakło również wyjaśnienia, że mit Werwolfu był jak najbardziej sztucznie pompowany przez komunistów. Brakło precyzji w stwierdzeniu, że obozy pracy przy kopalniach były wymysłem nazistowskim. Takie obozy, w których pracowali jeńcy wojenni, na Śląsku lokalizowano już podczas I wojny światowej. Być może tak samo niedopowiedzeniem jest informacja, że zakłady IG Farben w Monowicach (gdzie zlokalizowany był KL Auschwitz III-Monowitz) produkowały Cyklon B. Gaz ten był bowiem dostarczany do komór gazowych w KL Asuchwitz II-Birkenau z zakładów w Dessau.

Choć niniejsza recenzja została napisana na podstawie egzemplarza próbnego, należy zaznaczyć, że w tekście można natknąć się na literówki, które niekiedy tworzą błąd merytoryczny. Tak jest z podaniem obecnej ulicy Leszczyńskiej w Oświęcimiu jako ulicy Leszczynskiego oraz przekręceniem nazwiska komendanta obozu w Oświęcimiu z Masłobojew na Masłojebow.

Oprócz wymienionych mankamentów książka Łuszczyny ma kilka mocnych stron. Należą do nich relacje i rozmowy z osobami osadzonymi w obozach po 1945 r., a także obecnymi decydentami, którym zdecydowanie na rękę jest panująca powszechnie niepamięć. Przypomina także sprawę odnalezienia kartoteki więźniów zatrudnionych w kopalni Klimontów.

Podtytuł książki może wydawać się kontrowersyjny. Czy powojenne obozy można nazwać „polskimi obozami koncentracyjnymi”? Sądzę, że potrzebna jest dokładna analiza wykorzystania obozów po 1945 r., pełnionych przezeń funkcji i odtworzenia stratyfikacji społecznej więźniów (co wbrew pozorom nie jest aż tak niemożliwe). Może w końcu kiedyś powstanie porządna monografia, ale jak na razie warto zapoznać się z Małą zbrodnią.

 

 

Plus minus:

Na plus:

+ relacje i rozmowy

+ poruszenie ważnego tematu

Na minus:

- uogólnienia i anachronizmy

- kilka błędów merytorycznych

 

Tytuł: Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne

Autor:  Marek Łuszczyna

Wydawca: Znak Horyzont

Rok wydania: 2017

ISBN: 978-83-240-4175-6

Liczba stron:  320

Okładka: twarda

Cena: 39,90 zł

Ocena recenzenta: 7/10

 

Korekta: Klaudia Orłowska

 

 

Opinie i ocena zawarte w recenzji wyrażają wyłącznie zdanie recenzenta, nie musi być ono zgodne ze stanowiskiem redakcji. Z naszą skalę ocen i sposobem oceny możesz zapoznać się tutaj. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanej recenzji, by to zrobić wystarczy podać swój nick i e-mail. O naszych recenzjach możesz także porozmawiać na naszym forum. Na profilu "historia.org.pl" na Facebooku na bieżąco informujemy o nowych recenzjach. Możesz także napisać własną recenzję i wysłać ją na adres naszej redakcji.

7 komentarzy

  1. janpan napisał(a):

    To nie polskie obozy tylko sowieckie.

  2. maniek napisał(a):

    a Bereza Kartuska -to obóz czy więzienie?

  3. Bilbo napisał(a):

    Nawet nie sowieckie, ile po prostu komunistyczne.

  4. Alutekk napisał(a):

    Dwa dni temu przyszła książka i ją w zasadzie połknęłam. Recenzja jest nieuczciwa i nieprawdziwa. Trudno powiedziec o jakie uogólnienia chodzi bo autor opowiada po prostu historię „na bohaterach”. Nie jest żadna „monografia”, dziwny tekst

  5. pcs napisał(a):

    Sowieckie? Komunistyczne?
    A komuniści nie mieli narodowości?
    Przerażające jest szukanie nazw, które miałyby zrzucić odpowiedzialność na jakiś innych.
    Ale rodziny ofiar pamiętają. Po przejściu Armii Czerwonej zostali już mówiący po polsku. Gdy katowani słyszeli, że teraz Polacy będą mieli lepsze życie, bo do pracować będą na nich Ślązacy, nikt nie mówił po rosyjsku, sowiecku czy komunistycznemu. Oprawcy mówili po Polsku, a komendant obozu na Zgodzie jeszcze w 1960 otrzymał odznakę Wzorowego Funkcjonariusza Służby Więziennej.

  6. Bilbo napisał(a):

    Jeśli Salomon Morel reprezentował narodowość polską to gratuluję tego punktu widzenia. Mówienie po polsku jeszcze o niczym nie znaczy. To była przede wszystkim mentalność podporządkowana ideologii komunistycznej, która orientowała się na Sowietów, którzy byli bandytami.

Zostaw własny komentarz