„Jesteśmy dobrym muzeum i dobrą firmą” – wywiad z Davidem Willey’em, kuratorem The Tank Museum w Bovington


Przy okazji Tank Fest 2017 i konferencji prasowej Wargamingu dotyczącej gry World of Tanks miałem przyjemność porozmawiać nie tylko z osobami, które mają wpływ na kształt tej produkcji. Wśród moich rozmówców znalazł się także David Willey, kurator The Tank Museum. Oto zapis tej rozmowy.

Curator David Willey. Fot.: Wargaming.net

David Willey nie był pierwszym Brytyjczykiem, z którym miałem przyjemność rozmawiać, ale jest najbardziej brytyjskim spośród wszystkich. Szczególnej powagi nadaje mu wspaniała, siwa broda. Ma skoncentrowane na rozmówcy oczy i niezwykle miły dla ucha, niski głos. Po nieco ceremonialnym powitaniu, pełnym brytyjskich uprzejmości, przeszliśmy do rzeczy.

Grzegorz Antoszek ­– Na początku chciałem powiedzieć, że zawsze chciałem tu przyjechać. Bovington, Kubinka i Munster to trzy najważniejsze miejsca…

David Willey – Kubinka? Münster? <śmiech>

G.A. – …jakie może chcieć odwiedzić miłośnik czołgów. Na początku chciałbym spytać o historię tego miejsca – czemu powstało, kto je założył i w jakim celu.

D.W. – Jest to miejsce, gdzie działała brytyjska armia podczas I wojny światowej w 1916 roku, kiedy projektowano pierwsze czołgi. Armia potrzebowała odosobnionego miejsca, poligonu położonego z dala od skupisk ludzkich, by trenować. Przybyła więc do Bovington. To tutaj miały miejsce ćwiczenia najpierw Sekcji Ciężkiej Korpusu Karabinów Maszynowych, a potem Królewskiego Korpusu Czołgów. Armia została tu też po wojnie. Przyprowadzono tu czołgi z Francji i pocięto na złom. Twierdzono, że czołgi nie będą już potrzebne, że taka wojna ponownie już nie nastąpi. Armia zaczęła tworzyć kolekcję czołgów, by uczyć żołnierzy. Zachowano więc po egzemplarzu każdego z pojazdów. Zwracano uwagę na rozwiązania, które wypaliły, i na te, które były fiaskiem. To dało początek kolekcji muzealnej. Z czasem, za każdym razem, gdy Wielka Brytania angażowała się w wojnę, przechwycone czołgi wroga poddawano ocenie i przywożono do Bovington. Tak rozrastała się kolekcja. Armia dalej ma tu swoją bazę, więc oryginalny zamysł kolekcji nadal jest realizowany. Odbywają się tu treningi wojsk pancernych, lecz oczywiście muzeum jest teraz znacznie bardziej nastawione na działalność publiczną, stanowiąc dużą atrakcję turystyczną. Nadal także powiększamy kolekcję, wymieniając się i otrzymując nowe rzeczy. Co ciekawe, w porównaniu do innych muzeów, zobaczyć u nas można żołnierzy. Moją rolą jest przede wszystkim uczenie żołnierzy. To część mojej pracy. Robimy takie rzeczy, biorąc czołgi na ćwiczenia, jak np. T-34 czy ostatnio T-72, ex-polski T-72, i stawiamy je w roli czołgów przeciwnika. Dzięki temu brytyjscy żołnierze zaczynają zdawać sobie sprawę, że jest to czołg. W ciągu ostatnich dziesięciu lat, w Iraku czy Afganistanie, czołgów praktycznie nie było. Wszyscy patrzą za Polskę, na Rosję Putina, na to co się dzieje na Ukrainie. W Wielkiej Brytanii wszyscy wreszcie się budzą. Czołgi powracają w wielkim stylu, mamy więc kolekcję, której używany do nauki.

G.A. – To bardzo interesujące. Czy w tym miejscu w latach 20. lub 30. trenowały Eksperymentalne Siły Zmechanizowane?

D.W. – Kiedy pierwszy raz rozpoczęto treningi, to ideą było połączenie wszystkich rodzajów wojsk razem – piechoty, czołgów, artylerii, ciężarówek, komunikacji radiowej itd. Opublikowano później wyniki tych eksperymentów. Inne kraje, jak np. Ameryka, stworzyły po tym fakcie swoje wojska zmechanizowane. Także Niemcom spodobał się ten pomysł. Owa idea testów towarzyszyła nam pomiędzy wojnami. W wielu aspektach przodowała w świecie. W wielu dziedzinach zdarza się, że zapominamy danych nam lekcji i uczymy się ich ponownie. Zawsze więc opowiadamy historię swojej pierwszowojennej kolekcji czołgów. Mamy tu każdy rodzaj czołgów: pierwszy czołg użyty bojowo, pierwszy czołg szybki – Whippet, pierwszy czołg inżynieryjny, zbudowany podczas Wielkiej Wojny, pierwszy transporter opancerzony, Mark IX, zdolny do przewożenia do 30 żołnierzy naraz. Wszystko to powstało podczas I wojny światowej. W dniu zakończenia wojny testowano pierwszy czołg pływający na jeziorze za Londynem w celu przeprowadzenia desantu morskiego! Pomyślano więc już o wszystkim. Zapomnieliśmy o tym przed wybuchem II wojny światowej i musieliśmy się nauczyć tego od nowa. Dlatego teraz używamy kolekcji wozów w celu przypominania ludziom doświadczeń przeszłości. Jutro jeździć u nas będzie francuski czołg St. Chamond o napędzie spalinowo-elektrycznym, wypożyczony z Saumur. A jakie napędy testujemy obecnie? Spalinowo-elektryczne właśnie. Tego typu pomysły ciągle powracają.

G.A. – Jak Elefant i inne pojazdy inżyniera Porsche.

D.W. – Oczywiście! Choć jego idea wtedy nie wypaliła. Ferdinand Porsche to człowiek wielkich idei, które zawodziły. Jest też druga kwestia. Można nauczyć się na przykład, że warto patrzeć do przodu, ale to nie wystarczy, bo czy istnieje wystarczająco dojrzała technologia, która te nowatorskie pomysły wspiera? Niemcy poparły projekt Elefanta od Porschego. Wspaniale? Tak, ale gdzie pozyskać miedź na wszystkie silniki elektryczne. No, nie mogło być idealnie. Nawet oni widzieli problemy surowcowe. Nawet dzisiaj wiele armii myśli, czy uda się kupić wszystko w momencie wojny, lecz także, czy nie znajdzie się ktoś, kto po prostu da większą sumę i kupi nawet mniejszą ilość sprzętu niż my, ale ją kupi. Problemy powracają do nas, gdyż Wielka Brytania i Irlandia nie posiadają już zaplecza przemysłowego. Ciekawi mnie również taka kwestia, gdyż w armii mówi się, że zawsze walczymy wraz ze swoimi aliantami. Za mojej młodości jednak walczyliśmy sami w wojnie o Falklandy. Nie poszło nam tam szybko i łatwo, więc rozumiesz chyba, co się dzieje, kiedy nie ma sojuszników. Jakie kroki trzeba poczynić. W ubiegłym tygodniu mieliśmy konferencję odnośnie przyszłości armii. Mówimy więc o swoim pomyśle i o tym, na co wypada uważać. Wszyscy chcemy teraz nowych technologii, ale co, gdy się zepsują? Czy można wyłączyć cały osprzęt i nadal strzelać z dostępnego działa przez przyrządy celownicze? Czy można wyłączyć cały ekwipunek i prowadzić ogień? Jeśli nie, to przeciwnik ma nas w garści. Wystawa wokół nas pokazuje nie tylko sukcesy i legendy, ale także wielkie pomysły, które zawiodły. To tylko niektóre lekcje warte przytoczenia zwiedzającym.

G.A. – Współtworząc Tankfest, jesteście bardzo aktywnym muzeum. Jest to widoczne wśród miłośników czołgów i nie tylko. Dlaczego to robicie? Zamiast postawić tu i ówdzie kilka czołgów, podpisać je, zabezpieczyć sznurkiem i pić kawę? Dlaczego chcecie angażować się w nowoczesne rodzaje promocji?

D.W. – Jesteśmy organizacją charytatywną o niezależnym charakterze. Celem naszej działalności jest przybliżenie historii czołgów, głównie tych będących w służbie, i tym lepsza nasza działalność, im więcej osób się o tym dowie. Odnosimy dzięki temu więcej sukcesów. I jeśli przynosi to większe zyski, jeśli sponsorują nas ludzie z World of Tanks, możemy zrobić więcej: odrestaurować więcej pojazdów, stworzyć lepsze wystawy. Dlatego też jest to dla nas takie ważne. W niektórych elementach, jak np. Internet, dopiero się uczymy. Mamy ćwierć miliona polubień na Facebooku. Fajnie, ale nie wiem do tej pory, co nam to daje. Rozumiesz o co mi chodzi? Sprawdzamy, kto nas może zasponsorować, kupić coś z naszego sklepu, nawet będąc w Ameryce Południowej. Czy ktoś nas wesprze, jeśli wstawimy na naszą stronę internetową rzeczy związane z naszą działalnością, jak odrestaurowujemy pojazd, historie czołgów, weteranów itd. Dla nas jest to szczególnie ważne, gdyż szczerze powiedziawszy bez pieniędzy tych rzeczy by nie było. Jest to dla nas bardzo ważne, bo jesteśmy dobrym muzeum i dobrą firmą. Oba te aspekty idą w parze.

G.A. – Czy wydarzenia takie jak Tank Fest są waszym głównym źródłem dochodu, czy to tylko dodatek do tego, co dostajecie od wojska czy państwa w ogóle?

D.W. – Teren użytkujemy za darmo. Płacimy natomiast za budynek. Elektryczność opłaca armia. Płaci również dwóm z sześćdziesięciu naszych pracowników. Pozostałych pięćdziesięciu ośmiu opłacamy my. Nie jesteśmy więc w stanie nic zrobić bez pieniędzy. Armia daje nam teren, ale nas nie finansuje. Musimy zarabiać. Ktoś stwierdzi, że można pozbyć się kadry i zamknąć muzeum na zwiedzających. Kojarzysz francuskie Saumur?

G.A. – Tak, kojarzę.

D.W. – A byłeś w tamtejszym muzeum? Nie? To tak wyglądalibyśmy bez zacięcia biznesowego – wielka kolekcja pojazdów, których nikt nie ogląda.

G.A. – Rozumiem.

D.W. – Mnóstwo pojazdów, miła kadra, ale w środku pustki. Nie jest tak? Są tutaj nawet dzisiaj i przyznają nam rację. Wojsko dalej ma tam swoje biura itd. Jest tutaj dzisiaj osoba stojąca na czele muzeum. Przygląda się ona nam i ocenia, co należy zrobić i jak poprawić własną placówkę.

G.A. – Teraz już niestety ostatnie pytanie, gdyż czeka mnie jeszcze jeden wywiad, a pan ma na pewno własne sprawy. Czy nie uchyliłby pan nieco kulisów wypożyczenia Tygrysa „131” do filmu Furia? Jak bardzo skomplikowane było wypożyczenie go na potrzeby filmu i współpraca na planie?

D.W. – Początkowo twórcy przyjechali do Bovington w sprawie Shermana. Przedstawiliśmy im naszego Shermana M4A3E8, czyli tego, który pojawił się w filmie jako tytułowa Furia. W trakcie rozmów rzucono pytanie o szanse wypożyczenia Tygrysa. Cóż… Początkowo nie byliśmy pewni. Potem zgodziliśmy się, lecz pytając o to, co twórcy zamierzają z nim zrobić. Negocjacje były długie, pełne bardzo sztywnych zasad. Co do kontraktu, to twórcy filmu stwierdzili, że zajął on więcej roboty papierkowej niż kontrakty Brada Pitta i pozostałych aktorów razem wziętych.

G.A. – Naprawdę?

D.W. – Wiedzieliśmy, że jeśli popełnimy jakiś błąd, to ludzie zwyzywają nas od idiotów za zniszczenie Tygrysa. Wszystko było spisane. Ile razy można odpalić silnik, ile razy zmienić bieg. Jeśli mowa o scenie, gdzie jeździł Tygrys, to na jej potrzeby położono betonową drogę, którą następnie zasypano cienką warstwą błota, dzięki czemu czołg mógł bezpiecznie po niej przejechać. Przed użyczeniem czołgu spisaliśmy każdą zasadę. Czołg spędził na planie dwa tygodnie, podczas gdy nasz Sherman był w rękach twórców sześć miesięcy. W nocy wedle kontraktu czołg miał specjalną wiatę z ogrzewanym namiotem, pilnowanym 24 godziny na dobę. W środku nocy wstawałem osobiście i sprawdzałem, czy czołg jest chroniony. Nie mogliśmy sobie pozwolić na ryzyko w postaci złodziei pamiątek, kradnących np. hamulec wylotowy. Wszystko było starannie spisane. Przez całe dwa tygodnie przebywaliśmy na planie. Jeśli reżyser kazał kierowcy powtórzyć scenę, nawet mając do dyspozycji tysiące osób i miliony funtów w wyposażeniu, to kierowca pytał się o zgodę. Musieliśmy mieć pewność, że nic złego z czołgiem się nie stanie. Wiedzieliśmy dokładnie, na co pozwalamy i co jest dozwolone. Ekipa filmowa była w porządku, robiła to, co mówiliśmy. Brad Pitt zakochał się wręcz w czołgach, w tym w Shermanie, a także polubił się z kadrą. Bardzo nam to pomogło. Celem naszym nie był bowiem zarobek, a raczej zdobycie popularności. I to zadziałało. Mnóstwo osób obejrzało ten film i dowiedziało się o Bovington. Dowiadują się o nas nieco więcej i przyjeżdżają do nas. W ten sposób jesteśmy coraz lepsi. Przekazujemy historię coraz większej ilości osób. Tak to działa.

G.A. ­– Powiedzieć, że jesteście inspirujący, to wciąż za mało. Dziękuję za rozmowę i serdecznie życzę powodzenia.

D.W. – Dziękuję i wzajemnie.

Korekta językowa: Aleksandra Czyż

Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum. Na profilu "historia.org.pl" na Facebooku na bieżąco informujemy o nowych artykułach. Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

Zostaw własny komentarz