Utgard, czyli słowacki Festival včasného stredoveku


W mitologii nordyckiej mianem Utgard określano mroźną krainę olbrzymów, pośrodku której znaleźć można zamek o takiej samej nazwie. Wykorzystali ją również organizatorzy festiwalu historycznego, odbywającego się w słowackich górach.

 

W dniach 15–16 lipca odbyła się już trzecia edycja tego wczesnośredniowiecznego festiwalu. Wraz ze swoją Drużyną1 miałem przyjemność zawitać tam w latach poprzednich, stąd też mogłem dostrzec wyraźne postępy, jakie poczynili organizatorzy. Wydarzenie miało miejsce niedaleko miejscowości Jasenové, na niewielkiej polanie otoczonej z trzech stron wzniesieniami pokrytymi gęstym lasem. Festiwal nie był skierowany tylko do rekonstruktorów odtwarzających Wikingów, Słowian, Awarów itd., ale także do lokalnych mieszkańców, którzy dwa lata temu masowo go odwiedzali. W ubiegłym roku z powodu bardzo ulewnych deszczy frekwencja, zarówno turystów, jak i odtwórców, była słabsza, stąd też gdy przeczytałem, iż podczas całego tegorocznego festiwalu miało być pochmurno i wilgotno, przed oczami stanęła mi zeszłoroczna edycja, o której jeszcze poniżej wspomnę.

W miarę zbliżania się do Jasenové krajobraz stawał się znajomy. Widać było charakterystyczne, strzeliste skałki czy duże polany, których widoki miały cieszyć nas przez najbliższe kilka dni. Gdy w piątkowy wieczór przybyliśmy na miejsce, naszym oczom ukazało się znacznych rozmiarów obozowisko, w którym, niestety, jeszcze stały samochody, odtwórcy zaś przechadzali się we współczesnych ubraniach. Nie zrażało to w żaden sposób kilku czeskich i słowackich grup, które w tym czasie w historycznych pancerzach urządzały sobie trening walki w szykach. Szczęśliwie wszystkie niehistoryczne elementy zniknęły jeszcze w piątek.

Dies Saturni – sobota

Sobotni poranek powitał rekonstruktorów niemal bezchmurnym niebem. Wszyscy cieszyli się, że prognozy zawiodły i mieli nadzieję, że ten stan utrzyma się do końca festiwalu. Sam nie byłem wyjątkiem. Mocno w pamięci zapadła mi zeszłoroczna edycja, która przez samych organizatorów ochrzczona została Błotgardem. Wówczas nieprzerwanie przez trzy dni wydarzenia padał ulewny deszcz, który eskortował nas aż do samej granicy polsko-słowackiej. Pobyt podczas tamtych dni utrudniał odtwórcom jednak nie deszcz, a wszechobecne błoto, które pożerało skórzane podeszwy butów, wpływało do namiotów czy było sprawcą wielu wręcz majestatycznych ślizgów. Trzecia edycja, jak się wkrótce przekonaliśmy, miała być kompletnym przeciwieństwem zeszłorocznej.

Już poprzedniego dnia wraz z pozostałymi drużynnikami zachwycaliśmy się widokiem historycznych namiotów, wkomponowanych w tło górskich stoków pokrytych drzewami, i nie sposób było, wychodząc rano z obozu, nie zatrzymać się choć na chwilę, by po raz kolejny nacieszyć nim oczy. Szczególnie, że rozpoczynający się tego dnia festiwal pozbawiony był już wielu współczesnych elementów, jak choćby samochodów.

Punktualnie o 9:00 rozpoczęła się narada wodzów, na którą udałem się w zastępstwie nieobecnego Jarla, przewodzącego mojej Drużynie. Tam też dowiedziałem się, że na tegoroczny Utgard przybyło około pięciuset rekonstruktorów oraz około dwustu walczących. Widząc liczne namioty i większą niż w zeszłym roku frekwencję odtwórców, byłem skłonny uwierzyć w te szacunki. Festiwal rozpoczął się punktualnie o 10.00 i niemal od początku organizatorzy zapewniali odwiedzającym liczne atrakcje. Prawie równolegle z turniejem łuczniczym, rozgrywającym się na nieodległej hali, odbywał się konkurs na najpiękniejszy (i spójny historycznie) strój niewieści. Brała w nim udział jedna z moich najmłodszych drużynniczek, kilkuletnia Milena. Konkurentki z Polski, Słowacji i Węgier miały wyszukane i piękne szaty oraz ozdoby, a ponadto również wiedzę niezbędną do dobrej prezentacji stroju. Jednak to właśnie Milena podbiła serca sędziujących i widowni, opisując swoje proste (ze względu na niską pozycję w drużynowej hierarchii), ale w pełni historyczne odzienie.

Wędrując między licznymi kramami oraz namiotami poszczególnych grup, widziałem zarówno osoby prezentujące swoim wyposażeniem wysoki poziom odtwórstwa, jak i ludzi mających na sobie wyposażenie z wielu różnych kulturowo regionów Europy z niemal trzystuletniego przedziału czasowego. Dla jasności, nie jest to jedynie problem zagranicy, również bowiem w Polsce funkcjonują grupy, które są na bakier ze znajomością realiów okresu, który odtwarzają. Odnoszę jednak wrażenie, że pod względem lat poprzednich, poziom „historyczności” na Utgardzie wzrósł.

Niestety, nie mogę tego powiedzieć o umiejętności walki części uczestników. Nie mam tu na myśli zdolności prowadzących poszczególnych wojów do zwycięstwa, lecz te, które umożliwiają zachowanie bezpieczeństwa własnego i przeciwnika. Było to widoczne podczas pojedynków jeden na jeden, pięciu na pięciu czy też w trakcie sobotniej bitwy. Trzeba przyznać, że walki (odbywające się w systemie punktowym2 ) były efektowne dla widza. Tarcze szły w drzazgi, a drzewce toporów pękały. Dla kilku rekonstruktorów skończyły się one jednak wizytą na SOR w nieodległej Žilinie. Przyczyną był choćby cios włócznią w kość jarzmową (podczas gdy strefa trafień tej broni kończy się w połowie klatki piersiowej), niezawiązanie hełmu pod brodą, a w efekcie jego utrata podczas walki i zatrzymanie (nie do końca wyhamowanego) ciosu topora potylicą, czy wreszcie walka bez tekstylnej lub skórzanej rękawicy ochronnej, co skończyło się połamanymi palcami. W tym miejscu jednak należy pochwalić organizatorów, którzy przy takiej liczbie uczestników zadbali należycie o odpowiednią liczbę medyków na terenie festiwalu, często również osobiście wozili poszkodowanych do pobliskiego szpitala.

Warto nadmienić, że organizatorzy, specjalnie na potrzeby tej i kolejnych edycji festiwalu, zbudowali niewielką, acz funkcjonalną, drewnianą estradę. Właśnie na niej odbywały się dalsze atrakcje pierwszego dnia festiwalu, czyli trzy koncerty. Były to zespoły Strigôň (Słowacja) oraz Jar i Percival (Polska). O ile pierwszy z wymienionych wykonywał covery utworów z takich produkcji jak Wiedźmin 3 lub Gra o Tron, to dwie kolejne grupy, wykorzystując historyczne instrumenty, prezentowały pieśni ludowe oraz z epoki. Wraz ze swoją grupą byliśmy bardzo korzystnie rozbici, ponieważ mogliśmy dokładnie śledzić wydarzenia na scenie, nie ruszając się z obozowiska. Dodatkową atrakcją, nieprzewidzianą w programie, był pokaz tańca z ogniem, który rozpoczął się zaraz po zamknięciu festiwalu dla odwiedzających, co miało miejsce około 22.00.

Dies Dominica – niedziela

Drugi dzień festiwalu, podobnie jak pierwszy, był od samego rana słoneczny. Miało to niebagatelne znaczenie, ponieważ przesądziło o tym, że organizatorom udało się przeprowadzić planowo wszystkie konkurencje do końca. Również dzięki sprzyjającej aurze po raz pierwszy na Utgardzie odbyła się niedzielna bitwa.

Wraz z kilkoma osobami z Drużyny i nie tylko postanowiłem wykorzystać ten dzień na zwiedzanie okolicznych lasów i hal. Tak więc podczas gdy my testowaliśmy przyczepność skórzanych butów na stromych, zalesionych, górskich podejściach i podziwialiśmy roztaczające się z grani widoki, na terenie festiwalu odbywały się finały turniejów jeden na jeden, pięciu na pięciu i łuczniczego. Z zasłyszanych opowieści dowiedziałem się, że walki były niezwykle zażarte i wyrównane. Powracając z tego krótkiego przemarszu, zdążyłem jeszcze na drugi koncert zespołu Jar i rozdanie nagród. Jak się okazało, we wszystkich wyżej wymienionych konkurencjach medalowe miejsca przypadły polskim grupom.

Kilka słów należy powiedzieć również o bitwach, które miały miejsce w sobotę i w niedzielę. Oba starcia były do siebie podobne, odróżniała je od siebie tylko liczba kontuzji (szczęśliwie drugiego dnia nikt nie ucierpiał). Podczas obu dni walki poprzedzone były wróżbą. Wojowie po stronie obrońców układali przed szykiem, w równych odstępach, swe włócznie. Następnie na ubite pole wprowadzano białego konia, przed którym niesiono posąg pogańskiego bóstwa o czterech twarzach. W zależności od tego, którą nogą, lewą lub prawą, święte zwierzę przekroczyło ostatni rząd broni drzewcowej, źle lub dobrze zwiastowało to obrońcom. Tym razem zarówno w sobotę, jak i w niedzielę szczęście i wróżby sprzyjały właśnie im. Warto tu wspomnieć, że cały rytuał wzorowany jest na obrzędach, które były odprawiane w Arkonie, w północnej części wyspy Rugii, przez kapłana pogańskiego bóstwa Świętowita3.

Trzecia edycja słowackiego festiwalu Utgard była zdecydowanie bardziej udana niż dwie poprzednie. Niebagatelny wpływ na to miała niewątpliwie pogoda, nie można jednak zapomnieć o, moim zdaniem, trzech dużych zaletach tego wydarzenia. Po pierwsze, niezapomniane widoki. Wystarczy wyjść z namiotu, by cieszyć oczy pięknymi, górskimi pejzażami. Jednocześnie z obozowiska wkracza się do lasu, w którym można zniknąć na długie godziny. Kolejnym plusem są ludzie. Nie znam wielu takich festiwali, gdzie tak chętnie ściągają zagraniczni goście (co już samo w sobie jest dobrą reklamą wydarzenia) i stanowią niemal połowę wszystkich odtwórców. Są to ludzie niezwykle otwarci, bariera językowa nie stanowi zaś najmniejszego problemu. Ostatnią, ale naprawdę bardzo ważną, zaletą Utgardu są jego organizatorzy. Doskonale widać ich ogromne zaangażowanie w tworzenie tego wydarzenia. Z roku na rok starają się uatrakcyjnić festiwal, dodając kolejne konkurencje, zapraszając zespoły folkowe, fundując nagrody czy budując następne, stałe elementy krajobrazu. Przed rokiem pojawił się malowany kamień runiczny, ostatnio zaś była to drewniana scena. W mojej opinii bardzo dobrze wróży to festiwalowi na przyszłość.

Na zakończenie, dodając przysłowiową łyżkę dziegciu do beczki miodu, warto odnotować minusy Utgardu. Osobiście uważam, że jedynym mankamentem festiwalu, który można by dopracować, jest dość słabe oddzielenie części komercyjnej (jak współczesne parasole i budki z jadłem i napitkami) od historycznej. Niestety, ale ta pierwsza znajdowała się (już trzeci rok z rzędu) w bezpośrednim sąsiedztwie pięknego kamienia runicznego i sceny, co w pewnym stopniu psuło choćby odbiór wyśmienitych koncertów. Wierzę jednak, że organizatorom uda się wypracować zdrowy kompromis, mnie zaś po raz czwarty odwiedzić okolice miejscowości Jasenové już za niecały rok.

Redakcja merytoryczna: Grzegorz Antoszek
Korekta: Edyta Chrzanowska

 

  1. Drużyna Najemna Rujewit. []
  2. W przypadku pojedynków jeden na jeden do trzech czystych trafień, w przypadku pojedynków pięciu na pięciu i bitwy – do jednego czystego trafienia. []
  3. A. Gieysztor, Mitologia Słowian, Warszawa 1985, s. 97. []

Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum. Na profilu "historia.org.pl" na Facebooku na bieżąco informujemy o nowych artykułach. Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

Zostaw własny komentarz