„Nie znoszę monumentów”- wywiad z Elżbietą Cherezińską


Premiera trzeciej części osadzonego w Skandynawii cyklu powieści „Północna droga” to doskonały pretekst, by porozmawiać z jego autorką o dotychczasowej pracy i planach na przyszłość. Skąd jej fascynacja Skandynawią? Jak podchodzi do historycznej warstwy swoich książek? Czego możemy oczekiwać w kolejnej odsłonie?

Elżbieta Cherezińska

Elżbieta Cherezińska / fot. cherezinska.pl

Aleksandra Zaprutko: Snuje Pani opowieść osadzoną w świecie i czasach słabo znanych większości Polaków. Inne Pani książki (Gra w kości, ale też Dzienniki Etki Daum) dotyczyły historii Polski. W przypadku „Północnej drogi” zabiera Pani czytelników o wiele dalej, do mroźnej Skandynawii. Skąd wzięło się to zainteresowanie średniowieczną Norwegią? Na dodatek zainteresowanie tak silnie, że postanowiła Pani poświęcić temu krajowi i okresowi iście monumentalny cykl?

Elżbieta Cherezińska: Naprawdę monumentalny? hmm... to niedobrze. Wie Pani, iż „monumentalny” to dla mnie „złe słowo”? Nie znoszę monumentów. Spray mi się w kieszeni otwiera (uśmiech). Chciałam, żeby był żywy, jędrny, ale nie monumentalny. Zasmuciła mnie Pani, serio. Norwegia przyszła niejako przypadkiem, mimochodem. Na pierwszym planie była opowieść, pewna „historia ludzka”, którą chciałam napisać. Szukałam dla niej scenerii i początkowo miała to być Kozaczyzna. Ale, w miarę jak opowieść rozrastała się w kolejne odsłony, jasnym było, iż muszę osadzić ją w innych realiach. Zależało mi na rozdzielaniu światów mężczyzn i kobiet, ale jednocześnie na tym, aby mogli przeglądać się w sobie, współuczestniczyć w swoich życiach. Mój mąż zawodowo zajmuje się zdobnictwem, między innymi skandynawskim. Patrzyłam na zmysłową wirtuozerię tych przedmiotów. Zadawałam sobie pytania: jak jest możliwym, by ludzie, którzy mieli potrzebę otaczania się tak wyrafinowaną sztuką, byli zwykłymi barbarzyńcami. Trudno oderwać się od pokutującego w kulturze masowej stereotypu – mięśniaka w hełmie z rogami. Zaczęłam czytać, szukać, dociekać. Stereotyp padł i powstała sceneria Północnej drogi. A dla mnie zaczął się okres nieprzemijającego i wciąż pogłębianego romansu ze Skandynawią.

Dzisiaj jest Pani uznaną i popularną powieściopisarką, chciałabym jest zaproponować krótką podróż w przeszłość. Czy kiedy zaczynała Pani pracę nad „Północną drogą” nie obawiała się Pani sceptycznego podejścia czytelników do Polki imającej się skandynawskich sag? W tym gatunku jest w końcu niemała konkurencja, a wśród uznanych autorów dominują - co zrozumiałe - Skandynawowie.

Obecnie pojęcie „sagi skandynawskie„ jest niczym wielki worek, do którego trafiają najróżniejsze książki. Niestety, najczęściej pod hasłem ”saga” rozumie się taką małą książkę o miłości, dołączaną za złotówkę do popularnej gazety.

A dla mnie to samo słowo ma wartość wyłącznie historyczną i gdy myślę „saga” mam na uwadze wczesnośredniowieczne utwory islandzkie. Wszystkie części Północnej drogi są przesiąknięte tymi właśnie kontekstami, do nich się odnoszę i z nimi rymuję.

Gdy zaczynałam pisać Północną drogę nie myślałam ani o konkurencji, ani sceptycyzmie Czytelników. Po prostu pisałam swoją historię.

W przypadku większości powieści fabuła kolejnych tomów układa się w jeden ciąg następujących po sobie wydarzeń. Druga część jest kontynuacją pierwszej, trzecia drugiej i tak dalej. W przypadku „Północnej drogi” rzecz nie wygląda aż tak prosto. W zasadzie mamy do czynienia z wciąż tą samą historią, opowiadaną z bardzo różnych perspektyw. Skąd pomysł na takie rozwiązanie? I czy także w kolejnych tomach cyklu możemy się go spodziewać?

- Nie będzie kolejnych tomów… Jeszcze tylko jeden, a w nim trzy historie opowiedziane jednocześnie. I znów, jak poprzednio, będą to trzy te same historie.

Na tym oparta jest konstrukcja Północnej drogi – na poszerzeniu perspektywy. Zarówno w wymiarze globalnym - gdy wraz z kolejnymi bohaterami przemieszczamy się w inne rejony tego samego świata, jak i w wymiarze osobistym - bowiem powiązania między wszystkimi postaciami sprawiają, iż każda narracja odsłania nam poznanych już bohaterów z zupełnie innej strony.

W moim odczuciu pierwsze dwie części cyklu były w pewnym sensie opowieściami o dojrzewających, zmieniających się kobietach i ich świecie. „Pasja według Einara” to tymczasem zwrot o 180 stopni. Skąd tak nagła i diametralna zmiana w perspektywie, sposobie narracji, podejmowanych problemach?

- Wynika to ze wspomnianej wyżej zasady – chcąc uzyskać głębię świata, o którym opowiadam, zmieniam perspektywy. Oczywiście miejsc, z których można snuć tę samą opowieść jest znacznie więcej, ja wybrałam jedynie te, które mnie interesują. Ale, możemy poczynić założenie, że historia opowiedziana z punktu widzenia „ostatniego sługi” byłaby także interesującą.

Wybrałam grupę ludzi, których losy splotły się ze sobą, których jakaś, być może przewrotna siła, połączyła. Interesuje mnie nie to, co ci ludzie o sobie wiedzą, ale to, czego nie wiedzą. Pociąga mnie myśl,  że będąc ze sobą blisko, możemy nic o sobie nie wiedzieć, rozumieć się pozornie, biorąc własne projekcje za prawdę.

Autorzy powieści często wzorują swoich bohaterów na sobie samym. Czy także w „Północnej drodze” znajdziemy postać, której sylwetkę konstruowała Pani w oparciu o własne cechy, charakter? A może wszyscy bohaterowie są czysto fikcyjni?

- A może wszystkich bohaterów po trochu obdarzyłam własnymi poglądami na życie?

 Jako dziennikarkę serwisu historycznego interesuje mnie także ta warstwa „Północnej drogi”. Skąd czerpie Pani tak bogatą wiedzę o kulturze, historii i religii średniowiecznej Norwegii? I na ile powieści z Pani cyklu można traktować jako obraz życia w tamtych czasach, a na ile jako pewną artystyczną wizję?

- Przywiązuję dużą wagę do szczegółu, do historycznego detalu. Oczywiście, zawsze podkreślam, iż nie do wszystkiego dotrę i często mogę opacznie zinterpretować to, co wyciągnę z książek, czy muzeów. Ale staram się, by detal był wiarygodny. Strój, scenografia, wyposażenie domu, warunki życia etc. – sądzę, że obraz życia ludzi na przełomie X i XI wieku, jaki wyłania się z Północnej drogi jest zbieżny z ówczesną rzeczywistością. Północna droga nie jest książką stricte historyczną. Historia w niej to jedynie pretekstem do pewnej opowieści o ludziach. I, dzięki temu, jestem w tej szczęśliwej sytuacji, iż mogę sobie pozwolić na interpretowanie faktów, albo na snucie opowieści dalej, poza granicą, na której musi stanąć historyk, bo zatrzymuje go brak wiarygodnej faktografii.

Tworząc tkankę powieściową łączę wiadomości z wielu dziedzin, zatem i suche fakty historyczne i wiedzę wynikającą z prawodawstwa tego okresu, z systemu wierzeń (w tym przypadku zarówno pogańskich, jak i chrześcijańskich). Skarbnicą są skandynawskie muzea i skanseny, możliwość obejrzenia i przeanalizowania rekonstrukcji – chociażby chat, czy łodzi, także daje mi inne wyobrażenie o epoce. To samo dotyczy strojów, wyposażenia domów i właściwie wszystkich elementów tej układanki z której wyłania się powieść. Poza tym, wiele tygodni spędziłam po prostu mieszkając w takich skansenach, żyjąc tak, jak tamci ludzie. Poprawię: starając się tak żyć, bo dzieli nas jednak tysiąc lat o których trudno zapomnieć.

Ale, jeszcze raz podkreślę: owszem, chcę, aby warstwa historyczna tych książek była wiarygodna, na ile możliwe jest dzisiaj odtworzenie tamtej rzeczywistości, ale dla mnie to przede wszystkim opowieść o ludziach. Żywych, tak jak my.

Czy zechce Pani uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić kto będzie bohaterem następnej części? Może czeka nas zmiana pokoleń?

Zmiana pokoleń i trójgłos: Bjorn i Gudrun oraz Ragnar. Zapowiedź na końcu Pasji według Einara.

Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum.Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

Zostaw własny komentarz