XXIII Festiwal Słowian i Wikingów


Szczecin. Synonim krańca świata. Jechać gdziekolwiek na jeden dzień to nic innego jak gwarantowane wykorzystanie urlopu. Ale nawet tu przychodzi taki czas w roku, gdy ta smutna prawda zaczyna się zmieniać i każdy chciałby mieszkać w Szczecinie. Stanąłem przed trudnym wyborem bycia w trzech miejscach jednocześnie.

Woodstock. Wolin. Żaglowce. Te trzy słowa, trzy miejsca, trzy wydarzenia. Chłodna kalkulacja i wsiadłem w pociąg. Ten pociąg powiódł mnie ku przeszłości, przy dźwiękach Woodstocku z Antyradia. Wineta na Wolinie na pewien czas stała się mym światem, inną rzeczywistością, całym życiem.

Cykliczna impreza (bo już dwudziesta trzecia) na Wolinie – Festiwal Słowian i Wikingów – to bezsprzecznie magiczne miejsce. Obszar wydarzenia, odbywającego się między 4 a 6 sierpnia, podzieliłbym na trzy części. Skansen to jedno, zaś druga to obozowisko z licznymi kramami. Obie w obrębie wałów tworzą całość. Natomiast trzecia część to pole bitwy, zawodów oraz namiotów z nielicznymi kramami. Moim zdaniem najbardziej żywa i autentyczna część to wnętrze wałów. Tutaj kwitnie handel, słyszy się rozmaite języki, gwar rozmów, negocjacji, zachwalanie towarów, wspominki, a całą mozaikę uzupełniają zapachy z kotłów, ognisk oraz muzyka grana na żywo. W połączeniu z brakiem widoków na cywilizację (Wolin jest za rzeką, a to, co widać na drugim brzegu, przesłaniają liczne namioty) daje nieziemskie wrażenie.


Rękodzielnictwo wszelkiej maści, które można było podziwiać na straganach, to różne dobra – od mebli przez drewniane zabawki, ozdoby z kości i poroża, ubrania, tkaniny, buty, kaletki i inne wyroby skórzane, po wyroby jubilerskie oraz broń i pancerze. Tutaj każdy znajdzie coś dla siebie, nawet mole książkowe i miłośnicy planszówek.

Chyba najwspanialsza w tym przechadzaniu się była możliwość podglądania mistrzów przy pracy. Dodawało to autentyzmu, gdyż oprócz wyrobników rzeczy drobnych i metalowych był obecny także szkutnik.

 

Zaplanowane wykłady odbywały się na świeżym powietrzu pod zadaszoną wiatą, w której prelegenci, otoczeni przez słuchaczy, wygłaszali swoje wystąpienia. Lekkość tej formy nie miała nic wspólnego z akademicką sterylnością sali wykładowej, przez co odbiór był bardzo pozytywny.

Żadna dawna osada nie mogłaby obyć się bez zwierząt, a tych co prawda w Jomsborgu brakuje – nie było koni (zauważyłem tylko jednego), krów, kur i innego ptactwa. Może ptactwa to nie, bo poza sokołami mogłem przyjrzeć się sowom.

Międzynarodowość imprezy to jej bezsprzeczna zaleta tworząca specyficzną atmosferę. Te chwile, gdy z różnych stron dobiegają i mieszają się języki – angielski, białoruski, czeski, duński, fiński, francuski, litewski, niemiecki, polski, rosyjski, słowacki, szwedzki, węgierski – są niesamowite. Przepraszam, jeśli kogoś pominąłem, ale jeden dzień to stanowczo za krótko, by ogarnąć to, co się tam dzieje.

Nastrój wśród kramów i namiotów zmienia się, gdy zaczynają bębnić. Czterech mężczyzn będzie to czynić przez cały czas, aż do wyłonienia zwycięzcy bitwy będącej punktem kulminacyjnym dnia.

Do swobodnego oglądania bitwy brakuje trochę telebimów i stosownych trybun, a zajęcie dobrego miejsca to niemal wyczyn, dlatego warto to zrobić wcześniej.


Dostrzec można to, co wyróżnia średniowieczne inscenizacje od innych epok – klarowny, przestrzegany system walki, gdzie trafienie oznacza zgon. O jego realizację dbają nie tylko sami uczestnicy, ale i sędziowie wyposażeni w solidne kostury i nie wahający się ich użyć na co bardziej niepokornym uczestniku, który zapomina o swych ranach. Tutaj nikt nie uraczy natarcia nieśmiertelnych, jakie znane są z innych epok, gdzie, mimo gęstej palby z karabinów maszynowych, tyraliera bieży przed siebie, nikt nie pada, nikt nie krzyczy o medyka, a potem ta dziwna sytuacja, kiedy natarcie rozplanowane na 5 minut dociera do planowanej pozycji w 30 sekund

Oprócz głównego starcia jest bitwa o most, turniej łuczniczy czy walki indywidualne o nagrodę jarla Jomsborga. Te ostatnie są szczególnie spektakularne, gdyż można skupić się na walce dwóch wojowników, oglądać różne markowane ciosy, obronę, a potem myśleć o tym, jak bardzo różni się to, co się widziało na żywo, od tego, co można zobaczyć na filmach.

Zmęczeni mogą liczyć na jadło i napitki wszelakiej maści, które aż chce się wlać w jeden z kufli. Miejsc do zjedzenia również nie zabraknie, pod warunkiem że zapomniało się o tym, iż jest już XXI w.

Reasumując, nieprzekonanych nie będę przekonywał. Ja jadę za rok z zamiarem obejrzenia całości festiwalu i to od drugiej strony. Bo lubię, gdy jest klimat, a ludzie mu ulegają.



 

Redakcja merytoryczna: Malwina Lange

Korekta: Jagoda Marek

Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum. Na profilu "historia.org.pl" na Facebooku na bieżąco informujemy o nowych artykułach. Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

Zostaw własny komentarz