Wici na Grodzisku – relacja


Wyszukując lokalizację zwołanych Wici, GPS usilnie wskazywał miejscowość Chełm w województwie lubelskim. W rzeczywistości jednak Chełm i wzgórze Grodzisko okazały się znajdować znacznie bliżej Krakowa, bo tuż pod Bochnią. W tym miejscu Wici zostały zwołane po raz pierwszy…

Nie oznacza to jednak, że był to pierwszy tego typu festiwal w tak urokliwym miejscu. Jeszcze przed dwoma laty na wzgórzu organizowane były Spotkania nad Rabą u Bożogrobców. Wszystko to za sprawą nadania,prawdopodobnie pod koniec XII w., miejscowości i znajdującego się w niej kościoła, targu oraz karczmy członkom Zakonu Rycerskiego Grobu Bożego w Jerozolimie przez Mikołaja Gryfitę, komesa Bolesława Krzywoustego. Owe Spotkania odwoływały się właśnie do tej XII- i XIII-wiecznej tradycji. Organizatorzy tegorocznych Wici sięgnęli także do historii wcześniejszej. Na wzgórzu Grodzisko, górującym nad lokalną zabudową i kościołem, znajdować się miał gród, którego dzieje sięgają IX i XI w., składający się z trzech wałów obronnych i dający ochronę lokalnym osadom w Chełmie, Targowisku i Łapczycy. Festiwal historyczny zbierał więc w jednym miejscu rekonstruktorów odtwarzających wczesnośredniowiecznych wojów oraz rycerstwo z okresu pełnego średniowiecza.

Mimo że festiwal rozpoczynał się w sobotnich godzinach porannych, znaczna część odtwórców przybyła już w piątek pod wieczór. Miejsca na szczycie wzgórza było stosunkowo niewiele. Część zajęta jest przez porośniętą winobluszczem kapliczkę, której początki sięgają pierwszej połowy XX w., część zaś przez drewnianą altanę. Ona właśnie została przez organizatorów zaadaptowana na słowiański chram. Całości dopełniały lniane szare i białe namioty oraz wiaty pełne rekonstruktorów. O szczęściu mogą mówić ci, którzy przywieźli na festiwal swoje materiałowe płachty. Wszystko za sprawą deszczu, który regularnie nawiedzał teren wydarzenia. Mimo kiepskiej aury organizatorzy stanęli jednak na wysokości zadania i konsekwentnie realizowali wszystkie zamierzone punkty programu.

Po krótkim i treściwym powitaniu drużyn (rekonstruktorów przybyło około 90) rozpoczął się turniej walk jeden na jeden. Odwiedzający teren festiwalu byli świadkami walk zarówno bardzo dynamicznych, jak i statycznych. Wojowie często stosowali niekonwencjonalne rozwiązania bojowe, jak jednoręczny czekan na ponad metrowym drzewcu czy malutka tarcza, która miała około 45–50 cm średnicy, gdzie normalne sięgają wymiarów często ponad 80 cm. Wszystko jednak było zgodne ze znanymi nam rozwiązaniami stosowanymi tysiąc lub siedemset lat temu. Tuż po walkach indywidualnych rozpoczął się turniej łuczników. Trzeba było się wykazać nie lada zręcznością, pokonując doń drogę, ponieważ prowadziła ona śliskim, błotnistym zboczem, prosto na niewielką polanę. Z niej wchodziło się bezpośrednio na tor łuczniczy. Samo miejsce turnieju robiło wrażenie. Odbywał się on bowiem pod dwoma starymi i rozłożystymi lipami, otoczonymi w oddaleniu młodszymi drzewami. Moje skojarzenie było jednoznaczne, bo związane z Bożymi Gajami, które występowały w pewnym popularnym serialu, gdzie motywem przewodnim miało być rychłe nadejście zimy. Cóż… może i pogańskie zagajniki w przedchrześcijańskiej Europie Środkowej i Północnej wyglądały podobnie?

Gdy zakończyła się rywalizacja łuczników, wraz z innymi widzami przemieściłem się w pobliże szranków przeznaczonych do walk pięć na pięć. Jak się wkrótce okazało, mieliśmy jednak być świadkami walk trójek. Wszystko po to, by wojowie mogli więcej czasu spędzić na ubitej ziemi, rywalizując ze sobą. Podczas tych zmagań nie było miejsca na walkę statyczną. Liczne kliny, przebijanie się przez wrogów na drugą stronę „mostu” czy powalenia przeciwników podobały się obserwatorom. Zaskoczeniem dla mnie była atmosfera, w jakiej odbywał się cały turniej (walki grupowe, jak i indywidualne). Odwiedziłem wiele festiwali, gdzie pojawiały się podobne zmagania, nigdzie jednak nie towarzyszyła im tak koleżeńska i honorowa rywalizacja. Wojowie wręcz sami się przyznawali, że zostali trafieni.

Tuż po zakończeniu turnieju bojowego swe kroki skierowałem do górującej nad całym wzgórzem pogańskiej świątyni. Cała była obita czerwonym lnem, na jej szczycie zaś powiewała chorągiew w brązowo-żółtych barwach. W tym przybytku, gdzie pośród gęstego dymu dało się wyczuć zapach rozmaitych ziół, rezydował słowiański żerca, który z przyjemnością opowiadał o zwyczajach i praktykach religijnych mających miejsce we wczesnośredniowiecznej (i nie tylko) Polsce. Za jego plecami pomocnik świątynny nieustannie dbał, by ogień w chramie nie zgasł. Jak się jednak okazało, był również obeznany z pogańskimi zwyczajami występującymi na terenach skandynawskich i równie chętnie o nich rozprawiał.

Podczas przerwy między poszczególnymi walkami odwiedzający mogli skorzystać z bogatej wiedzy historycznej poszczególnych grup. Rekonstruktorzy z zapałem opowiadali o swoim ekwipunku oraz średniowiecznych realiach. Widzowie mieli także okazję poszerzyć swą wiedzę z zakresu rzemiosła tamtejszych czasów. Wymienić tu należy chociażby pokaz dziergania na igle, filcowanie, gotowanie czy stemplowanie materiałów.

Gdy nadszedł czas inscenizacji bitwy, do obozowiska wtargnęła grupa okutych w pancerze wojów na czele z kapłanem odzianym w czarny habit. Pobili oni straż świątynną oraz żercę i wtargnęli do świątyni. Po krótkim przeszukaniu wynieśli zeń różnego rodzaju precjoza, posąg bożka, któremu oddawano cześć, oraz kultowe stanice, po czym uciekli drogą, którą przyszli. Ich śladem, na prośbę animatorów bitwy, udali się odwiedzający festiwal. Droga wiodła prosto na polanę, za którą odbywał się turniej łuczniczy. Tam też siły pod wodzą żercy dopadły wojska walczące pod znakiem krzyża. Wkrótce inscenizacja zakończona odbiciem świętych przedmiotów przez pogan przerodziła się w regularną bitwę. Owe kilka starć zakończyło się zwycięstwem najeźdźców, co poskutkowało doszczętnym „splądrowaniem” wzgórza i odwiedzających je turystów.

Powracając na jego szczyt, nie sposób było się nie zatrzymać choć na chwilę, by nacieszyć oko pięknym widokiem. Słońce, które wreszcie na dłużej zagościło na nieboskłonie, zachodziło w niezwykle czerwonej poświacie, tuż nad jasnymi namiotami rekonstruktorów. Również na tym tle odbył się przedostatni punkt programu, mianowicie koncert zespołu Scheda. Przed wierzejami chramu dwóch wykonawców zaprezentowało niezwykle chwytliwą i miłą dla ucha muzykę przy pomocy zaledwie kilku instrumentów, takich jak dudy, tagelharpa czy bęben. W tle za grającymi i świątynią przygotowywał się do przedstawienia teatr ognia Seidr. Wkrótce miał zapaść zmierzch, co oznaczało, że cierpliwość najbardziej wytrwałych z odwiedzających zostanie nagrodzona w postaci magicznego występu tancerzy z ogniem. Sam występ minął szybko. Zbyt szybko. Wirujące kule ognia i sypiące się zewsząd iskry urzekły publiczność, dla której całość trwała nie krócej niż mgnienie oka, podczas gdy w rzeczywistości minęło przeszło kilkadziesiąt minut.

Pierwszy dzień Wici na Grodzisku rozpoczął się we wczesnych godzinach porannych i zakończył późno wieczorem. Organizatorzy sami podkreślali, że sobota była dniem przewodnim w kontekście całego festiwalu. W niedzielę miały się tylko odbyć finały poszczególnych konkurencji i rozdanie nagród. Pozostaje mieć nadzieję, że idea zwoływania wici corocznie nie upadnie, a potencjał wzgórza Grodzisko będzie dalej wykorzystywany. Organizatorom zaś już teraz należy życzyć lepszej pogody podczas kolejnej edycji.

Zdjęcia w galerii: Marcin Zając

Redakcja merytoryczna: Grzegorz Antoszek
Korekta: Edyta Chrzanowska

 

Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick i wysłać komentarz. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum. Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

Zostaw własny komentarz