Niemiecka ofensywa na Węgrzech. Wspomnienia cekaemisty prosto z linii frontu II wojny światowej


O porannej potyczce w południowej części Nagykálló nawet nie wspomina się w książkach historycznych. Bo niby dlaczego? Z powodu paru poległych żołnierzy? Dla dwóch czy może trzech rosyjskich armat przeciwpancernych, które jedna po drugiej zostały zniszczone przez nasze działo szturmowe podczas szybkiego kontrataku? Z wojskowego punktu widzenia sytuacja była stabilna.

Niemieckie jednostki zmotoryzowane i pancerne na Węgrzech

Ojczyzna przyśle kilku nowych rekrutów, równie beztroskich i tak samo ogarniętych silnym pragnieniem długiego i szczęśliwego życia, jak ci ostatni zabici. Tego fatalnego jesiennego dnia coś się we mnie załamało: wiara, że ostatecznie zdołamy powalić wroga. Żywiołowy atak piechoty to było jedno. Można było sobie z nim poradzić, jeśli wiedziało się jak. Porównywanie rosyjskich żołnierzy do roli mięsa armatniego jest wielką niesprawiedliwością wobec ich umiejętności i osiągnięć. W swoich szeregach mieli masę doskonałych wojowników. I to całe ich jednostki, zahartowane przez front wschodni. Po Stalingradzie byli upojeni licznymi zwycięstwami. Dla Rosjan każdy krok do przodu przybliżał ich do ostatecznego triumfu nad znienawidzonym wrogiem. Zaś u niemieckiego landsera nie mogło już być gorzej. Nie był już panem wszystkiego. Jego los oraz los jego ojczyzny zależał wyłącznie od machiny wojennej aliantów, która na tym etapie wgryzała się w Rzeszę ze wszystkich stron.

Wielka bitwa pancerna, szalejąca w Puszcie od 6 października, osiągała właśnie swoje apogeum. Dostrzegając groźbę odcięcia całej niemieckiej 8 Armii, Naczelne Dowództwo Wehrmachtu użyło stosunkowo niezużytego korpusu pancernego z okolic Budapesztu. To oczywiście oznaczało odsłonięcie lokalnego sektora obrony. Dowództwo postawiło wszystko na jedną kartę. Śmiałymi manewrami uderzono na siły rosyjskie przywracając połączenie między 6 i 8 Armią.

Miklós Horthy i Adolf Hitler w 1938

Przez prawie trzy tygodnie dzielni grenadierzy pancerni walczyli od wsi do wsi. Cały czas przy zmieniających się priorytetach. Gdziekolwiek się pojawili, nieprzyjaciel ponosił ciężkie straty w ludziach i sprzęcie. Jednocześnie jednak z każdą bitwą zmniejszała się ich siła bojowa. Nieliczne dostępne czołgi były łączone z grenadierami w coraz to nowe grupy bojowe. Wymagano od nich rzeczy niemożliwych. Sprawę pogarszał fakt, iż 15 października węgierski regent Horthy rozpoczął już negocjowanie zawieszenia broni z Armią Czerwoną. Nagłemu zniknięciu byłego sojusznika i całkowitemu załamaniu frontu na Węgrzech zdołano zapobiec w ostatniej chwili dzięki jednostce komandosów Waffen-SS. Z taktycznego punktu widzenia za akcję odpowiadał słynny SS-Obersturmbannführer Otto Skorzeny. Urodzony w Wiedniu, wyrobił sobie nazwisko we wrześniu 1943 roku, gdy uwolnił Mussoliniego. Zanim skończyła się wojna, uchodził za najniebezpieczniejszego człowieka w Europie.

26 października 1944 roku miano zadać ostateczny cios okrążonemu rosyjskiemu korpusowi kawalerii. Wraz z jego zniszczeniem, dowództwo liczyło na ponowne ustabilizowanie tego jakże skrwawionego frontu.

Wczesnym rankiem wiedzieliśmy, że tego dnia mamy zaatakować. Wszystkie elementy dywizji zgromadziły się we wsi. Ścią-gnięto więcej pojazdów gąsienicowych i artylerii. Nasze pozycje od południa były zauważalnie cienkie. Uzbrojeni po zęby strzel-cy górscy opuścili okopy i przeszli na skraj wsi. Z drugiej strony nadciągnęła wynędzniała piechota. Nie wyglądali na regularne od- działy bojowe i niemalże przewracali się z wyczerpania. Pogonieni przez podoficera, obsadzili opuszczone okopy. Ci co pozosta- li po trzech ciężkich bitwach z obsad karabinów maszynowych, mieli teraz utworzyć pododdział wsparcia dla osłabionej linii obro- ny. Wciąż czułem się podle i aby psychicznie się wyłączyć, nabazgrałem o tym w moim kieszonkowym dzienniku. Mój towarzysz z Alzacji czuł się tak samo. Dni wzajemnego wsparcia definitywnie się skończyły.

Sowieckie czołgi T-34

Wraz z pierwszymi promieniami słońca zamarł wszelki ruch po naszej stronie frontu. Widoczność była stosunkowo dobra, nawet jeśli siąpił deszcz. O godzinie szóstej rano pojedyncze strzały dywizyjnej artylerii dały sygnał do ostatecznego ataku. Nerwy miałem napięte do granic. Musieliśmy to wygrać. Słowa dowódcy kompanii nie pozostawiały w tym względzie żadnych wątpliwości. Odniosłem wrażenie, jakby niewidzialna siła uderzyła w gong, aby obwieścić ostatnią rundę bokserskiego pojedynku. Dwóch wymęczonych przeciwników zmusiło się do wstania z krzesełek i chwiejnym krokiem ruszyło ku sobie. Po polu zabębnił ogień nękający nieprzyjaciela. Niezliczone odłamki szrapneli wgryzały się w mały kopiec przed stanowiskiem karabinu maszynowego. Każde spojrzenie na ziemię niczyją mogło być naszym ostatnim. Po każdym nieszkodliwym uderzeniu pocisku człowiek jakby rodził się na nowo. Ryk silników czołgów wokół gospodarstwa rozwiał ostatnie wątpliwości co do tego, że Rosjanie ograniczą się do biernej obrony. Mieli zbyt wiele do stracenia. Wkrótce ukazały się pierwsze wieże rosyjskich czołgów. Niemieckie działo szturmowe wypluło na nie swe pociski przeciwpancerne. Pojedynek stalowych gigantów, równie morderczy, jak walka człowieka przeciwko człowiekowi. Ciemny słup dymu zaznaczył szczęśliwe trafienie strony niemieckiej. Przeciwnik trzymał się na dystans i nasilił ogień artylerii.

Żołnierze 3 Dywizji Górskiej pod Narvikiem

Po godzinie lub dwóch po naszej prawej stronie pojawiły się zmotoryzowane kolumny, wypchane żołnierzami. Alzatczyk i ja na zmianę patrzyliśmy przez celownik Hensoldta naszego MG, aby określić ich narodowość. Duża sowiecka gwiazda na krytym furgonie ostatecznie nas przekonała. Rosjanie! Zachwiawszy się pod uderzeniem 3 Dywizji Górskiej, próbują wymknąć się z naszego śmiertelnego uchwytu. Nie wahałem się ani sekundy. Naciskając lekko pokrętło, zwolniłem zacisk mechanizmu podniesieniowego. Potem kilka pełnych obrotów pokrętła i lufa karabinu maszynowego podniosła się nieco w górę. Brrrr! Krótka seria. Nic. Szybko, kolejny obrót. Brrrr! I znowu nic. Po drugiej czy trzeciej salwie Alzatczyk, obserwujący przez lornetkę, krzyknął: „Trafienie!”.

Tak więc znalazłem swój punkt celowania. Szybko ustawiłem blokadę nowego zasięgu ognia i dostroiłem boczne ograniczniki. Półtora tysiąca metrów! Dla karabinu maszynowego na trójnogu to bardziej niż skuteczna odległość. Po tym wszystkim metodyczne wypuszczanie krótkich, równych serii było dziecinnie łatwe. Zmieniałem cel, gdy tylko samochód lub ciężarówka zatrzymywały się. Tylko amerykańskie jeepy, szalejące po polu, były trudne do trafienia. Ignorowałem je, podobnie jak pojedynczych żołnierzy, roz- proszonych w terenie. I tak miałem do czego strzelać. Pokrętło w lewej dłoni, spust w prawej. Taśma grzechotała w rękach Al- zatczyka, nabój po naboju. Jego rozpostarte dłonie wyglądały jak podczas modlitwy. Dym rozchodzący się wokół osłony termicznej zwiastował przegrzewanie się lufy. Otwieram pokrywę przy na- sadzie lufy, wyciągam ją, wstawiam zapasową. Brrrr, brrr, brrr.

– Hans, kończy się amunicja!

Zignorowałem pilne ostrzeżenie towarzysza. Kolumny po prostu nie przestawały jechać. Ich czołówki kryły się już za skrajem nierówności i wkrótce znalazły się poza moim zasięgiem. Każdy Rosjanin, którego dopadłem dzisiaj, to ten, na którego nie natknę się jutro. Prosta logika czasu wojny.

Niemcy podczas ostrzału karabinem maszynowym

Głośne sapanie za plecami podpowiedziało mi, że nasi dwaj amunicyjni bezustannie donosili amunicję na nasze stanowisko. Plecak już dawno był pusty i, niepotrzebny, poniewierał się na śliskiej i zimnej ziemi. Ciągłe napięcie lekko mnie zamroczyło. Cele zaczęły zlewać się ze sobą. Nie byłem już w stanie precyzyjnie celować.

– Zmiana celowniczego, szybko!

Odsunąłem się w lewo, stając po kostki w łuskach i zwojach pu- stych taśm splątanych w węzeł gordyjski, podczas gdy Alzatczyk przywarł do karabinu maszynowego. Wkrótce znowu zaczęła się nam kończyć amunicja. Jeden z dwóch młodych strzelców gór-skich również to zauważył i bez mrugnięcia okiem wskoczył do rowu odpływowego, aby ponownie pobiec po zapasową. Jak naoliwiona śruba, nie bacząc na świszczące wokół niego odłamki, pędził na skraj wioski. Woda w rowie chlapała dziko na wszystkie strony. Mniej więcej w połowie drogi, niewidzialny cios odrzucił go na bok. Zwiotczały, leżał na skraju rowu, nasz amunicyjny. Inny, młody Jäger, chciał za nim skoczyć. Ściągnąłem go z powrotem za jego kurtkę maskująca.

– Zostań, ja pójdę!

Założyłem plecak i zacząłem czołgać się rowem melioracyjnym. Moje ramiona wkrótce utonęły po łokcie w brązowej wodzie. Moje buty, spodnie i odzież wierzchnia były przemoczone na wylot. Minąłem okaleczone stopy towarzysza. Natychmiast zorientowałem się, że nie żyje. Fontanny krwi tryskały z jego szyi na jego kurtkę. Jego zgasłe oczy wciąż były zwrócone ku skrajowi wioski, ostatniego celu jego ofiarnego, młodego życia. Zdyszany do granic, dotarłem do punktu dowodzenia kompanii i zderzyłem się z łącznościowcem, wybiegającym z drzwi.

– Potrzebujemy amunicji do MG!
– Cała zużyta! Musisz iść pod kościół!

Strzelista iglica nad dachami wskazała mi drogę. Zauważyłem ją już trzy dni temu, gdy doszliśmy na rynek niedaleko kościoła, aby zluzować grenadierów pancernych. Ciężar mojego przemoczonego ubrania utrudniał mi bieganie, ale nie przestawałem gnać. W moim kierunku szli ciężko obładowani strzelcy górscy. Pokryci warstwami pasów amunicyjnych, wyglądali jak choinki świąteczne. Dostrzegłem ciężarówkę, zaparkowaną przy ścianie kościoła. Amunicja była wydawana podchodzącym żołnierzom bezpośrednio z otwartej burty ciężarówki. Podetknąłem mój plecak górski żołnierzowi, gorączkowo rozdającemu amunicję. Ten rozwalił część skrzynek z amunicją i opróżniał ich zawartość do plecaka aż do chwili, gdy był wypełniony po brzegi. Szybko za- wiesiłem na szyi kolejne dwa pasy amunicyjne i chwyciłem po pojemniku z nabojami.

Rzuciłem się z powrotem tam, gdzie byłem potrzebny. Nagle odniosłem wrażenie, że frunę. Moje stopy delikatnie oderwały się od ziemi. Uderzyło mnie oślepiające światło. Potem, niemalże miażdżąc sobie płuca, rąbnąłem o coś twardego. Leżąc na

boku, studiowałem zygzakowaty wzór bruku. Widziałem leżących na nim żołnierzy, jakby śpiących. W lewym boku eksplodował pie- kielny ból. W poprzek nosa, ukośnie, spłynęła mi łza i spadła na ziemię. I wtedy tuż obok zobaczyłem parę butów górskich. Jakaś postać pochyliła się nade mną. Chciałem wołać o pomoc, ale byłem w stanie tylko bełkotać. Postać ściągnęła paski MG z mojej szyi i zniknęła z widoku. Moje oczy powoli się zamknęły. Skończone...

* * *

Był to fragment książki Andreasa Hartingera, Dopóki nie zamkniesz oczu.

Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick i wysłać komentarz. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum. Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

1 komentarz

  1. Aa43a pisze:

    To, że ten żołnierz szczęśliwie powrócił do domu jest naprawdę wielkim, wielkim szczęściem.

Zostaw własny komentarz