Lalka - recenzja filmu. Arcydzieło polskiej literatury doczekało się wielkiego kina |
Lalka jest arcydziełem polskiej kultury. Po seansie filmu Macieja Kawalskiego mogę to powiedzieć także o jej najnowszej kinowej ekranizacji. To kino z rozmachem, znakomitym aktorstwem i zrozumieniem Prusa. W jego centrum stoi Wokulski, który potrafi zdobyć majątek, uznanie i pozycję, a przegrywa tam, gdzie najbardziej zależy mu na zwycięstwie. Marcin Dorociński nadaje tej sprzeczności taką siłę, że dobrze znana historia znów potrafi przejąć.
Lalka, która ufa Prusowi
Od porównań z serialem Netflixa trudno uciec. Obie ekranizacje dzieli znacznie więcej niż wybór obsady i czas przeznaczony na opowiedzenie powieści. Serial oglądałem z poczuciem, że polską historię przepisano według amerykańskich wyobrażeń o tym, jak powinien wyglądać atrakcyjny kostiumowy romans. Chwilami z Lalki zostawały przede wszystkim nazwiska bohaterów. Ich zachowanie, wzajemne relacje i sposób rozumienia świata coraz mniej miały wspólnego z Prusem.
U Kawalskiego od początku czuję, że jestem we właściwym miejscu. Film zachowuje polski charakter powieści, jej społeczną wrażliwość i sposób patrzenia na ludzi. Rozumie znaczenie pochodzenia, pieniędzy, pracy i towarzyskiej pozycji. Wierność książce ma tutaj sens, ponieważ pozwala wybrzmieć temu, co stanowiło o jej wielkości.
Prusowi wystarczało uważne przyglądanie się społeczeństwu, żeby pokazać, jak pochodzenie i klasowe uprzedzenia decydują o losie człowieka. Film korzysta z tej samej umiejętności. Różnice klasowe są dotkliwe bez przejaskrawiania, a upokorzenie człowieka potrafi wynikać z samego faktu, że w oczach otoczenia zawsze pozostanie kupcem. Niezależnie od tego, ile osiągnie i jak bardzo przerośnie ludzi, których akceptacji szuka.
Dorociński jest Wokulskim. Sypię głowę popiołem
Przed seansem miałem wątpliwości dotyczące obsadzenia Marcina Dorocińskiego. Jego aktorskiej klasy nigdy nie kwestionowałem, ale nie byłem przekonany, czy właśnie w tej roli zobaczę go z równą przyjemnością. Sypię głowę popiołem. Dorociński stworzył wspaniałego Wokulskiego i może stanąć obok Mariusza Dmochowskiego oraz Jerzego Kamasa. Ma przy tym własny pomysł na tę postać.
To przede wszystkim człowiek o ogromnych możliwościach, którego miłosna klęska jest tym boleśniejsza, im wyraźniej widzimy jego siłę. W interesach potrafi działać, podejmować decyzje i osiągać rzeczy dla innych niedostępne. Ma ambicję, inteligencję i energię. Wyrasta ponad sporą część arystokratycznego towarzystwa, do którego próbuje się dostać. Rozumiemy, dlaczego odnosi sukcesy. Tym trudniej patrzeć, jak w relacji z Izabelą traci rozeznanie, które w innych dziedzinach służy mu tak dobrze.
Wokulski Tomasza Schuchardta w serialu Netflixa był dla mnie przede wszystkim człowiekiem przegranym, pomiatanym przez otoczenie, pozbawionym charakteru i siły sprawczej. Zbyt łatwo zapominało się, kim właściwie jest i do czego doszedł. Dorociński przywraca bohaterowi znaczenie. Kiedy ten Wokulski zostaje odrzucony, widzimy również małość świata, który nie chce uznać jego wartości.
Konflikt romantyka z pozytywistą przestaje być przy nim szkolną formułką. Oglądamy człowieka, który umie rozsądnie kierować sprawami innych, lecz nie potrafi równie trzeźwo spojrzeć na własne uczucie. Jego przedsiębiorczość i miłosne zaślepienie należą do tej samej osobowości. Dorociński znakomicie pokazuje, jak wielka determinacja, dzięki której można zbudować majątek, staje się zgubna, gdy zostaje podporządkowana jednemu pragnieniu.
Dębska, Janda, Komorowska i Kulesza
Trudno wyróżnić jedną rolę, bo cała obsada prezentuje znakomity poziom, także na drugim i trzecim planie. Nawet na trzecim planie pojawiają się znakomici polscy aktorzy, a kolejne spotkania Wokulskiego dają przyjemność obcowania z ludźmi o wyraźnych charakterach. Szczególnie mocno zapamiętam jednak kwartet: Maria Dębska, Krystyna Janda, Maja Komorowska i Agata Kulesza. W ogromnej mierze to właśnie one nadają filmowi emocjonalną i obyczajową głębię.
Dębska jako Kazimiera Wąsowska jest fenomenalna. Jej nieodwzajemnione uczucie do Wokulskiego pozwala spojrzeć na niego z jeszcze jednej strony. Sam cierpi z powodu miłości, a zarazem nie potrafi odpowiedzieć na uczucie kobiety, która dostrzega jego wartość. Wąsowska ma przez to własny dramat, równie godny uwagi jak nieszczęście głównego bohatera. Rozpacz, z którą zostaje pod koniec filmu, należy do jego najbardziej poruszających akcentów.
Krystyna Janda jako hrabina Karolowa i Maja Komorowska jako prezesowa Zasławska współtworzą świat, w którym każda z tych kobiet ma własne i jakże odmienne doświadczenie i własny osąd ludzi. Z kolei Agata Kulesza daje pani Meliton kapitalną ironię. W jej obecności szczególnie dobrze słychać ten ton Prusa, który pozwala jednocześnie rozumieć ludzkie słabości i bezlitośnie je punktować.
W ogóle jest w tej Lalce szczypta humoru. Przy całym ciężarze niespełnionej miłości i społecznych podziałów film potrafi być momentami zabawny.
Łęcki, którego rozpoznaję z powieści

Marcin Dorociński jako Stanisław Wokulski oraz Andrrzej Seweryn jako Tomasz Łęcki / fot. Gigant Films
Andrzej Seweryn jako Tomasz Łęcki znakomicie oddaje próżność swojej klasy i finansową bezczelność człowieka, który mimo bankructwa nadal traktuje innych z góry. Nie ma pieniędzy, ale zachowuje wielkopańskie maniery i niezachwiane przekonanie o własnej wyższości. Naciąga Wokulskiego, a jednocześnie gardzi kupieckim zajęciem, dzięki któremu ten może ratować jego finanse. Pusty portfel w niczym nie przeszkadza Łęckiemu nosić wysoko głowy. Seweryn pokazuje człowieka dobrze znanego z powieści, którego Netflix sprowadził do postaci kompletnego alkoholika.
Ogromną przyjemność sprawia powrót Marka Kondrata jako Ignacego Rzeckiego. Po seansie rozumiem, dlaczego marzył właśnie o tej roli. To Rzecki, którego chciałem zobaczyć na ekranie. Netflix zrobił z niego przeklinającego kumpla Wokulskiego, niemal jego rówieśnika, gubiąc charakter starego subiekta. U Kondrata odnajduję powieściowego Rzeckiego, jego staroświeckość i przywiązanie do Wokulskiego. Tym milej oglądać tego aktora ponownie na dużym ekranie.
Wielkie kino kostiumowe
Artystyczny rozmach filmu widać w kostiumach, plenerach i różnorodności miejsc. Czuć pracę ekipy, która przemierzała Polskę w poszukiwaniu przestrzeni dla tej historii. Kolejne lokalizacje poszerzają świat bohaterów i dają obrazowi wizualny oddech. To film, który dobrze ogląda się na dużym ekranie, bo ma co na nim pokazać.
Bogactwo oprawy współgra z bogactwem powieści. Ludzie żyją tu w określonym otoczeniu, należą do swoich środowisk, przemieszczają się między miejscami, w których obowiązują różne zasady. Dzięki temu społeczne ambicje Wokulskiego mają również przestrzenny wymiar. Widzimy świat, do którego chce wejść, i ten, w którym rzeczywiście potrafi działać.
Trochę mniej Paryża, trochę więcej Warszawy
Mam jednak zastrzeżenia do rozłożenia akcentów. Żałuję przede wszystkim aukcji kamienicy. To znakomity fragment powieści, pełen interesów, kalkulacji i społecznych zależności, a film traktuje go po macoszemu. Brakuje mi również sporu baronowej Krzeszowskiej ze studentami. Takie sceny wzbogacają obraz Warszawy, a przy okazji pokazują komediowy talent Prusa.
Chętnie zobaczyłbym je kosztem części paryskich fragmentów. Rozumiem ich znaczenie. W Paryżu Wokulski odnosi sukcesy, działa swobodnie, jest jak ryba w wodzie. To potrzebne przypomnienie jego możliwości i szans na życie, którego nie określałoby wyłącznie uczucie do Łęckiej. Film przekonuje mnie jednak o tym wystarczająco mocno, żeby można było nieco skrócić ten wątek i oddać więcej miejsca warszawskim sprawom.
To uwaga o proporcjach. Ekranizacja pozostaje spójna i wierna duchowi książki, także w sposobie doprowadzenia historii do końca. Zachowuje kluczowe elementy Prusowskiego zakończenia i wynikający z nich ciężar. Skróty nie pozbawiają opowieści sensu, choć kilku pominiętych scen zwyczajnie szkoda.
Prus przychodzi do sklepu Wokulskiego
Jeden z najwdzięczniejszych pomysłów filmu to pojawienie się samego Prusa. Pisarz przychodzi jako dziennikarz na otwarcie sklepu i chce przeprowadzić wywiad z Wokulskim. Ten podsuwa mu myśl, że lepiej byłoby zająć się pamiętnikiem Rzeckiego.
Świetny, dyskretny ukłon w stronę autora. Żart pasuje do sytuacji, wyrasta z powieści i daje czytelnikom dodatkową przyjemność. Ma w sobie lekkość, której często brakuje podobnym zabawom z literackim pierwowzorem.
Co Wokulski poświęcił dla miłości?

Marcin Dorociński jako Stanisław Wokulski i Kamila Urzędowska jako Izabela Łęcka / fot. Gigant Films
Najmocniej zostaje jednak pytanie o cenę, którą Wokulski zapłacił za swoje uczucie. W końcowej części filmu odczytuję gorzkie rozpoznanie, że być może podporządkował życie czemuś, co z perspektywy utraconych możliwości okazuje się głupstwem. Wyrzekł się sklepu, handlu, pracy, która była jego pasją i którą można uznać za powołanie. Miał własny talent, własne miejsce i zajęcie dające mu poczucie sprawczości. Stopniowo od tego odchodził.
Tragedia polega również na tym, że człowiek zdolny do tak wielu rzeczy pozwolił, aby o wartości całego jego życia rozstrzygało uczucie jednej osoby. W tej perspektywie konflikt romantyka z pozytywistą staje się szczególnie bolesny. Wokulski miał przecież do czego wracać. Pytanie, czy po wszystkich rozczarowaniach potrafił jeszcze nadać temu znaczenie.
Obok pozostaje Wąsowska ze swoją rozpaczą. Jej obecność jeszcze komplikuje ten rachunek krzywd i straconych szans. Wokulski pragnie być kochany, ale sam również nie daje szczęścia komuś, kto kieruje ku niemu uczucie. Film bardzo dobrze pokazuje, jak niewiele w miłości zależy od zasług, rozsądku i sprawiedliwości.
Dlatego tyle wypowiadanych tu zdań o relacjach pozostaje aktualnych mimo dziewiętnastowiecznego języka. Podobnie jest z klasową pychą, potrzebą akceptacji i gotowością do rezygnowania z siebie, żeby zasłużyć na cudze zainteresowanie. Kawalski potrafił to z wyczuciem wydobyć z Prusa.
Wyszedłem z kina przekonany, że zobaczyłem wielki film, który za 20 lat wciąż będzie oglądany. Znakomicie zagrany, piękny wizualnie, zabawny i przejmujący, a przede wszystkim świadomy tego, co chce opowiedzieć. Dorociński stworzył Wokulskiego, którego sukcesom się wierzy i którego klęskę trudno obojętnie przyjąć. Dębska zostawiła Wąsowską, o której myśli się jeszcze po seansie. Lalka dostała ekranizację godną swojego miejsca w polskiej kulturze.
Ocena recenzenta: 10/10
O filmach historycznych i kostiumowych przeczytasz klikając tutaj lub na poniższą grafikę:
Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Opinie i ocena zawarte w recenzji wyrażają wyłącznie zdanie recenzenta, nie musi być ono zgodne ze stanowiskiem redakcji. Z naszą skalę ocen i sposobem oceny możesz zapoznać się tutaj. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanej recenzji, by to zrobić wystarczy podać swój nick i e-mail. O naszych recenzjach możesz także porozmawiać na naszym forum. Na profilu "historia.org.pl" na Facebooku na bieżąco informujemy o nowych recenzjach. Możesz także napisać własną recenzję i wysłać ją na adres naszej redakcji.





