„Historia prześladowań religijnych” – J. Kirsh – recenzja


Co łączy Orwella, Kafkę, de Sade’a, Torquemadę, Stalina, Hitlera i Busha? Można się tego dowiedzieć z książki Jonathana Kirsha Historia prześladowań religijnych. Autor łączy w niej historię Inkwizycji z innymi, bliższymi nam wydarzeniami i kulturą popularną.

Jonathan Kirsch jest dziennikarzem i pracownikiem Uniwersytetu Nowojorskiego, specjalizuje się w historii religii, zwłaszcza Judaizmu i Biblii. W swojej książce Historia prześladowań religijnych skupia się głównie na problemie przemocy wobec Żydów –  od Średniowiecza aż po czasy współczesne. Jedynie dwa czy trzy rozdziały traktują o heretykach (zwłaszcza Katarach) lub czarownicach. Wbrew zapowiedziom autora w rozdziale pierwszym i w streszczeniu na końcu książki, ciężko doszukać się opisów działalności Inkwizycji (aż się zdziwiłam, gdy na nie trafiłam w czwartym rozdziale). Powołując się na Monty Pythona: „Nikt nie spodziewa się Hiszpańskiej Inkwizycji”. Ja też się jej nie spodziewałam, a jednak była!

Mimo sporej niespójności tematu książka jest ciekawa, obfitująca w przeróżne anegdoty i absurdy. Właściwie jest to cały zbiór „zabawnych” przypadków (o ile działalność Inkwizycji czy systemów totalitarnych XX wieku można w ogóle rozpatrywać w kategoriach humorystycznych). Przykładem niech będzie chłop, któremu przyśniły się pszczoły, w związku z czym odprawił swą żonę – zaczął głosić kazania, a w końcu utopił się w studni. Inny chłop, zapytany o to, czy zna Ojca, Syna i Ducha Świętego, odparł, że dwóch pierwszych owszem, ale trzeci to nie z jego wioski. Znajdziemy również historię pewnego ucznia, który doniósł na nauczyciela i w nagrodę został wysłany do elitarnej szkoły w Moskwie. Możemy także dowiedzieć się, w jaki sposób wytaczano procesy zmarłym!. To tylko niewielki fragment  całej masy absurdów, z których składa się ta książka. Jako minus można natomiast przyjąć, że nie wszystkie z podawanych przykładów były opatrzone przypisami. Być może autor uznał, że są one zbyt oczywiste i żadnych przypisów nie potrzeba, a być może dane te nie są nigdzie potwierdzone. W obu przypadkach nie da się niestety tego sprawdzić. Część tych historii z pewnością jest znana miłośnikom tematyki inkwizycyjnej. Dla przykładu: w jednym z rozdziałów pojawia się dość szczegółowe streszczenie Młota na czarownice (części pierwszej i drugiej).

Niewątpliwym walorem książki jest ciekawy styl autora. Dzięki niemu temat stał się nieco łatwiejszy do przyswojenia dla wrażliwszych czytelników, ale jednocześnie trudno nie zauważyć całej masy oryginalnych i obrazowych porównań. Książkę pochłania się jednym tchem, czytelnik nie czuje się zmęczony negatywną treścią – wręcz przeciwnie, chce wiedzieć jeszcze więcej.

Przechodząc jednak do minusów – to, co w książce przeszkadzało mi najbardziej, to brak zaufania do inteligencji czytelnika i jego umiejętności trafnej oceny wydarzeń. Nie bardzo rozumiem, jaki jest cel podkreślania w każdym zdaniu, że Inkwizycja była zła i dała podwaliny pod holocaust, ludobójstwo w ZSRR i Guantanamo. Nie sądzę, by ktokolwiek rozsądny uznał, że palenie na stosach  jest przejawem tak cennej w chrześcijaństwie cnoty, jaką jest „miłość do bliźniego”, Uważam, że Inkwizycja jako prototyp Oświęcimia i Łagrów jest za daleko idącym wnioskiem. Okrucieństwo ludzi i ich pomysłowość w tym zakresie jest tak wielka, że nie zdziwiłoby mnie, gdyby jedni prześladowcy nie słyszeli nigdy o drugich.

Wspominałam wcześniej, że autor szczegółowo streścił dwie pierwsze części Młota na czarownice. Niestety, jak dla mnie zabrakło informacji z trzeciej części podręcznika dla inkwizytorów. W książce znalazły się zaledwie trzy opisy metod tortur. Jeśli okładka miała odnosić się do treści, to była zdecydowanie za mało przerażająca.

By nie kończyć recenzji tak negatywnie, dodam, że jeśli kogoś interesuje historia okrucieństwa, to zdecydowanie polecam tę książkę. Można znaleźć w niej wiele cennych informacji. Natomiast jeśli ktoś nastawia się na pogłębianie wiedzy o działalności inkwizytorów to radzę od razu przejść do rozdziałów IV i V, bo one jedynie opisują całą inkwizycyjną machinę. Do zalet książki dodam jeszcze to, że autor w naprawdę umiejętny sposób łączy ze sobą tematy, które pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego, a jednak są w pewien sposób powiązane, co daje szerszy obraz opisywanej rzeczywistości.

Plus minus:
Na plus:
+ wszechstronność
+ dużo przykładów, anegdot
+ przyjemna lektura
Na minus:
- nieokreślona tematyka publikacji
- pobłażliwe traktowanie czytelnika

Tytuł: Historia prześladowań religijnych
Autor: Jonathan Kirsch
Tłumacz: Lech Niedzielski
Wydawca: Bellona
Rok wydania: 2009
ISBN: 978-83-11-11634-4
Liczba stron: 318
Cena: około 35 zł
Ocena recenzenta: 6/10

Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Opinie i ocena zawarte w recenzji wyrażają wyłącznie zdanie recenzenta, nie musi być ono zgodne ze stanowiskiem redakcji. Z naszą skalę ocen i sposobem oceny możesz zapoznać się tutaj. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanej recenzji, by to zrobić wystarczy podać swój nick i e-mail. O naszych recenzjach możesz także porozmawiać na naszym forum. Na profilu "historia.org.pl" na Facebooku na bieżąco informujemy o nowych recenzjach. Możesz także napisać własną recenzję i wysłać ją na adres naszej redakcji.

20 komentarzy

  1. Łukasz Kuć napisał(a):

    Chciałbym zwrócić uwagę na dość niefortunne i dziwne sformułowania używane w recenzji,np.
    „książka [...] obfitująca w przeróżne [...] absurdy” albo „to tylko niewielki fragment całej masy absurdów, z których składa się ta książka” - brzmi to jakby książka faktycznie składała się z absurdów, tymczasem, jak rozumiem, możemy w niej znaleźć przykłady absurdalnych sytuacji, zaś sama treść absurdalna nie jest;
    „miłośnikom tematyki inkwizycyjnej” - tak jakby była to jakaś cała gałąź nauki, zresztą przy tak postawionym sformułowaniu wcale nie jest pewne, czy nie chodzi o jakiś termin prawniczy - przypomnę, że „inquisitio” znaczy m.in. badanie, prowadzenie śledztwa; nie prościej byłoby napisać po prostu - „miłośnikom historii Inkwizycji” albo „tematu Inkwizycji”;
    „negatywna treść” - też niezbyt zręcznie powiedziane;
    Odnosząc się do recenzowanej książki - jeżeli autor formułuje tak radykalne tezy, jak podano w recenzji, czyli proces przed Trybunałem Inkwizycji przyrównuje do obozów zagłady, według mnie, dyskwalifikuje to całkowicie tę książkę; zresztą całość jest napisana tak jakby to Inkwizycja wymyśliła palenie na stosie, alby jakby tylko z jej wyroków takie kary wykonywano.
    Na koniec mam jeszcze pytanie do recenzentki: czy owa książka traktuje tylko o prześladowaniach prowadzonych przez instytucje Kościoła katolickiego?

    • Maria Plucińska napisał(a):

      Absurdalne są i sytuacje w książce i sama książka 😉

      Co do Pana wrażenia na temat książki - to jest dobre wrażenie, tak to właśnie jest napisane i, odpowiadając na pytanie, opisane są jeszcze prześladowania prowadzone przez nazistów i reżim stalinowski (ew. czasem Guantanamo) - natomiast z prześladowań, które miały miejsce przed wiekiem XX-tym, to tylko KK (ale warto też zaznaczyć, że były to jedynie dwa czy trzy rozdziały na całą książkę).

      • Łukasz Kuć napisał(a):

        Czy w takim przypadku ocena nie powinna być niższa?
        Już po samej okładce można zorientować się, że jest to książka napisana z tezą, tzn. chodzi mi o zestawienie słów: ból, inkwizycja, strach, zło - wyraźnie widać, że jedno się odróżnia;
        Czyli większość książki dotyczy XX wieku? Dość dziwne w przypadku tak sformułowanego tytułu.

        • Maria Plucińska napisał(a):

          Ocena jest adekwatna do książki i typu, jaki prezentuje. Ciężko oceniać wszystkie książki wg jednego kryterium, bo jasnym jest, że publikacje popularno-naukowe nie mają najmniejszych szans wyjść poza ocenę 5, chyba że w porywach geniuszu autora, może 6. Możliwe, że moja ocena jest nieco zawyżona ze względu na punkt odniesienia do czegoś (ciężko zakwalifikować nawet co to było), co czytałam tuż przed książką Kirsha, ale jak na typ, jaki prezentuje oraz konwencję którą przyjął autor, nie jest to jeszcze tragedia. Mimo swoich wad, trzyma jakiś poziom.

          Zgodzę się, że tytuł książki jest sformułowany dość niefortunnie i nieadekwatnie do treści, na co też zwróciłam w recenzji uwagę i uznałam za jej istotną wadę.

          • Łukasz Kuć napisał(a):

            Trochę się dziwię, że uważa Pani jakoby książka popularnonaukowa nie zasługiwała na wyższą ocenę. Jest trochę prac popularnych, które swoim poziomem przewyższają niejedną współczesną pracę stricte naukową.
            Ponadto uważam, że jeżeli książka naukowa zawiera stek bzdur, to nawet najlepszy styl autora nie może nic w tym względzie naprawić.

          • Maria Plucińska napisał(a):

            Właśnie uważam, że zasługuje, ale należy zastosować inne kryteria do prac naukowych i do popularnonaukowych. I nie jest to kwestia stylu, bo, przynajmniej dla mnie, autorzy popularnonaukowi są bardziej literaccy. Jeżeli praca naukowa zawiera stek bzdur to zasługuje na 1, podczas gdy praca popularnonaukowa już niekoniecznie, bo też inny cel przyświecał jej autorowi. I dlatego nie można ich porównywać, a więc trzeba stosować oddzielne skale (takie jest przynajmniej moje zdanie). I dlatego, gdyby praca Kirsha była pracą naukową, otrzymałaby niższą ocenę, ale, że nie jest - wystawiłam 6.

          • Gorol napisał(a):

            „Książki oceniane są na tle swojej kategorii. Książki naukowe zestawiane są z książkami naukowymi, a albumy są oceniane na tle albumów. W przeciwnym razie m.in. trudno byłoby oceniać popularnonaukową pozycję z poważną pracą naukową na podobny temat – w efekcie książki popularnonaukowe byłyby niedowartościowane.”

    • Gorol napisał(a):

      Czepialstwo. Sam znam miłośników tematyki inkiwzycyjnej, na rynku jest sporo książek w tej tematyce. Wreszcie są tysiące fanów hiszpańskiej inkiwzycji, której nikt się nie spodziewa. Treść może być pozytywna lub negatywna. Materiał prasowy może być dla pozytywny lub negatywny. Artykuł może być pozytywny lub negatywny. Wreszcie Twój komentarz jest negatywni a nie pozytywny.

      Co do absurdów, w ten sposón cytując jak zacytowałeś, wyrwałeś wypowiedź z kontekstu. Pełne zdanie brzmi:

      „Mimo sporej niespójności tematu książka jest ciekawa, obfitująca w przeróżne anegdoty i absurdy.” Także chętnie usłyszę, co jest nie tak w tym zdaniu, czego nie zrozumiałeś.

      • Łukasz Kuć napisał(a):

        Po pierwsze: prosiłbym o nie zwracanie się do mnie per Ty;
        Po drugie: będę się upierał, że „tematyka inkwizycyjna” brzmi nie najlepiej, chociaż gorzej brzmi „fan hiszpańskiej inkwizycji” - można pasjonować się historią Inkwizycji, no chyba, że ktoś faktycznie jest fanem, tzn. np. ubiera się w odpowiedni strój itp.; to tak samo jakby ktoś napisał, że jest fanem partii nazistowskiej w znaczeniu, że interesuje go historia tejże;
        Po trzecie: przytoczenie całego zdania nic nie zmienia, ponieważ wg. mnie powinno brzmieć to np. w ten sposób: „obfitująca w przeróżne anegdoty i opisy absurdów” - autor posługuje się anegdotą, ale nie posługuje się absurdem - on podaje tylko jego przykłady;
        Po czwarte: z mojej wypowiedzi nie wynika, że czegoś nie zrozumiałem, ja po prostu uważam te sformułowania za niezbyt klarowne i nie ma w tym cienia złośliwości;

        • Maria Plucińska napisał(a):

          „Fan Hiszpańskiej Inkwizycji” raczej odnosi się do fanów jednego z dowcipów Monty Pythona. 😉

          „autor posługuje się anegdotą, ale nie posługuje się absurdem - on podaje tylko jego przykłady” - przepraszam, ale chyba się w pewnym momencie pogubiłam. Jak zrozumiałam z poprzedniej Pana wypowiedzi, nie czytał Pan książki, zatem skąd Pan wie, że autor nie posługuje się absurdem?

          • Łukasz Kuć napisał(a):

            Z kontekstu wypowiedzi wynika, że autor po prostu podaje przykłady absurdów - Pani zresztą przytacza kilka z nich.
            Natomiast posługiwanie się absurdem jest czymś zupełnie innym. Używa się go głównie w beletrystyce. W publikacjach naukowych i popularnonaukowych nie może być o tym mowy, gdyż „absurd” to według słownika języka polskiego wyrażenie wewnętrznie sprzeczne, pozbawione logiki. Jak Pani wyobraża sobie pracę naukową, która jest pozbawiona logiki? Nawet gdyby autor faktycznie posługiwał się absurdem, to robiłby to nieświadomie i nie należałoby liczyć mu tego in plus, ponieważ w ten sposób kompromitował by siebie i swoją książkę.

          • Maria Plucińska napisał(a):

            „Jak Pani wyobraża sobie pracę naukową, która jest pozbawiona logiki?” - To NIE jest praca naukowa.

            Autor podaje przykłady absurdów, jak i sam miejscami się nim posługuje.

        • Gorol napisał(a):

          W Internecie tak się mogę zwracać, do kogoś z autorytetem. Normalnie przyjętą zasadą jest zwracanie się bezpośrednie w trakcie internetowej rozmowy-dyskusji.

          Dwa ogarnąłem tą dyskusję i trochę niefajnie, że recenzent z tej samej „firmy” czepia się publicznie w taki sposób recenzji drugiego recenzenta z „firmy”. Aczkolwiek wszystko odbywa się kulturalnie, co jest dużym plusem jak na internetowe standardy, tego odmówić nie można.

          Po trzecie przykładem z hiszpańską inkwizycją sprawdzałem poczucie humoru. Test wypadł blado.

          Po cawarte czepanie się w akademicki sposób jakiegoś zdania, to naprawdę wyraz niezwykłego wręcz zacietrzewienia. Kompletnie dla mnie niezrozumiałego.

          Można było to wyjaśnić jakiś e-mailem do autorki, redakcji, czy coś takiego. Nie wiem, może takowa próba była, nie mniej dla mnie to trochę wylewanie frustracji. Ludzie to czytają i widzą, że to jakaś piaskownica, wykłócanie się o jakiś zwrot jakby to chodziło o milion złotych.

          • Łukasz Kuć napisał(a):

            Otóż po to jest opcja komentowania, żeby właśnie komentować na forum i nic do tego nie ma, czy jest się recenzentem tego portalu czy też nie.
            Pan usilnie używa słowa „czepiać się” - przeczytałem recenzję, zauważyłem, według mnie, błąd, napisałem to w komentarzu, nie widzę w tym czepiania się, nie podnoszę też argumentów ad personam. Nie ma w tym żądnej frustracji.
            Wydaje mi się, że dyskutowanie nie jest niczym złym, więc dlaczego tego nie robić. Zważywszy, że na tym portalu trafia się zazwyczaj inteligentny rozmówca, a to jest rzadkość w internetowych dyskusjach.

  2. Jakub napisał(a):

    Ależ w żadnym wypadku nie ma czegoś takiego jak „negatywna” lub „pozytywna treść”! Może być negatywny, bądź pozytywny przekaz. Przekaz wynika z treści danego tekstu. Logika, moi drodzy recenzenci i komentatorzy.

    Co się tyczy samej recenzji. Mówiąc wprost, jest słaba. Nie zrobiła na mnie wrażenia; a przecież mogła, gdyż „materiał”, czyli książka, na której temat miała powstać opinia, dawała takie możliwości. Recenzowana praca to raczej chłam, rzecz niewarta lektury, chyba że chce się zdobyć wiedzę jak uprawia się literaturę popularnonaukową w USA. Po raz kolejny szkoda, że Bellona zdecydowała się na wydanie „czegoś takiego”. I tego zabrakło mi w powyższym tekście, uwypuklenia najważniejszego problemu (bo wiemy wszyscy, że książka jest marna), słów krytycznych pod adresem podejścia autora rzeczonej książki do problematyki, jego metody działania itd. Ta recenzja zdaje się być nieuporządkowana, być może tylko połowicznie przemyślana.

    Nieporozumieniem, w moim przekonaniu, są też sformułowanie kryjące się w części „Plusy minusy”.

    • Maria Plucińska napisał(a):

      Myślę, że rozbieżności w mojej i Pana opinii wynikają z tego, że nie jestem przeciwniczką książek popularnonaukowych, które uważam za całkiem pożyteczne. Docierają do szerszej grupy odbiorców, z których część prawdopodobnie nie zadowoli się jedną książką i będzie sięgać po kolejne, również naukowe. Publikacje popularnonaukowe są dobrym pierwszym krokiem. Dlatego jestem daleko od ich krytyki i całkowitej dyskwalifikacji, mimo iż zgadzam się, że nie niosą ze sobą takiej samej treści merytorycznej jak te stricte naukowe.

    • Gorol napisał(a):

      Słaba? Może w porównaniu z recenzją na stronę w „Gazecie Wyborczej”. Ale tam są potężne recenzje, pisane przez zawodowych krytyków lub zawodowych znawców tematu. Jak na standardy internetowe mieści się na pewno w średniej, ocena zależy od pryncypiów. Odbieram to tak, że jakby pojechała po Bellonie, to recenzja byłaby dobra. Nie tędy droga chyba.

  3. Jakub napisał(a):

    Mamy książki popularnonaukowe i popularnonaukowe. Recenzowana jest, zdaje się, tej drugiej, albo nawet trzeciej kategorii. Nie mam nic do literatury popularyzatorskiej, pod warunkiem, że autorzy tejże trzymać się będą faktów i nie porwą się na jakieś wydumane, powodujące uśmiech na twarzy, teorie i spiski. Czytadło, którego tutaj dziś recenzję przeczytałem, to produkt dla przeciętnego Kowalskiego (w Stanach dla Smith’a), to fakt. Ale w niczym nie uprawnia jego autora do stawiania pomysłów, które nic innego, jak tylko robią ze społeczeństwa bandę kretynów. Wstyd, że i w Polsce coś takiego się wydaje, i nie przemawia przeze mnie jakiś głos pt. „teologizowanie”, tudzież „dewocjonizowanie” (neologizm na potrzeby myśli), ale raczej zwracam uwagę na jakość czytanego tekstu, za który płaci się w końcu. Tutaj około 35 zł.

    • Maria Plucińska napisał(a):

      Zgodzę się, że nie jest to dzieło najwyższych lotów, ale muszę też uczciwie przyznać, że czytywałam gorsze. Jak na swój gatunek (niech będzie popularnonaukowe drugiej kategorii) jest to książka średnia - ma swoje mankamenty (liczne), ale ma też kilka zalet. Recenzuję ją na tle innych z tego samego gatunku.

  4. Jakub napisał(a):

    Gorol:
    Owszem, słaba. Dlaczego, to już wykazałem we wczorajszym komentarzu.
    Źle obierasz moją intencję. Nie chodzi o to, by nie zostawić suchej nitki po Bellonie (chociaż tak naprawdę przydałoby się). Chodzi o to, by zmierzyć się ze stanem rzeczy. Tytuł wydany pod egidą rzeczonej oficyny jest marny, więc kto ma ponieść oprócz autora i ew. tłumacza (o nim również nie powinniśmy zapominać) odpowiedzialność? W moim przekonaniu wydawnictwo, a ściślej rzecz ujmując, osoba odpowiedzialna za „dobieranie” tytułów w wydawnictwie. Bellona zdaje się ma już swoje dobre lata za sobą. Niestety. Działa w kratkę, bo raz pojawi się coś dobrego, to znowu za drugim, trzecim, czwartym czy nawet piątym razem będzie coś gorszego. Nie tak dalej jak kilka tygodni temu recenzowałem „Gladiatorów...” z tej oficyny i uznałem tę pozycję za godną polecenia. Aktualnie pracuję na inną książką z tego wydawnictwa i nie wiem co będzie... Kilka lat temu mocno skrytykowałem jeden z HB-eków, i z tego co czytam z pojawiających się tytułów pod patronatem Bellony, nie jest wcale czarująco. Rzecz warta przemyślenia.

Odpowiedz