Latarnia Aleksandryjska wyłoniła się z morza. Cud starożytnego świata wraca na powierzchnię |
Archeolodzy projektu PHAROS wyciągnęli ze wschodniego portu Aleksandrii 22 kamienne bloki, z których każdy waży od 70 do 80 ton. To fragmenty Latarni Aleksandryjskiej - jednego z siedmiu cudów starożytnego świata, który zawalił się w średniowieczu i przez ponad sześćset lat leżał na dnie Morza Śródziemnego, zaledwie kilka metrów pod wodą. Celem wydobycia nie jest odbudowa fizyczna, lecz coś równie ambitnego: stworzenie cyfrowego bliźniaka latarni, która przez ponad tysiąc lat prowadziła statki do portu. Puzzle ważą łącznie ponad półtora tysiąca ton.
Czym był Faros - i dlaczego jego nazwa przeżyła samą budowlę?
Latarnia stanęła na małej wyspie Faros przy wejściu do portu w Aleksandrii. Ptolemeusz I zlecił jej budowę na przełomie IV i III wieku przed Chrystusem; uroczysta inauguracja odbyła się w 279 roku p.n.e. za jego syna, Ptolemeusza II Filadelfosa. Projekt powierzono Sostratesowi z Knidos - greckiemu architektowi i dyplomacie, który za to zlecenie otrzymał 800 talentów (200-300 mln zł, jako równowartość 20-30 ton srebra), kwotę niewyobrażalną nawet jak na hellenistyczne standardy.
Budowla miała trzy kondygnacje: kwadratową podstawę, ośmiokątną część środkową i cylindryczny szczyt z otwartym ogniem. Szacowana wysokość wahała się między 100 a 120 metrami, co czyniło ją przez stulecia najwyższą konstrukcją na świecie po piramidach. Światło wzmacniane przez system polerowanych metalowych zwierciadeł było widoczne z odległości kilkudziesięciu kilometrów, co przy zdradzieckiej, usianej mieliznami linii brzegowej egipskiego wybrzeża miało dosłownie znaczenie życiowe dla żeglarzy.
Sostratos zostawił po sobie podpis. Na murach latarni umieścił tynk z inskrypcją sławiącą króla Ptolemeusza. Pod spodem, w kamieniu, kazał wyryć własne imię. Gdy tynk z biegiem wieków opadł, odsłonił napis: „Sostratos, syn Deksyfanesa, poświęcił tę budowlę bogom ocalenia, w imieniu wszystkich tych, którzy żeglują po morzach.” Królewski napis przeminął. Imię architekta zostało.
Jak cud świata zamienił się w gruzy - i dlaczego nikt nie wiedział, gdzie leżą?
Latarnia przetrwała podboje - Aleksandra, Cezara, Arabów. Przez ponad tysiąc lat kolejne armie przychodziły do Aleksandrii i zastawały Faros na swoim miejscu. Jej kres przyniosły nie miecze, lecz ziemia. Seria trzęsień ziemi - dokumentowanych od VIII wieku - stopniowo kruszyła fundamenty i mury. W 1303 roku potężne wstrząsy, odczuwalne w całym basenie Morza Śródziemnego, ostatecznie pozbawiły budowlę użyteczności. Przez kolejne siedemdziesiąt lat to, co zostało, stało jako ruina. Między 1375 a 1477 rokiem sułtan mamelucki Kaitbej nakazał rozebranie pozostałości i użycie bloków do budowy nowej twierdzy obronnej - cytadeli Kaitbeja, która stoi na tym samym cyplu do dziś. Latarnia dosłownie zamieniła się we własny nagrobek.Przez stulecia po aleksandryjskim wybrzeżu pływały statki, a nikt nie wiedział, że pod wodą, rozrzucone w promieniu kilkuset metrów, leżą bloki, z których niegdyś zbudowano pierwszy na świecie wielki budynek służący nawigacji. Ruiny zidentyfikowano pod wodą dopiero w 1968 roku. Prawdziwy przełom nastąpił w 1994–1995 roku, gdy archeolog Jean-Yves Empereur z Centrum Studiów Aleksandryjskich (CEAlex) przeprowadził pierwszą systematyczną operację podwodną - zinwentaryzowano ponad 3300 obiektów, w tym sfinksy, obeliski, kolumny i granitowe bloki. Część wydobytych wtedy elementów trafia do parku archeologicznego Kom el-Dikka - miejsca, gdzie działają również polscy archeolodzy.
Co konkretnie wydobyto w 2026 roku i dlaczego to ważne?
Wydobyte bloki to nie przypadkowe kamienie: to nadproża i ościeżnice monumentalnego wejścia do latarni, próg, płyty fundamentowe - elementy, które tworzą rozpoznawalny architektoniczny podzespół. Każdy z nich waży od 70 do 80 ton. Dla porównania: przeciętna europejska lokomotywa pasażerska waży około 80 ton. Jeden blok progu latarni - tyle co pociąg.
Najistotniejszym odkryciem jest jednak coś innego: wśród wydobytych elementów znalazły się fragmenty dotąd nieznanego pylonu - masywnej bramy w stylu egipskim, wykonanej techniką hellenistyczną. To rzadki przykład świadomego przenikania się dwóch tradycji architektonicznych: egipskiej monumentalności i greckiej precyzji wykonania. Ptolemeusze byli z pochodzenia Macedończykami, rządzili Egiptem i konsekwentnie legitymizowali swoją władzę, przyjmując faraońskie symbole i style. Latarnia mogła być jednym z najbardziej dosłownych materialnych wyrazów tej hybrydy kulturowej - i właśnie tę tezę nowe bloki po raz pierwszy potwierdzają fizycznym dowodem.
Badaniami kieruje Isabelle Hairy z CNRS - archeolog i architekt, która od lat łączy terenową pracę podwodną z analizą historycznych przekazów o latarni. Projekt PHAROS zrzesza poza nią historyków, numizmatyków (monety z wizerunkiem latarni są jednym z niewielu źródeł ikonograficznych) i architektów, którzy konfrontują zrekonstruowane fragmenty ze starożytnymi opisami - od Strabona przez arabskich geografów aż po piętnastowieczne kroniki.
Cyfrowy bliźniak zamiast odbudowy - co to właściwie oznacza?
Wydobyte bloki nie trafią z powrotem na wyspę Faros. Trafią do laboratoriów skanujących. Każdy element jest opracowywany metodą fotogrametrii - tysiące zdjęć z różnych kątów pozwalają wygenerować dokładny model trójwymiarowy z milimetrową precyzją. Te modele trafiają następnie do inżynierów-wolontariuszy Fundacji Dassault Systèmes, którzy próbują je wirtualnie złożyć w całość.
Projekt ma odpowiedzieć na pytania, które nie dają spokoju badaczom od dekad: ile kondygnacji miała latarnia i jak wyglądała każda z nich? Jak funkcjonował mechanizm zwierciadła - czy to były płaskie tafle, czy zwierciadła wklęsłe? Jak rozłożone były obciążenia w tak wysokiej konstrukcji stojącej na małej wyspie narażonej na fale?
Fundacja Dassault Systèmes podaje, że przez ostatnią dekadę zdigitalizowano podwodnie ponad 100 bloków. 22 wydobyte teraz dołączają do tej kolekcji już na powierzchni, co pozwala na dokładniejsze skanowanie i zbadanie miejsc łączeń niewidocznych, gdy blok leży na dnie. Efektem finalnym ma być model, który pozwoli „odwiedzić” latarnię wirtualnie.
Dlaczego przez 1600 lat nikt jej nie szukał?
Bloki nie leżą głęboko - cały materiał spoczywa w płytkich wodach wschodniego portu Aleksandrii, w miejscu, gdzie dziś cumują statki, stoi nabrzeże i tętni miasto. Przez stulecia dosłownie pływano po gruzach jednego z cudów starożytnego świata, nie wiedząc o tym.
Średniowieczni budowniczowie cytadeli Kaitbeja zabrali to, co było największe i najpotrzebniejsze. To, co zostało na dnie, to za duże lub za ciężkie - jak właśnie te 70–80-tonowe bloki - albo za głęboko zakopane w mule. Paradoksalnie: właśnie dlatego przetrwały. Mamelucy nie mieli dźwigów zdolnych do wydobycia bloku równoważącego ciężar pociągu.
Archeologia podwodna jako dyscyplina naukowa jest stosunkowo młoda. Systematyczne badania przy użyciu sonarów, fotogrametrii i robotów podwodnych stały się możliwe dopiero w ostatnich dekadach. To, co dla XVI-wiecznego rybaka było po prostu niewidocznym dnem morskim, dla dzisiejszego badacza jest czytelnym polem ruin.
Lubisz czytać nasze historie?
Na historia.org.pl codziennie opowiadamy dzieje Polski i świata tak, jak na to zasługują - rzetelnie, pasjonująco, z szacunkiem do faktów. Ale żadna opowieść nie przetrwa bez tych, którzy chcą jej słuchać i ją wspierać.
Postaw nam wirtualną kawę - to darowizna, która realnie pomaga nam działać dalej. To dzięki takim gestom możemy nadal pisać o zwycięstwach, bohaterach i wydarzeniach, które zbudowały naszą tożsamość.




