Dlaczego Ukraina honoruje UPA? Między wojennym mitem a polską pamięcią o zbrodni |
Decyzja Ukrainy o nadaniu jednostce wojskowej imienia „Bohaterów UPA”, zapowiedzi honorowego pochówku postaci ukraińskiego ruchu nacjonalistyczno-niepodległościowego oraz odbudowa muzeum Romana Szuchewycza we Lwowie nie są przypadkowymi gestami. To element szerszej polityki pamięci państwa, które od 2014 r., a zwłaszcza od pełnoskalowej rosyjskiej agresji w 2022 r., bardzo intensywnie buduje własny panteon narodowy. Problem polega na tym, że część tego panteonu opiera się na postaciach, które dla Ukrainy są symbolami walki z Moskwą, a dla Polski pozostają symbolami jednej z największych zbrodni dokonanych na Polakach w XX wieku.
Dlaczego Ukraina honoruje UPA?
Najważniejszy mechanizm jest prosty: Ukraina patrzy dziś na UPA przede wszystkim przez pryzmat oporu antysowieckiego. W tej narracji Ukraińska Powstańcza Armia jest formacją walczącą o niepodległość przeciw imperium, najpierw w warunkach II wojny światowej, później przeciw aparatowi sowieckiemu. Roman Szuchewycz staje się w tym ujęciu nie dowódcą formacji obciążonej odpowiedzialnością za czystki etniczne, lecz symbolem żołnierza podziemia, który nie uznał sowieckiej dominacji nad Ukrainą. To spojrzenie nie jest pełną historią UPA, ale jest politycznie użyteczne, bo dobrze wpisuje się w dzisiejszą walkę Ukrainy z Rosją.
Drugi powód to logika państwa walczącego. Wojna potrzebuje bohaterów, tradycji i znaków. Państwo w stanie egzystencjalnego zagrożenia nie buduje pamięci historycznej w warunkach akademickiego seminarium, lecz w warunkach mobilizacji społecznej. Symbole mają wzmacniać morale, łączyć przeszłość z teraźniejszością i przekonywać żołnierzy, że są częścią dłuższego łańcucha walki o niepodległość. Dlatego Ukraina sięga po każdy czytelny znak oporu antyrosyjskiego. UPA jest takim znakiem, nawet jeśli z polskiego punktu widzenia jest to znak obciążony zbrodnią.
Trzeci element to dekomunizacja. Po 2014 r. Ukraina zaczęła konsekwentnie usuwać z przestrzeni publicznej radzieckich patronów, pomniki, nazwy ulic i dawny język państwowej symboliki. Powstała jednak próżnia. Jeżeli usuwa się bohaterów sowieckich, trzeba ich kimś zastąpić. Ukraina nie ma tak szerokiego, jednoznacznego i powszechnie akceptowanego repertuaru postaci państwowych jak Polska. Jej nowoczesna państwowość była przerywana, słaba albo tłumiona przez imperia. Dlatego pamięć narodowa chętnie sięga po postacie ruchu niepodległościowego, nawet jeśli ich biografie są skrajnie kontrowersyjne.
Czwarty czynnik to polityka wewnętrzna. Kult OUN-UPA od dawna jest silny szczególnie w zachodniej Ukrainie, w Galicji i części środowisk nacjonalistycznych. Dla tych grup Bandera, Szuchewycz, Konowalec czy Melnyk są częścią genealogii ukraińskiej państwowości. Władze centralne, nawet jeśli nie zawsze wywodzą się z tego środowiska, muszą brać pod uwagę emocje własnego społeczeństwa. Wojna dodatkowo wzmacnia te nastroje, bo każde odwołanie do antyrosyjskiego oporu zyskuje większą siłę symboliczną.
Czym była UPA?
Z polskiej perspektywy problem jest jednak fundamentalny. UPA nie jest dla Polski jedynie „kontrowersyjną formacją„. Jest organizacją współodpowiedzialną za ludobójstwo Polaków na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. W latach 1943–1945 zginęły dziesiątki tysięcy polskich cywilów: kobiety, dzieci, starcy, księża, całe rodziny i całe wsie. Nie byli ofiarami abstrakcyjnej ”wojny domowej”, lecz zaplanowanej akcji usunięcia polskiej ludności z ziem uznawanych przez nacjonalistów ukraińskich za etnicznie ukraińskie. Dlatego gloryfikacja UPA nie jest dla Polski zwykłą różnicą interpretacyjną. Jest odbierana jako honorowanie formacji sprawczej wobec masowej zbrodni.
Konflikt pamięci polsko-ukraińskiej
Właśnie tu przebiega zasadniczy konflikt pamięci. Ukraina wybiera z historii UPA wątek walki z Rosją i ZSRR. Polska widzi przede wszystkim mordy na polskiej ludności cywilnej. Obie pamięci nie są symetryczne, bo nie dotyczą tego samego doświadczenia. Dla Ukraińców najważniejsza jest opowieść o utraconej i odzyskiwanej niepodległości. Dla Polaków - pamięć o ofiarach, które przez dziesięciolecia nie miały grobów, ekshumacji i należnego upamiętnienia. Dlatego ukraińskie gesty państwowe wobec UPA uderzają nie tylko w historyczną wrażliwość, ale w poczucie elementarnej sprawiedliwości.
Nie oznacza to, że Ukraina „staje się banderowska” w sensie prostym i propagandowym. Takie uproszczenie byłoby wygodne dla Rosji, która od lat wykorzystuje temat UPA do rozbijania relacji polsko-ukraińskich. Współczesna Ukraina jest państwem broniącym się przed imperialną agresją, a nie rekonstrukcją ideologii OUN. Ale równocześnie nie można udawać, że symboliczne wynoszenie UPA do rangi państwowego mitu jest neutralne. Nie jest. Dla Polski to gest ciężki, bolesny i politycznie szkodliwy.
Największy błąd ukraińskiej polityki pamięci polega na tym, że próbuje ona oddzielić mit antyrosyjskiego oporu od odpowiedzialności za zbrodnie na Polakach. Można zrozumieć, dlaczego Ukraina szuka własnych bohaterów. Można rozumieć traumę sowieckiej dominacji, Hołodomoru, rusyfikacji, represji i dzisiejszej wojny. Ale zrozumienie mechanizmu nie oznacza akceptacji skutków. Państwo, które aspiruje do Unii Europejskiej i chce budować strategiczne partnerstwo z Polską, nie może oczekiwać, że Polacy uznają UPA za niewinny symbol wolności.
Polska odpowiedź powinna być stanowcza, ale nie histeryczna. Trzeba jasno mówić, że nie ma pojednania bez prawdy, ekshumacji, grobów, nazwisk ofiar i rezygnacji z państwowego honorowania sprawców. Jednocześnie trzeba unikać języka, który popycha Ukraińców w objęcia defensywnego nacjonalizmu albo daje Rosji propagandowe paliwo. Najskuteczniejsza polska narracja powinna brzmieć: wspieramy niepodległą Ukrainę przeciw Rosji, ale nie zgodzimy się na relatywizowanie ludobójstwa Polaków.
To nie jest spór o przeszłość zamkniętą w podręcznikach. To test dojrzałości obu państw. Ukraina ma prawo budować własną tożsamość po dekadach sowieckiego zniewolenia, ale nie ma prawa budować jej kosztem pamięci o polskich ofiarach. Polska ma obowiązek wspierać Ukrainę w wojnie z Rosją, ale ma również obowiązek upominać się o prawdę o Wołyniu. Prawdziwe partnerstwo nie polega na milczeniu wobec trudnej historii. Polega na tym, że sojusznicy potrafią powiedzieć sobie prawdę - nawet wtedy, gdy jest ona politycznie niewygodna.
Dlatego w tej sprawie trzeba odwrócić często powtarzaną narrację. To nie Polska jest stroną zaczepną. To nie Polska próbuje narzucać Ukrainie własnych bohaterów, własnych patronów ulic, własnych nazw jednostek wojskowych czy własnego kanonu pamięci. Polska nie żąda od Ukrainy, by przyjęła polską wersję swojej historii narodowej. Domaga się jedynie minimum: prawdy o ofiarach, prawa do ekshumacji, prawa do godnego pochówku i rezygnacji z państwowego honorowania ludzi oraz formacji odpowiedzialnych za mordowanie polskich cywilów.
To Ukraina, decydując się na gloryfikację UPA, odbudowę kultu Szuchewycza i symboliczne wynoszenie przywódców radykalnego nacjonalizmu do rangi narodowych bohaterów, wykonuje ruchy historycznie wrogie wobec polskiej pamięci. Można rozumieć ukraińską potrzebę budowania mitu antyrosyjskiego oporu. Nie można jednak udawać, że ten mit nie ma drugiej strony - polskich wsi, polskich rodzin, polskich dzieci i tysięcy ofiar, które do dziś często nie mają nawet grobów.
Szczególnie fałszywy jest argument, że Polska w tej sprawie „wywyższa się” nad Ukrainą albo chce ją pouczać. To nie jest spór o pedagogikę, prestiż czy moralną dominację. To jest spór o granice suwerenności pamięci. Polska ma pełne prawo mówić, że państwowy kult UPA uderza w jej historyczne doświadczenie i w godność jej obywateli oraz ich potomków. Sojusz nie oznacza obowiązku milczenia. Partnerstwo nie polega na tym, że jedna strona może czcić sprawców zbrodni, a druga ma udawać, że nie widzi problemu, bo wymaga tego geopolityka.
Partnerstwo, ale jakie?
Jeżeli Ukraina deklaruje strategiczne partnerstwo z Polską, to musi zrozumieć, że nie da się go budować na symbolach, które dla Polaków oznaczają rzeź, czystkę etniczną i bezkarność sprawców. Partnerstwo wymaga wzajemności. Polska od 2022 r. wykonała wobec Ukrainy gesty o skali historycznej - polityczne, wojskowe, społeczne i humanitarne. Tym bardziej ma prawo oczekiwać, że Ukraina nie będzie odpowiadała gestami, które w polskiej pamięci brzmią jak prowokacja.
Najbardziej uczciwa konkluzja jest więc następująca: Polska nie odrzuca partnerstwa z Ukrainą. Polska chce partnerstwa, ale partnerstwa poważnego, opartego na prawdzie i szacunku. To Ukraina, wybierając państwową gloryfikację UPA, wystawia to partnerstwo na próbę. Nie dlatego, że Polacy nie rozumieją ukraińskiej walki o niepodległość. Dlatego, że zbyt dobrze pamiętają cenę, jaką polscy cywile zapłacili za ideologię, której symbole Ukraina próbuje dziś przedstawiać wyłącznie jako znaki wolności.
Konsekwencje w relacjach polsko- ukraińskich
Konsekwencje takich decyzji są poważniejsze, niż może się wydawać. Po pierwsze, osłabiają one zaufanie między Polską a Ukrainą. Warszawa od początku pełnoskalowej rosyjskiej agresji była jednym z najważniejszych sojuszników Kijowa: politycznie, wojskowo, logistycznie i społecznie. Tym bardziej gesty gloryfikujące UPA są w Polsce odbierane nie jako wewnętrzna sprawa ukraińskiej polityki historycznej, lecz jako brak elementarnej wrażliwości wobec państwa, które udzieliło Ukrainie ogromnego wsparcia.
Po drugie, takie działania wzmacniają w Polsce środowiska niechętne Ukrainie. Każda decyzja o honorowaniu UPA, Szuchewycza czy innych postaci ukraińskiego nacjonalizmu staje się paliwem dla tych, którzy przekonują, że Ukraina nie traktuje Polski po partnersku. Nawet osoby popierające pomoc dla Ukrainy mogą w takiej sytuacji zadawać pytanie: dlaczego państwo, które oczekuje polskiej solidarności, jednocześnie wynosi na piedestał symbole tak bolesne dla polskiej pamięci?
Po trzecie, Ukraina sama komplikuje swoją drogę do Europy Środkowej i Unii Europejskiej. Nie chodzi o to, że Polska ma prawo narzucać Ukrainie własną historię. Chodzi o to, że państwo aspirujące do wspólnoty europejskiej musi umieć rozmawiać o trudnej przeszłości bez relatywizowania zbrodni na ludności cywilnej. Europejska polityka pamięci nie może opierać się na zasadzie: nasi bohaterowie są bohaterami bez względu na to, co zrobili waszym ofiarom.
Po czwarte, gloryfikacja UPA utrudnia realne pojednanie. Bez ekshumacji, godnych pochówków i jasnego nazwania zbrodni nie da się zbudować trwałego zaufania. Pojednanie nie polega na tym, że Polska ma milczeć dla dobra geopolityki, a Ukraina może prowadzić własną politykę symboliczną bez oglądania się na polskie ofiary. Pojednanie wymaga prawdy, uznania cierpienia drugiej strony i rezygnacji z gestów, które są dla niej otwarcie raniące.
Po piąte, Ukraina daje Rosji propagandowy instrument. Moskwa od lat próbuje przedstawiać Ukrainę jako państwo rzekomo „nazistowskie„ lub ”banderowskie”. To kłamliwa propaganda, ale ukraińskie decyzje honorujące UPA ułatwiają Rosji budowanie fałszywych uproszczeń i trafianie z nimi do części opinii publicznej w Polsce oraz Europie. Tym bardziej z punktu widzenia Kijowa jest to politycznie krótkowzroczne.
Wreszcie po szóste, te gesty zmieniają ton polskiej debaty o Ukrainie. Jeszcze niedawno dominowała w niej narracja solidarności, wspólnego bezpieczeństwa i strategicznego partnerstwa. Honorowanie UPA przesuwa rozmowę w stronę rozczarowania, gniewu i pytania o wzajemność. To nie Polska w tej sprawie eskaluje konflikt. Polska reaguje na decyzje, które Ukraina podejmuje świadomie, wiedząc, jak bolesne są one dla polskiej pamięci historycznej.
Lubisz czytać nasze historie?
Na historia.org.pl codziennie opowiadamy dzieje Polski i świata tak, jak na to zasługują - rzetelnie, pasjonująco, z szacunkiem do faktów. Ale żadna opowieść nie przetrwa bez tych, którzy chcą jej słuchać i ją wspierać.
Postaw nam wirtualną kawę - to darowizna, która realnie pomaga nam działać dalej. To dzięki takim gestom możemy nadal pisać o zwycięstwach, bohaterach i wydarzeniach, które zbudowały naszą tożsamość.


