460 ludzi przeciw armii Zulusów. Bitwa nad Krwawą Rzeką, która zmieniła historię Południowej Afryki |
6 grudnia 1838 roku nad rzeką Ncome w dzisiejszej Republice Południowej Afryki około 460 burskich osadników odparło atak wielotysięcznej armii Zulusów. Bitwa nad Krwawą Rzeką (Blood River) przeszła do historii jako jedno z najbardziej nierównych starć epoki kolonialnej: po stronie zwycięzców trzech rannych, po stronie pokonanych ponad trzy tysiące zabitych. Przez następne stulecia data ta dzieliła Południową Afrykę mocniej niż niejedna wojna.
Dlaczego Burowie znaleźli się nad rzeką Ncome?
Aby zrozumieć, skąd wzięły się burskie wozy nad rzeką w głębi kraju Zulusów, trzeba cofnąć się o kilka lat, a właściwie o dwa stulecia. W połowie XVII wieku Holenderska Kompania Wschodnioindyjska założyła na samym krańcu Afryki, u stóp Góry Stołowej, stację zaopatrzeniową dla statków płynących do Indonezji. Wokół niej osiedlali się farmerzy: Holendrzy, Niemcy i francuscy hugenoci uciekający przed prześladowaniami religijnymi. Przez pokolenia ta społeczność, odcięta od Europy, zrosła się w osobny lud. Mówiono na nich z niderlandzkiego boere, czyli po prostu „chłopi”, i stąd wzięli się Burowie. Byli żarliwymi kalwinistami, mówili odmianą niderlandzkiego przesiąkniętą miejscowymi naleciałościami (z której wyrośnie później język afrikaans) i żyli z hodowli na ogromnych, samowystarczalnych farmach, przyzwyczajeni, że żadna władza nie zagląda im przez ramię.
Wszystko zmieniło się, gdy w epoce wojen napoleońskich Kolonię Przylądkową przejęli Brytyjczycy. Od połowy lat trzydziestych XIX wieku z kolonii wyruszały na północny wschód kolumny wozów zaprzężonych w woły. Po niderlandzku trekken znaczy „ciągnąć, wędrować” zatem uczestnika wędrówki nazywano po prostu trekkerem. Ta jednak nie miała sobie równych, więc przeszła do historii jako Wielki Trek: exodus kilkunastu tysięcy Burów, którzy nie chcieli żyć pod brytyjską administracją. Powody były różne: zniesienie niewolnictwa i sposób wypłaty odszkodowań, anglicyzacja sądów i szkół, poczucie, że Londyn nie chroni pogranicza przed wojnami z ludem Xhosa. Samych wędrowców dopiero pod koniec XIX wieku zaczęto z dumą tytułować Voortrekkerami, czyli pionierami idącymi przodem, i pod tą nazwą weszli do afrykanerskiej legendy.
Jedna z najliczniejszych grup, prowadzona przez Pieta Retiefa, byłego komendanta z pogranicza wschodniego, przekroczyła w 1837 roku Góry Smocze i zeszła do Natalu. Kraina wyglądała na żyzną i słabo zaludnioną, ale pozory myliły. Po drugiej stronie rzeki Thukela rozciągało się najpotężniejsze wówczas niepodległe państwo afrykańskie na południu kontynentu: królestwo Zulusów. Jeszcze na początku XIX wieku Zulusi byli jednym z dziesiątek drobnych ludów regionu, lecz w ciągu zaledwie kilkunastu lat wódz Czaka, łącząc bezwzględne podboje ze zręczną dyplomacją, wchłonął okolicznych sąsiadów i zbudował z nich jednolite królestwo. Jego fundamentem był system amabutho, czyli pułków, do których powoływano wszystkich młodych mężczyzn według rocznika, nie pochodzenia. Służyli oni królowi, a nie lokalnym wodzom, dzięki czemu władca dysponował stałą armią liczoną w dziesiątkach tysięcy wojowników, czymś bez precedensu w tej części Afryki. Sam Czaka nie dożył przybycia Burów, gdyż we wrześniu 1828 roku zginął w pałacowym spisku zasztyletowany przez braci, a tron objął jeden z zabójców, Dingane.
To z Dingane musiał się więc układać Retief. Uznał, że osadnictwo trzeba zalegalizować u źródła, i pojechał do królewskiej siedziby uMgungundlovu negocjować nadanie ziemi. Nowy król patrzył jednak na przybyszów inaczej niż na garstkę brytyjskich kupców, których od lat tolerował w faktorii Port Natal. Tamci chcieli handlować kością słoniową. Tymczasem Burowie, hodowcy wielkich stad, potrzebowali tego samego co Zulusi: ziemi i pastwisk. Dingane wiedział też już, jak rok wcześniej trekkerskie strzelby i konie rozbiły potężne królestwo Ndebele po drugiej stronie gór. Przyjął posła uprzejmie, ale od początku widział w nim śmiertelne zagrożenie.
Jak masakra poselstwa Retiefa doprowadziła do wojny?
Dingane postawił warunek - Burowie mieli najpierw odzyskać bydło zagarnięte Zulusom przez wodza Sekonyelę z ludu Tlokwa. Retief wywiązał się z zadania w sposób, który mógł tylko pogłębić nieufność króla, bo podstępem zakuł Sekonyelę w kajdany, a część odzyskanego bydła zatrzymał jako prowizję. W dodatku jeszcze przed zawarciem jakiegokolwiek porozumienia tysiące trekkerów zeszły z przełęczy Gór Smoczych i rozbiły obozy nad rzekami Bushmans i Bloukrans. Na początku lutego 1838 roku Retief stanął ponownie w uMgungundlovu z około siedemdziesięcioma towarzyszami i trzydziestoma konnymi pomocnikami. 6 lutego, po podpisaniu dokumentu cesji ziem między rzekami Thukela i Mzimvubu, król zaprosił gości na pożegnalne tańce wojowników. Zgodnie z dworską etykietą Burowie zostawili broń przed wejściem do kraalu. W kulminacyjnym momencie widowiska Dingane wydał rozkaz pojmania „czarowników”. Całe poselstwo zawleczono na pobliskie wzgórze straceń kwaMatiwane i zatłuczono, a Retief zginął jako ostatni, patrząc na śmierć syna i towarzyszy.
Król nie zamierzał poprzestać na poselstwie. Jego pułki ruszyły natychmiast na rozproszone, niczego niespodziewające się obozowiska trekkerów u podnóża Gór Smoczych. W nocnych atakach nad rzekami Bloukrans i Bushmans w połowie lutego zginęło ponad pięciuset ludzi, w tym wiele kobiet i dzieci. Miejsce tych rzezi nazwano później Weenen, co po niderlandzku znaczy „płacz”. Rzadko się pamięta, że i napastnicy zapłacili wysoką cenę, bowiem w walkach wokół naprędce formowanych laagerów padło około pięciuset wojowników. Dla Burów był to akt zdrady wołający o odwet.
Pierwsze próby odwetu skończyły się katastrofą. Wyprawa z kwietnia 1838 roku wpadła pod eThaleni w zuluską zasadzkę, w której polegli między innymi ceniony dowódca Piet Uys i jego piętnastoletni syn Dirkie. Rozbity oddział przeszedł do historii pod gorzką nazwą Vlugkommando, komando uciekinierów. Dopiero 22 listopada 1838 roku do obozów trekkerów dotarł człowiek, który odmienił losy kampanii. Był nim Andries Pretorius, energiczny farmer z Graaff-Reinet, mianowany naczelnym komendantem. Na początku grudnia poprowadził w głąb kraju Zulusów komando, w którego skład wchodziło 464 Burów oraz liczny kontyngent pomocniczy liczący około stu konnych agterryers, czyli pomocników pochodzenia mieszanego i khoikhoi, około 130 woźniców i prowadzących zaprzęgi, a także blisko 60 afrykańskich muszkieterów z Port Natal pod komendą osadnika Alexandra Biggara, który w tej wojnie stracił już dwóch synów. Tabor liczył około 60 wozów i ciągnął ze sobą dwa, być może trzy lekkie działka okrętowe.
Czym była przysięga z grudnia 1838 roku?
W trakcie marszu, według tradycji 9 grudnia 1838 roku w obozie nad rzeką Wasbank, uczestnicy wyprawy złożyli uroczyste ślubowanie. Obiecali Bogu, że jeśli da im zwycięstwo, oni i ich potomkowie będą po wsze czasy obchodzić ten dzień jak szabat i wzniosą kościół na chwałę Stwórcy. Przysięgę, znaną w afrikaans jako die Gelofte, miał odbierać Sarel Cilliers, świecki kaznodzieja wyprawy, choć część przekazów wskazuje na samego Pretoriusa.
Oryginalne brzmienie przysięgi nigdy nie zostało spisane na gorąco. Jednak faktem pozostaje, że w 1841 roku zwycięzcy wznieśli w Pietermaritzburgu Kościół Przysięgi, istniejący do dziś.
Czym był laager, czyli burska twierdza z wozów?

Ceremonialne żelazne wozy z miedzianymi okuciami przy Pomniku Krwawej Rzeki w KwaZulu-Natal / fot. Emesbe, CC-BY-SA 4.0
Pretorius wyciągnął wnioski z klęski pod eThaleni, gdzie Burowie dali się wciągnąć w walkę w trudnym terenie. Tym razem komando maszerowało w dyscyplinie, każdej nocy formując laager, czyli zamknięty pierścień wozów. Gdy 15 grudnia zwiadowcy donieśli o nadciągającej armii królewskiej, komendant odrzucił pomysł wyjścia jej naprzeciw i wybrał korzystne miejsce obronne. Obóz stanął w widłach rzeki Ncome i głębokiego, wyschniętego jaru, tak że dwie strony pozycji osłaniały naturalne przeszkody, a atak mógł nadejść tylko z otwartej równiny.
Dyszel każdego wozu wsunięto pod pojazd stojący przed nim, a przestrzenie między kołami zamknięto drewnianymi kratownicami, tak zwanymi bramkami bojowymi, które zatrzymywały napastnika, pozwalając jednocześnie strzelać przez szczeliny. Drewno na nie zbierano po drodze, bo zwiadowcy uprzedzili, że okolice Ncome to bezdrzewny step. Działka ustawiono w przerwach między wozami od strony otwartej równiny. Wewnątrz pierścienia stłoczono około 1400 wołów i koni. Zaprzęgi pozostawiono w jarzmach i powiązano łbami parami, a woźnice przez całą bitwę uspokajali zwierzęta, by panika nie rozsadziła obozu od środka. Nocą nad wozami rozwieszono na długich batach zapalone latarnie, uniemożliwiając niezauważone podejście.
Zulusi mieli za sobą przewagę liczebną, znakomitą organizację pułkową i wsławioną od czasów Czaki taktykę „rogów bawołu”, oskrzydlającą przeciwnika z dwóch stron. Ich podstawową bronią pozostawała krótka włócznia, oszczepy do miotania i tarcza z bydlęcej skóry. Po lutowych masakrach armia królewska dysponowała wprawdzie dwustoma zdobycznymi muszkietami i końmi, z których Dingane sformował oddział iziThunyisa, ale formacja ta, niewyszkolona, nie odegra w nadchodzącej bitwie żadnej roli. Cała zuluska sztuka wojenna zakładała starcie wręcz. Laager odbierał jej sens, gdyż żeby zabić, wojownik musiał najpierw dobiec.
Jak przebiegała bitwa 16 grudnia 1838 roku?
Armia Dingane, dowodzona przez doświadczonych wodzów Ndlelę kaSompisi i Nzobo, nadciągnęła nocą. Jej liczebność pozostaje przedmiotem sporów. Szacunkowo liczyła od 10 do nawet 30 tysięcy wojowników. Sam Dingane, zgodnie z zuluskim obyczajem, nie towarzyszył wojsku.
Bitwa zaczęła się od zuluskiego błędu. Lewy róg armii, około trzech tysięcy młodych wojowników, wyprzedził w nocnym marszu resztę sił, przeprawił się przez dolny bród i bez czekania na rozkazy wodzów osaczył laager od strony równiny. Gdy około wpół do siódmej rano mgła znad rzeki się podniosła, wojownicy zerwali się, zabębnili włóczniami o tarcze i ruszyli wprost pod lufy. Salwy z odległości dwudziestu, trzydziestu kroków łamały impet kolejnych szturmów, zanim ktokolwiek zdołał dotrzeć do wozów. Zniechęcone resztki lewego rogu schroniły się w końcu w jarze, który okazał się pułapką: stłoczeni w wąskim wykopie ludzie nie mogli ani walczyć, ani się wydostać, a burscy ochotnicy wyszli z obozu i razili ich ogniem. Prawy róg próbował w tym czasie przeprawić się przez górny bród, ale konni strzelcy zepchnęli go celnym ogniem do wody. Nadchodzący na końcu korpus centralny, złożony ze starszych pułków, musiał przepychać się przez zdemoralizowane resztki własnych oddziałów, a poranek rozpadł się na serię coraz bardziej chaotycznych ataków. Około południa, gdy szturmy całkiem straciły spójność, Pretorius wyprowadził z laageru 160 jeźdźców, którzy rozproszyli chwiejące się zgrupowania i zepchnęli uciekających ku brodom. Wielu wojowników kryło się w trzcinach, zanurzonych po nozdrza w wodzie, a zwycięzcy tropili ich i dobijali bez litości.
Pretorius ocenił straty przeciwnika na nie mniej niż trzy tysiące zabitych. Rzeka, jak głosi przekaz uczestników, płynęła czerwona od krwi, i stąd wzięła się jej nowa nazwa - Krwawa Rzeka. Po stronie burskiej rannych zostało trzech ludzi i nie zginął nikt. Wśród rannych był sam Pretorius: podczas pościgu jeden z wojowników ściągnął go z konia, a komendant, broniąc się w szamotaninie, chwycił gołą ręką ostrze włóczni i rozciął sobie dłoń. Ta dysproporcja, szokująca nawet jak na starcia broni palnej z bronią białą, wynikała z połączenia kilku czynników: znakomicie wybranej pozycji, dyscypliny ognia, ciągłości strzelania dzięki przeładowującym pomocnikom oraz taktyki zuluskiej, która w starciu z laagerem nie miała czym zaskoczyć.
Co bitwa zmieniła w polityce regionu?
Bezpośrednie skutki militarne były mniejsze, niż mogłaby sugerować skala zwycięstwa. Komando dotarło wprawdzie 20 grudnia do uMgungundlovu, ale zastało stolicę spaloną przez samego Dingane, który wycofał się na północ. Na wzgórzu kwaMatiwane odnaleziono i pochowano szczątki poselstwa Retiefa, a przy nich, według relacji zwycięzców, nienaruszony akt cesji ziemi, który stał się dla Burów tytułem prawnym do Natalu. Jak ulotne było to zwycięstwo, okazało się już tydzień później. 27 grudnia zuluski jeniec Bhongoza kaMefu, obiecując porzucone królewskie stada, wciągnął trzystuosobowy oddział konny w zasadzkę w wąwozie oPathe nad Białą Mfolozi. Zginęło pięciu Burów oraz Alexander Biggar z większością swoich muszkieterów, czyli więcej ludzi, niż komando straciło nad samą Ncome. Wyprawa wróciła do Natalu, gdzie trekkerzy proklamowali wkrótce Republikę Natalii ze stolicą w Pietermaritzburgu.
Królestwo Zulusów nie upadło na polu bitwy, lecz rozsadziła je polityka. We wrześniu 1839 roku przyrodni brat króla, Mpande, przeszedł rzekę Thukela z kilkunastoma tysiącami zwolenników i zawarł z Pretoriusem sojusz. 29 stycznia 1840 roku jego armia, dowodzona przez Nongalazę kaNondela, pobiła wierne Dingane pułki w bitwie na wzgórzach amaQongqo, zanim burskie komando w ogóle zdążyło dotrzeć na pole walki. O losach królestwa rozstrzygnęła więc ostatecznie zuluska wojna domowa, a nie burskie strzelby. Pretorius uznał wkrótce Mpande za króla Zulusów. Rozwścieczony Dingane kazał stracić wodza Ndlelę, którego obarczył winą za klęski i podejrzewał o zmowę z pretendentem, sam zaś zginął kilka tygodni później na pograniczu suazyjskim, zaszlachtowany o świcie przez wojowników ludu Nyawo. Ironia historii polega na tym, że młoda Republika Natalii przetrwała ledwie kilka lat: w 1843 roku Natal zaanektowali Brytyjczycy, ci sami, przed którymi trekkerzy uciekli z Przylądka. Większość Burów ruszyła ponownie na północ, by zakładać republiki nad rzekami Vaal i Oranje.
Jak jedna bitwa stała się mitem założycielskim apartheidu?

Zdjęcie lotnicze przedstawiające zgromadzenie wokół pomnika podczas jego odsłonięcia w grudniu 1949 r., jedenaście lat po położeniu kamienia węgielnego w grudniu 1938 r.
Prawdziwie długie życie bitwy nad Krwawą Rzeką zaczęło się dziesiątki lat po niej. Dzień 16 grudnia, zwany Dingaansdag, a później Geloftedag (Dniem Przysięgi), urósł do rangi centralnego święta narodowego Afrykanerów. Zwycięstwo zaczęto interpretować jako dowód Bożej interwencji i przymierza między Bogiem a ludem burskim, na wzór starotestamentowego Izraela.
Apogeum tej sakralizacji przyniosły obchody stulecia w 1938 roku, gdy przez kraj przeciągnęła symboliczna karawana wozów, a w Pretorii położono kamień węgielny pod monumentalny Pomnik Voortrekkerów. Budowla została tak zaprojektowana, że każdego 16 grudnia w południe promień słońca pada na cenotaf z napisem „Ons vir jou, Suid-Afrika” („My dla ciebie, Południowa Afryko”). Dekadę później władzę objęła Partia Narodowa i mit Krwawej Rzeki wszedł do oficjalnego arsenału ideologii apartheidu jako dowód, że biała mniejszość ma boskie prawo do kraju. Znaczenie tej daty rozumieli także przeciwnicy systemu: to nie przypadek, że zbrojne ramię Afrykańskiego Kongresu Narodowego, Umkhonto we Sizwe, rozpoczęło kampanię sabotażu właśnie 16 grudnia 1961 roku.
Po upadku apartheidu nowa Południowa Afryka nie wykreśliła spornej daty z kalendarza, lecz nadała jej odwrotny sens. Od 1995 roku 16 grudnia jest obchodzony jako Dzień Pojednania, święto mające łączyć wszystkie wspólnoty kraju. Symboliczna jest też topografia samego pola bitwy. Na zachodnim brzegu stoi od czasów apartheidu pomnik z 64 wozami odlanymi z brązu, ustawionymi w pełnowymiarowy laager. Na brzegu wschodnim w 1998 roku otwarto muzeum i pomnik Ncome, upamiętniające poległych wojowników i prezentujące zuluską perspektywę, w której starcie nosi nazwę iMpi yaseNcome. Dwa muzea po dwóch stronach tej samej rzeki przez lata nie były nawet połączone mostem. Przerzucono go dopiero w 2014 roku i ochrzczono mostem pojednania.
Bitwa nad Krwawą Rzeką pozostaje więc wydarzeniem o dwóch równoległych historiach. Pierwsza rozegrała się w kilka godzin grudniowego poranka 1838 roku i była taktycznym majstersztykiem obrony oraz hekatombą atakujących. Druga toczy się od niemal dwustu lat w pamięci zbiorowej Południowej Afryki, gdzie ta sama data oznaczała kolejno triumf, przymierze z Bogiem, fundament segregacji rasowej, sygnał do walki z nią, a wreszcie wezwanie do pojednania. Niewiele bitew XIX wieku przeszło równie długą drogę.
Bibliografia:
- C. R. Boxer, Morskie imperium Holandii 1600-1800, Gdańsk 1980.
- A. Gąsowski, RPA, Warszawa 2006.
- I. Knight, Blood Rriver 1838. The Zulu–Boer War and the Great Trek, Oxford 2024.
- G. M. Trevelyan, Historia Anglii, Warszawa 1967.
- F. Welsh, A History of South Africa: The Definitive Non-Fiction Study of Colonialism and Race Relations, Fulham 2000.
- H. Zins, Historia Anglii, Warszawa 2001.
Lubisz czytać nasze historie?
Na historia.org.pl codziennie opowiadamy dzieje Polski i świata tak, jak na to zasługują - rzetelnie, pasjonująco, z szacunkiem do faktów. Ale żadna opowieść nie przetrwa bez tych, którzy chcą jej słuchać i ją wspierać.
Postaw nam wirtualną kawę - to darowizna, która realnie pomaga nam działać dalej. To dzięki takim gestom możemy nadal pisać o zwycięstwach, bohaterach i wydarzeniach, które zbudowały naszą tożsamość.







