Historia Curacao - sól, niewolnicy, ropa i bunt Tuli


Historia Curacao to dzieje wyspy, która przez stulecia była jednym z najważniejszych węzłów handlu ludźmi na Karaibach, areną krwawego buntu niewolników i miejscem, gdzie z mieszanki kultur narodził się zupełnie nowy język. Dla polskiego czytelnika ta największa z dawnych Antyli Holenderskich, leżąca około 65 kilometrów od wybrzeży Wenezueli, pozostaje egzotyczną zagadką. A szkoda, bo niewiele jest miejsc, w których tak wyraźnie widać, jak z przemocy i handlu rodzi się tożsamość.

Gdzie leży Curacao i kim byli jego pierwsi mieszkańcy?

Mapa Curacao z 1836 r.

Curacao to skrawek lądu na południowym skraju Morza Karaibskiego, tuż przy wybrzeżu Ameryki Południowej. Klimat ma półpustynny, gleby ubogie, deszczu mało. To dlatami decydowało o losach wyspy.

Pierwsi ludzie dotarli tu bardzo dawno temu. Najstarsze ślady ich obecności, datowane na blisko trzy tysiące lat przed naszą erą, to resztki obozowisk i naskalne malowidła w jaskiniach wyspy, zostawione przez koczowniczych łowców i zbieraczy. Wiele wieków później, mniej więcej w pierwszym tysiącleciu naszej ery, przypłynęli z wenezuelskiego lądu Caquetío, lud należący do szerokiej rodziny językowej Arawaków. To oni nauczyli się gospodarować w trudnych warunkach wyspy: uprawiali kukurydzę, maniok i słodkie ziemniaki, łowili ryby, żyli w niewielkich wioskach rządzonych przez wodzów. Gdy pojawili się Europejczycy, to właśnie Caquetío byli gospodarzami Curacao.

Dlaczego Hiszpanie nazwali Curacao „wyspą bezużyteczną”?

Wszystko zmieniło się latem 1499 roku, gdy do wyspy przybiła hiszpańska wyprawa pod dowództwem Alonso de Ojedy. W jej składzie był słynny żeglarz Amerigo Vespucci, od którego imienia wzięła później nazwę cała Ameryka. Hiszpanów uderzyła postura tubylców, którzy wydali im się niezwykle rośli, więc ochrzcili to miejsce Isla de los Gigantes, czyli Wyspą Gigantów.

Zachwyt szybko ustąpił rozczarowaniu. Curacao nie miało złota ani srebra, a tylko po to przybywali wtedy hiszpańscy zdobywcy. Około 1513 roku korona uznała Curacao i sąsiednie wyspy za islas inútiles, wyspy bezużyteczne. Werdykt miał tragiczne skutki dla rdzennych mieszkańców. Około 1515 roku blisko dwa tysiące Indian z trzech wysp wywieziono siłą na Hispaniolę, dzisiejszy obszar Haiti i Dominikany, do morderczej pracy w kopalniach. Kilkanaście lat później pozwolono części z nich wrócić, by zajmowali się hodowlą i wycinką cennego drewna farbiarskiego, ale dawny świat Caquetío już się nie odrodził. Choroby przywiezione przez Europejczyków i wyzysk zrobiły swoje.

Jak Holendrzy zamienili Curacao w karaibski węzeł handlu?

Zbiórka soli w Curacao

Prawdziwa przemiana wyspy zaczęła się w 1634 roku. Republika Zjednoczonych Prowincji, czyli ówczesna Holandia, toczyła wtedy długą wojnę o niepodległość z Hiszpanią i rozpaczliwie potrzebowała własnych baz na Karaibach. Zadanie powierzono Holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej. Była to potężna spółka handlowa, której państwo nadało prawo do prowadzenia wojen, zakładania kolonii i organizowania handlu. Wyprawa pod wodzą Johana van Walbeecka bez większego trudu wyparła z wyspy nieliczny hiszpański garnizon.

Holendrzy docenili to, co Hiszpanie zlekceważyli, czyli świetne położenie tuż przy kontynencie oraz głęboki, osłonięty od wiatru port. U wejścia do zatoki wznieśli Fort Amsterdam, wokół którego wyrosła osada Willemstad. Z początku liczyła się głównie sól i drewno, ale wkrótce wyspa zaczęła pełnić zupełnie inną rolę.

Curacao nigdy nie stało się klasyczną kolonią plantacyjną. Na suchej, jałowej ziemi wielkie uprawy trzciny cukrowej po prostu się nie udawały. Zamiast tego wyspa zamieniła się w gigantyczny skład i pośrednika. Tu zatrzymywały się statki, tu przeładowywano towary, stąd ruszały dalej. W 1675 roku Willemstad ogłoszono wolnym portem, co ściągnęło kupców z całego regionu i uczyniło z wyspy ośrodek przemytu na ogromną skalę. Hiszpańscy urzędnicy z lądu wręcz nienawidzili Curacao, bo przez tę jedną małą wyspę nielegalne towary wlewały się do całego hiszpańskiego imperium.

Najbardziej ponurą gałęzią tego handlu byli ludzie. Już w połowie XVII wieku holenderskie statki zaczęły przywozić na Curacao niewolników z Afryki, by sprzedawać ich dalej do kolonii hiszpańskich. W 1662 roku posiadacze tak zwanego asiento, czyli oficjalnego monopolu na dostarczanie niewolników do hiszpańskiej Ameryki, podpisali z Kompanią umowę pozwalającą kupować niewolników właśnie tutaj. W ciągu kilku dekad, mniej więcej między 1656 a 1730 rokiem, przez wyspę przeszło około siedemdziesięciu tysięcy zniewolonych Afrykanów. Większość odpływała dalej, do hiszpańskich kolonii. Tych, których uznano za nienadających się na sprzedaż, zostawiano na miejscu.

Wyspa miała też swoją mniej oczywistą specjalność: handel mułami. Curacaoscy żeglarze sprowadzali te zwierzęta z wenezuelskiego wybrzeża i odsprzedawali na francuskie wyspy cukrowe, gdzie muły napędzały młyny do wyciskania trzciny. Z czasem stało się to jednym z filarów lokalnej gospodarki, a Curacao zamieniło się w handlowy most łączący kolonie hiszpańskie, francuskie i holenderskie.

Skąd wziął się papiamento i społeczność sefardyjska?

Synagoga Mikvé Israel-Emanuel / fot. Rijksdienst voor het Cultureel Erfgoed, CC-BY-SA 4.0

W tym tyglu pojawiła się jeszcze jedna ważna grupa. Byli to sefardyjscy Żydzi, potomkowie wygnańców z Półwyspu Iberyjskiego, którzy przybywali głównie z Amsterdamu, a wcześniej z utraconej przez Holendrów Brazylii. Przywieźli kapitał, sieć kontaktów handlowych i znajomość hiszpańskiego oraz portugalskiego, co czyniło z nich idealnych pośredników w handlu z hiszpańskim wybrzeżem. Stali się trzonem kupieckiej elity wyspy, a ich gmina była jedną z najważniejszych i najzamożniejszych w całej Ameryce. Synagoga Mikvé Israel-Emanuel w Willemstad, użytkowana nieprzerwanie od XVIII wieku, do dziś uchodzi za najstarszą czynną świątynię żydowską w obu Amerykach.

To właśnie wśród niewolników, żydowskich kupców i holenderskich urzędników zaczął się kształtować papiamento, język, który stał się sercem wyspy. To kreolska mowa, w której słychać portugalski, hiszpański, niderlandzki i języki afrykańskie. Językoznawcy zwracają uwagę na ciekawą rzecz: gramatyczny szkielet papiamento wydaje się wywodzić od kreolskiego portugalskiego używanego niegdyś na wybrzeżu Górnej Gwinei, w rejonie dzisiejszego Senegalu i Wysp Zielonego Przylądka. To wskazówka, skąd pochodziła pierwsza grupa niewolników osadzonych na stałe na wyspie. Dziś papiamento jest jednym z najważniejszych symboli tożsamości mieszkańców Curacao.

Kim był Tula i dlaczego jest bohaterem narodowym Curacao?

Tula / fot. Edsel Selberie, CC-BY-SA 4.0

Pod koniec XVIII wieku świat trząsł się od rewolucji. We Francji obalono monarchię, na sąsiednim Haiti zniewoleni Afrykanie chwycili za broń i wywalczyli wolność. Wieści o równości i prawach człowieka docierały na Curacao razem z marynarzami i kupcami, padając na bardzo podatny grunt.

Wybuch nastąpił 17 sierpnia 1795 roku na plantacji Kenepa, znanej też jako Knip, w zachodniej części wyspy. Przewodził mu Tula, niewolnik o niezwykłej inteligencji i talencie organizacyjnym. Wraz z grupą czterdziestu czy pięćdziesięciu towarzyszy oświadczył właścicielowi, że nie będzie już dla niego pracował. Powstańcy ruszyli marszem, uwalniając po drodze więźniów i zajmując kolejne plantacje. U boku Tuli stanęli Bastiaan Karpata, Louis Mercier i Pedro Wakao. W szczytowym momencie bunt liczył około tysiąca ludzi. Tula domagał się przy tym nie tylko wolności. Chciał też końca zbiorowych kar, wolnych niedziel i prawa do kupowania ubrań u kogokolwiek, a nie wyłącznie u swojego pana.

Argument Tuli był prosty i celny. Skoro Francja zajęła Holandię, a Francuzi znieśli niewolnictwo w swoich koloniach, to prawo do wolności powinno objąć również mieszkańców Curacao. W czasie negocjacji z wysłanym przez gubernatora księdzem Jacobusem Schinkiem padły słynne słowa o tym, że wszyscy ludzie pochodzą od Adama i Ewy i że o lepsze życie dba się nawet wobec zwierząt, a niewolnikom odmawia się go całkowicie.

Holenderskie władze nie zamierzały ustępować. Powstanie tłumiono przez kilka tygodni. We wrześniu Tula i Karpata zostali wydani przez innego niewolnika i schwytani. 3 października 1795 roku Tula zginął w publicznej, okrutnej egzekucji, która miała przerazić innych. Stracono też pozostałych przywódców. A jednak bunt nie poszedł na marne. Wstrząsnął systemem na tyle, że władze wprowadziły pierwsze regulacje ograniczające najgorsze kary i dające niewolnikom prawo do odpoczynku w niedziele. Dziś Tula jest oficjalnym bohaterem narodowym Curacao, a 17 sierpnia obchodzi się jako dzień walki o wolność. W miejscu jego śmierci, na południowym wybrzeżu wyspy, stoi pomnik, a w 2013 roku o powstaniu nakręcono pełnometrażowy film.

Czyja właściwie była ta wyspa? Francuzi, Brytyjczycy i powrót Holendrów

Przełom XVIII i XIX wieku to dla Curacao czas, w którym wyspa kilka razy zmieniała pana. Gdy rewolucyjna Francja podporządkowała sobie Holandię i powstała zależna od Paryża Republika Batawska, kolonia automatycznie znalazła się we francuskiej strefie wpływów. W 1800 roku francuskie oddziały próbowały nawet zająć wyspę siłą, lecz atak się załamał, a holenderski gubernator wolał oddać Curacao Brytyjczykom niż Francuzom. Brytyjczycy, łakomi na znakomity port, okupowali wyspę dwukrotnie: najpierw w latach 1800-1803, a potem od 1807 do 1816 roku. Dopiero po upadku Napoleona, na mocy powojennych traktatów, Curacao wróciło ostatecznie w ręce holenderskie.

Jak niewolnicy uciekali przez morze?

Wejście do portu w Willemstad / ml. P. Crebassol, 1858 r.

Tula był najgłośniejszym, ale nie jedynym przejawem oporu. Wyspa była zbyt mała, by zbiegli niewolnicy mogli się ukryć w jej wnętrzu, więc szukali wolności na morzu. Najczęstsza droga prowadziła do Coro na wybrzeżu Wenezueli, oddalonego o niewiele godzin żeglugi. Tam zbiega czekała szansa na wolność, bo zniewoleni byli uznawani za wolnych, jeśli zadeklarowali gotowość przyjęcia katolicyzmu.

Niektórzy kradli łódź i wiosłowali ku kontynentowi. Inni po prostu nie wracali z handlowych rejsów, bo wielu pracowało jako marynarze na curaçaoskich statkach. Bywało, że ucieczki przybierały rozmach. W 1774 roku, gdy wyspę nękał głód, kilkudziesięciu niewolników z jednej z plantacji ukradło wielkie czółno, by dopłynąć do Coro. Spostrzegli ich jednak strażnicy, podnieśli alarm, większość zbiegów schwytano, a wielu sprzedano na Saint-Domingue. Sami właściciele wpadli zresztą na osobliwy pomysł. Niewolnikom pływającym na statkach wystawiali tymczasowe „listy wolności”, które chroniły zniewolonego przed licytacją, gdyby okręt przechwyciła hiszpańska straż przybrzeżna, a przy okazji zabezpieczały interes właściciela. Do końca XVIII wieku w okolicach Coro mieszkało kilkuset dawnych mieszkańców Curaçao, którzy zachowali więzi z rodzinną wyspą. Te same szlaki morskie, którymi wożono niewolników na sprzedaż, jednym przynosiły zysk, a innym nadzieję na nowe życie.

Co zmieniło zniesienie niewolnictwa w 1863 roku?

Na ostateczne zniesienie niewolnictwa mieszkańcy wyspy musieli czekać aż do 1 lipca 1863 roku. Proces był bolesny i pełen hipokryzji. Dawni właściciele dostali od rządu odszkodowania, po dwieście guldenów za każdego niewolnika. Wyzwoleni nie dostali nic. Ani ziemi, ani pieniędzy na start. Wolność na papierze często oznaczała nędzę w praktyce. Wielu byłych niewolników musiało wrócić do pracy na tych samych plantacjach za marne stawki, inni ruszyli do Wenezueli czy Panamy w poszukiwaniu jakiegokolwiek zarobku.

Druga połowa XIX wieku przyniosła wyspie stagnację. Handel tranzytowy podupadał, a Curacao, pozbawione własnych bogactw, stało się ciężarem dla holenderskiego budżetu. Niektórzy politycy w metropolii otwarcie sugerowali, że kolonii nie warto już dłużej utrzymywać.

Jak ropa naftowa odmieniła Curacao?

Rafineria Shell w Curacao / fot. Bert Verhoeff, CC-1.0

Wszystko zmieniło jedno odkrycie. W 1914 roku w pobliżu jeziora Maracaibo w Wenezueli natrafiono na potężne złoża ropy. Sama Wenezuela nie miała jednak ani głębokich portów, ani stabilności potrzebnej do przerobu surowca. Curacao miało jedno i drugie.

W 1915 roku koncern Royal Dutch Shell zdecydował o budowie rafinerii na wyspie, a w 1918 roku zakład Isla ruszył pełną parą. Zaczęła się rewolucja przemysłowa i demograficzna. W ciągu kilku dekad populacja wyspy wzrosła wielokrotnie. Do pracy ściągali imigranci z całych Karaibów, z Surinamu, Madery, a także z Chin, Libanu i Indii. Curacao stało się jednym z najzamożniejszych miejsc w regionie.

W czasie drugiej wojny światowej rafineria miała znaczenie strategiczne, bo dostarczała paliwo lotnicze Aliantom. Sprowadziło to na wody wokół wyspy niemieckie okręty podwodne. W nocy 16 lutego 1942 roku, w ramach niemieckiej operacji Neuland, okręt podwodny U-67 pod dowództwem Günthera Müller-Stöckheima wśliznął się do portu w Willemstad i wystrzelił torpedy w zacumowane tankowce. Większość z nich okazała się niewypałami, jedna uszkodziła holenderski tankowiec, a sam U-Boot przepędził amerykański bombowiec.

Trinta di Mei i droga do samodzielności

Zdjęcie wykonane kilka dni po powstaniu 30 maja 1969 r. (Trinta di mei) / fot. Hugo Hillenaar, CC-BY-SA 4.0

Naftowy boom na trwałe wpisał Curacao w mapę światowych interesów, ale i pogłębił podziały społeczne. Pieniędzy było dużo, lecz najlepsze posady w administracji i przemyśle zajmowali biali Holendrzy, w miejscowym języku nazywani makamba, podczas gdy afrokaraibska większość czuła się obywatelami drugiej kategorii.

Te napięcia eksplodowały 30 maja 1969 roku. Bezpośrednią przyczyną buntu, zapamiętanego jako Trinta di Mei, czyli „Trzydziesty Maja”, był spór płacowy w firmie będącej podwykonawcą rafinerii. Robotnicy domagali się równej płacy za tę samą pracę, ale protest szybko przerodził się w gwałtowne zamieszki na tle rasowym i klasowym. Część centrum Willemstad stanęła w ogniu, zginęli ludzie, setki osób aresztowano.

Wydarzenia te okazały się punktem zwrotnym. Doprowadziły do zmierzchu dominacji białej mniejszości w polityce i administracji, a papiamento zyskało prestiż i szersze miejsce w życiu publicznym.

Już w 1954 roku Statut Królestwa Niderlandów nadał autonomię całym Antylom Holenderskim, czyli wszystkim sześciu wyspom razem, nie samemu Curacao. W 1986 roku z tej federacji wystąpiła Aruba. Ostatni rozdział zapisał się 10 października 2010 roku, w dacie zapamiętanej jako 10-10-10. Antyle Holenderskie wtedy rozwiązano, a Curacao stało się osobnym, autonomicznym krajem w ramach Królestwa. Mieszkańcy wyspy mają holenderskie paszporty i obywatelstwo, a Holandia nadal zapewnia im wsparcie wojskowe i finansowe.

Co zostało z tej historii?

Willemstad / fot. Mtmelendez, CC-BY-SA 4.0

Rafinerię sprzedano samej wyspie w 1985 roku za symboliczną kwotę, a jej obsługę przejęła wenezuelska państwowa spółka naftowa PDVSA. Ten rozdział właściwie się domknął. Od 2019 roku, gdy wygasła wieloletnia umowa z PDVSA, rafineria stoi bezczynnie. Złożyło się na to kilka przyczyn naraz: przestarzałe i zaniedbane instalacje wymagające miliardowych inwestycji, coraz ostrzejsze normy środowiskowe, światowa nadwyżka mocy przerobowych oraz amerykańskie sankcje nałożone na Wenezuelę, które utrudniają przerób tamtejszej ropy. Kolejne próby znalezienia nowego operatora jak dotąd spełzły na niczym. Dla wyspy to dotkliwy cios, bo zakład odpowiadał za mniej więcej jedną dziesiątą gospodarki i dawał, bezpośrednio i pośrednio, tysiące miejsc pracy. Mimo to przemysłowy krajobraz wciąż współtworzy panoramę Willemstad, której kolorowe kamienice trafiły na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

A skoro o kolorach mowa, to same pastelowe fasady mają swoją legendę. Według często powtarzanej anegdoty w 1817 roku gubernator Albert Kikkert kazał pomalować białe dotąd domy Willemstad na rozmaite barwy, bo oślepiający odblask słońca od jasnych ścian przyprawiał go o migreny. Po latach miało wyjść na jaw, że gubernator był udziałowcem jedynej na wyspie fabryki farb. Trudno orzec, ile w tym prawdy, a ile dowcipu, ale efekt zachwyca turystów do dziś.

Wyspa, którą Hiszpanie uznali kiedyś za bezużyteczną, dziś żyje z obsługi setek tysięcy turystów. Najlepszym symbolem tej przemiany jest pewien owoc. Hiszpanie przywieźli tu kiedyś słodkie pomarańcze, ale w suchym klimacie i jałowej glebie zdziczały i zgorzkniały tak, że nie nadawały się do jedzenia, kolejny rzekomy dowód „bezużyteczności” wyspy. Aż ktoś odkrył, że wysuszona skórka tych gorzkich pomarańczy, zwanych laraha, pachnie obłędnie. Pod koniec XIX wieku w aptece w Willemstad powstał na jej bazie likier, który dziś zna cały świat, najczęściej w jaskrawo błękitnej wersji. Tak oto wyspa uznana za nic niewartą dała nazwę jednemu z najsłynniejszych trunków na świecie - likierowi Curacao.

Bibliografia:

  1. C. R. Boxer, Morskie imperium Holandii 1600-1800, Gdańsk 1980.
  2. R. Ansano, What is central to Curaçao’s history and national identity? A cultural heritage canon as a tool for national identity, nation-building and nation-branding, Willemstad, 2017.
  3. C. Ch. Goslinga, The Dutch in the Caribbean and on the Wild Coast 1580-1680, Gainesville 1971.
  4. B. Jacobs, Linguistic evidence and historiography: the selection of slaves on Curaçao, 1650-1700, 2012.
  5. W. Klooster, Curaçao as a Transit Center to the Spanish Main and the French West Indies, [w:] G. Oostindie, J.V. Roitman (red.), Dutch Atlantic Connections, 1680–1800. Linking Empires, Bridging Borders, Lejda–Boston 2014.
  6. W. Klooster, G. Oostindie (red.), Curaçao in the Age of Revolutions, 1795-1800, „Low Countries Historical Review”, Volume 127-4, 2012.
  7. J.V. Roitman, W. Veenendaal, Worlds apart: Island identities and colonial configurations in the Dutch Caribbean, „Island Studies Journal” 2022.
  8. E. Rostworowski, Historia powszechna wiek XVIII, Warszawa 1994.
  9. P. Wieczorkiewicz, Historia wojen morskich, T. 1, Londyn 1995.

Lubisz czytać nasze historie?
Na historia.org.pl codziennie opowiadamy dzieje Polski i świata tak, jak na to zasługują - rzetelnie, pasjonująco, z szacunkiem do faktów. Ale żadna opowieść nie przetrwa bez tych, którzy chcą jej słuchać i ją wspierać.
Postaw nam wirtualną kawę - to darowizna, która realnie pomaga nam działać dalej. To dzięki takim gestom możemy nadal pisać o zwycięstwach, bohaterach i wydarzeniach, które zbudowały naszą tożsamość.

Postaw nam kawę za:


Opcja dodawania komentarzy została wyłączona.