Ukraina ma prawo do własnej historii. Polska ma prawo do prawdy o Wołyniu |
Spór między Warszawą a Kijowem wszedł w najostrzejszą fazę od wielu miesięcy. Jego bezpośrednim początkiem była decyzja Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imienia „Bohaterów UPA”. W Polsce odebrano to jako gest uderzający w pamięć o ofiarach ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.
W odpowiedzi prezydent Karol Nawrocki zdecydował o odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Ukraiński prezydent odesłał odznaczenie do Warszawy, a za nim z polskich orderów zaczęli rezygnować kolejni przedstawiciele ukraińskiego życia publicznego. To, co zaczęło się od sporu o symbolikę historyczną, szybko stało się poważnym kryzysem dyplomatycznym.
Na tym tle minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha oskarżył prezydenta Polski o niszczenie pozytywnych osiągnięć w relacjach polsko-ukraińskich i stwierdził, że żaden prezydent innego państwa nie będzie Ukrainie „dyktował historii”. Problem w tym, że polski sprzeciw nie dotyczy prawa Ukrainy do własnej historii, lecz gloryfikowania formacji, która dla Polaków pozostaje symbolem ludobójstwa. Polska nie dyktuje Ukrainie historii - Polska przypomina, że UPA nie jest neutralnym symbolem, tylko formacją związaną z ludobójstwem Polaków. Kijów próbuje zamienić spór o kult UPA w spór o ukraińską podmiotowość. To bardzo wygodne, ale nieuczciwe.
Ukraina ma pełne prawo do własnej historii, ale nie ma prawa oczekiwać, że Polska będzie milczeć, gdy w tej historii na piedestał wynoszeni są „Bohaterowie UPA”. Sybiha próbuje przedstawić polski sprzeciw jako atak na ukraiński naród i żołnierzy. To wygodne odwrócenie problemu. Spór nie dotyczy prawa Ukrainy do pamięci, lecz granic tej pamięci tam, gdzie zaczyna się polska rana po ludobójstwie.
Wypowiedź Sybihy jest bardzo świadomym odwróceniem osi sporu. Zamiast rozmawiać o tym, że Zełenski nadał jednostce wojskowej imię „Bohaterów UPA”, czyli symbolu w Polsce jednoznacznie obciążonego Wołyniem i ludobójstwem polskiej ludności cywilnej, ukraiński MSZ przesuwa ciężar na rzekomą „zniewagę ukraińskiego narodu” i „dyktowanie historii”. To jest zabieg polityczny, nie przypadkowa emocjonalna wypowiedź.
Sybiha mówi o dialogu, ale język ma konfrontacyjny. „Nie będziemy tolerowali”, „będziemy odpowiadać symetrycznie”, „czas ignorowania minął” - to nie jest ton deeskalacji. To raczej komunikat, że Ukraina uważa, że jej podmiotowość wzrosła i że Polska nie powinna już oczekiwać szczególnej wrażliwości w sprawach historycznych.
I właśnie dlatego Polska nie może dać się sprowadzić do narożnika w narracji, że to ona eskaluje spór albo „gra pod Moskwę”. Jeżeli Ukraina chce umiędzynarodawiać własną opowieść o historii i swojej podmiotowości, Polska tym bardziej powinna umiędzynarodowić prawdę o Wołyniu i o tym, czym UPA była dla Polaków. Nie przeciw Ukrainie. Przeciw relatywizowaniu ludobójstwa.
Niestety ta wypowiedź pokazuje, że szanse na szybką deeskalację są dziś niewielkie. Kijów nie tylko broni decyzji Zełenskiego, ale próbuje przedstawić polski sprzeciw jako zamach na ukraińską tożsamość. Być może prezydent Ukrainy coraz mocniej myśli już kategoriami polityki powojennej i wewnętrznego elektoratu. Być może w Kijowie uznano, że koszt sporu z Polską jest dziś mniejszy niż koszt ustępstwa wobec własnych środowisk narodowych i wojskowych.
To jest moment, w którym polska klasa polityczna - niezależnie od sporu między rządem, prezydentem i opozycją - powinna mówić jednym głosem. Możemy różnić się w ocenie formy reakcji, ale nie powinniśmy różnić się co do ocen, że UPA nie może być przedstawiana jako neutralny symbol walki o wolność, gdy dla Polaków pozostaje symbolem ludobójstwa.
Jeżeli Warszawa sama będzie wysyłała sprzeczne sygnały, Kijów szybko zrozumie, że wystarczy rozgrywać polskie podziały. A wtedy problem Wołynia znów zostanie sprowadzony do „politycznej awantury” zamiast do sprawy pamięci, prawdy i elementarnego szacunku wobec ofiar.
Wciąż jednak trzeba zostawić miejsce na rozsądek. Polska i Ukraina są dziś skazane na trudne, ale konieczne sąsiedztwo - zwłaszcza wobec Rosji, która tylko czeka na trwałe pęknięcie między Warszawą a Kijowem. Deeskalacja nie może jednak oznaczać milczenia Polski, tak jak pamięć historyczna nie może być traktowana jako przeszkoda w relacjach dwustronnych. Potrzebny jest powrót do rozmowy, ale rozmowy uczciwej: bez relatywizowania UPA, bez szantażu emocjonalnego i bez udawania, że Wołyń jest wyłącznie „tematem dla historyków”.
Lubisz czytać nasze historie?
Na historia.org.pl codziennie opowiadamy dzieje Polski i świata tak, jak na to zasługują - rzetelnie, pasjonująco, z szacunkiem do faktów. Ale żadna opowieść nie przetrwa bez tych, którzy chcą jej słuchać i ją wspierać.
Postaw nam wirtualną kawę - to darowizna, która realnie pomaga nam działać dalej. To dzięki takim gestom możemy nadal pisać o zwycięstwach, bohaterach i wydarzeniach, które zbudowały naszą tożsamość.


