Nikt nie będzie nam dyktował historii. Ukraina idzie w zaparte w sprawie UPA |
Dzisiejsze wypowiedzi Wołodymyra Zełenskiego i Kyryły Budanowa pokazują, że Ukraina coraz wyraźniej próbuje wpisać politykę historyczną w projekt powojennego państwa. Nie chodzi już tylko o pojedyncze gesty, nazwy jednostek czy spory o odznaczenia. Chodzi o budowę oficjalnego kanonu pamięci, w którym hasło suwerenności ma przykrywać pytania o odpowiedzialność, ofiary i ciemne karty własnej historii. Polska nie powinna odpowiadać na to histerią, ale nie może też udawać, że problemu nie ma.

W swoim wystąpieniu Zełenski mówił, że imiona bohaterów z różnych stuleci i epok, którzy walczyli o Ukrainę, mają zostać „na zawsze wpisane„ w historię państwa. Podkreślał przy tym, że Ukraina ma bronić ”swojego prawa bycia Ukraińcami”, a nikt z zewnątrz nie będzie jej mówił, jak żyć, jak mówić, kogo kochać, komu być wdzięcznym i jakich bohaterów szanować.
W podobnym tonie wypowiedział się Kyryło Budanow. Szef ukraińskiego wywiadu wojskowego stwierdził, że „nikt i nigdy więcej nie będzie dyktował Ukraińcom, których bohaterów czcić, które święta obchodzić czy jaką historię studiować”. Dodał, że o prawo wolnego wyboru i narodowej niezależności Ukraińcy walczyli przez setki lat, a dziś przelewają za nie krew ukraińscy żołnierze.
Obie wypowiedzi układają się w jedną narrację: spór o bohaterów, pamięć i historię zostaje przedstawiony nie jako problem odpowiedzialności za konkretne zbrodnie, lecz jako kwestia suwerenności. To bardzo wygodna rama, bo pozwala każdą krytykę - także polską krytykę kultu UPA - pokazać jako próbę narzucania Ukrainie obcej pamięci.
W tych wypowiedziach najważniejsze nie jest nawet samo hasło: „nikt nie będzie nam dyktował historii”. Najważniejsze jest to, co kryje się pod nim politycznie. Ukraińskie władze coraz wyraźniej pokazują, że powojenny ład chcą budować nie tylko na bezpieczeństwie, armii, odbudowie i integracji z Zachodem, ale także na nowym kanonie historycznym. Problem w tym, że ma to być kanon pisany pod potrzeby państwa walczącego, jednostronny, mobilizacyjny i odporny na krytykę.
Polska nie chce dyktować Ukrainie, kogo ma czcić. Polska mówi coś znacznie prostszego: nie da się budować europejskiej pamięci na przemilczeniu ofiar. Nie da się nazwać „bohaterami” formacji, której członkowie odpowiadają za masowe mordy na polskiej ludności cywilnej, a potem oczekiwać, że Warszawa uzna to za wewnętrzną sprawę Ukrainy. Suwerenność państwa nie oznacza suwerenności nad prawdą historyczną.
Dlatego dobrze byłoby, aby w Polsce oba pałace - Pałac Prezydencki i KPRM - zaczęły w tej sprawie mówić jednym i wspólnym głosem. To nie jest temat do doraźnej wojny partyjnej. Ukraina najwyraźniej testuje, czy Polska będzie reagować konsekwentnie, czy tylko emocjonalnie i chwilowo. Jeśli Warszawa będzie podzielona, Kijów uzna, że wystarczy przeczekać kilka dni oburzenia.
Czy są tu podobieństwa do Rosji Putina? Trzeba odpowiedzieć precyzyjnie: Ukraina nie jest Rosją. Ukraina broni się przed imperialną agresją, a Rosja używa historii do uzasadniania podboju i negowania ukraińskiej państwowości. To zasadnicza różnica.
Ale podobieństwo widać w mechanizmie: państwo próbuje zamknąć spór o historię formułą suwerenności. Krytyka z zewnątrz zostaje przedstawiona jako „dyktat”. Ciemne karty własnej tradycji są wypychane poza nawias. Bohater ma pozostać bohaterem, nawet jeśli obok jego biografii stoją ofiary. Historia przestaje być przestrzenią uczciwego namysłu, a staje się narzędziem konsolidacji politycznej.
I właśnie przed tym Ukraina powinna się bronić, jeśli naprawdę chce być częścią europejskiego porządku. Europa po 1945 r. nie została zbudowana na micie narodowej niewinności, tylko na trudnej zdolności uznania win, nazwania zbrodni i oddania głosu ofiarom. Niemcy nie stały się częścią Zachodu dlatego, że ogłosiły suwerenne prawo do własnych bohaterów, ale dlatego, że przyjęły odpowiedzialność za własną historię.
Polska nie powinna odpowiadać na to histerią ani antyukraińską retoryką. Powinna odpowiedzieć spokojnie, twardo i państwowo: popieramy niepodległość Ukrainy, ale nie poprzemy polityki pamięci, która pomija zbrodnie UPA i przedstawia polski sprzeciw jako zamach na ukraińską suwerenność. Pamięć o pomordowanych Polakach nie jest ingerencją w ukraińską wolność. Jest elementarnym obowiązkiem polskiego państwa.
Polska nie powinna reagować histerycznie, ale nie powinna też udawać, że jest bezradna. Mamy instrumenty nacisku - polityczne, dyplomatyczne, europejskie i symboliczne - i powinniśmy z nich korzystać konsekwentnie. Jako państwo UE i jeden z najważniejszych adwokatów Ukrainy na Zachodzie mamy prawo oczekiwać, że europejska droga Kijowa nie będzie oparta na kulcie Bandery, przemilczaniu zbrodni UPA i przedstawianiu każdej krytyki jako zamachu na ukraińską suwerenność.
To nie musi oznaczać wrogości wobec Ukrainy. Przeciwnie: Polska powinna wzmacniać te ukraińskie środowiska - historyków, intelektualistów, organizacje społeczne, demokratyczną opozycję i polityków - które rozumieją, że przyszłość Ukrainy w Europie nie może być budowana na jednostronnej, nacjonalistycznej polityce pamięci. Jeśli Kijów chce być częścią Zachodu, musi przyjąć także zachodni standard rozmowy o historii: z prawem do własnych bohaterów, ale bez prawa do pomijania ofiar i wybielania zbrodni.
Lubisz czytać nasze historie?
Na historia.org.pl codziennie opowiadamy dzieje Polski i świata tak, jak na to zasługują - rzetelnie, pasjonująco, z szacunkiem do faktów. Ale żadna opowieść nie przetrwa bez tych, którzy chcą jej słuchać i ją wspierać.
Postaw nam wirtualną kawę - to darowizna, która realnie pomaga nam działać dalej. To dzięki takim gestom możemy nadal pisać o zwycięstwach, bohaterach i wydarzeniach, które zbudowały naszą tożsamość.

