Lalka Netflixa - recenzja. Co zostało z powieści Prusa? |
Izabela Łęcka chce pracować w redakcji, Rzecki dostaje romans, a Wokulski musi martwić się o wypłacalność. Netflix tak gruntownie przepisał Lalkę, że znajomość powieści niewiele pomaga w przewidywaniu kolejnych wydarzeń. Z Prusa najwięcej zostało tam, gdzie arystokracja pokazuje, jak bardzo gardzi człowiekiem, z którego pieniędzy chętnie korzysta.
Znamy nazwiska, historii musimy nauczyć się od nowa
Recenzja omawia wybrane zmiany względem książki, ale nie zdradza rozwiązania serialowej fabuły.
Po seansie najłatwiej powiedzieć, że z Lalki Prusa nie zostało prawie nic. Potem przychodzi konieczne zastrzeżenie, bo przecież są Wokulski, Łęcka, pieniądze, klasowa pogarda i uczucie, które trudno oddzielić od ambicji. Tyle że znajome nazwiska coraz słabiej pomagają rozpoznać ludzi. Inne bywają ich pragnienia, inaczej układają się relacje, wreszcie w zupełnie inną stronę prowadzą ich decyzje.
Wokulski wygrywa od Krzeszowskiego konia w karty i podarowuje go Łęckiemu. Licytacja kamienicy kończy się na 155 tys. rubli, a całe przedsięwzięcie jest ustawką uzgodnioną z Tomaszem Łęckim. Pojawia się Eliza Orzeszkowa. Izabela marzy o dziennikarstwie. Niektóre postacie przejmują zadania kilku powieściowych bohaterów, inne dostają nowe życiorysy i zajęcia.
Przy okazji znikają rzeczy, które u Prusa znakomicie nadawały się na ekran. Licytacja kamienicy to przecież jeden z najlepiej napisanych fragmentów powieści - z intrygą, ukrytymi zamiarami i stopniowanym napięciem. W serialu przebiega bardzo dynamicznie, ale zupełnie inaczej, bez całej misternej rozgrywki Wokulskiego. Trudno tu mówić wyłącznie o unowocześnieniu opowieści, skoro wraz z nim tracimy jedną z jej najlepszych scen.
Dochodzi do tego pożar maszyn Łęckiego i śledztwo rosyjskiej policji. To już osobna intryga kryminalna, która daje bohaterom nowe zajęcia, a widzowi kolejną zagadkę do rozwiązania.
Wyliczanie rozbieżności mogłoby zająć całą recenzję, ale po kilku przykładach przestaje mieć sens. Paweł Maślona i współautorzy scenariusza, Paweł Demirski oraz Jagoda Dutkiewicz, świadomie budują własną opowieść. Warto więc pytać, co dzięki temu zyskują. Bo skala zmian jest imponująca, ich korzyści - znacznie mniej oczywiste.
Izabela Łęcka szuka pracy i własnej historii
Najważniejsze przesunięcie dotyczy samego środka ciężkości serialu. To przede wszystkim historia Izabeli Łęckiej. Wokulski nadal ma pieniądze i wielkie pragnienia, lecz coraz częściej oglądamy świat urządzony po to, żeby opowiedzieć o jej możliwościach, zależnościach i próbach wydostania się spod cudzej władzy.
Łęcka grana przez Sandrę Drzymalską chce pracować w Bluszczu. Spotkanie z Orzeszkową otwiera przed nią perspektywę życia, w którym miałaby coś do powiedzenia także poza salonem. Już samo przypisanie jej zawodowych ambicji zasadniczo zmienia tę postać. Prusowska Izabela została wychowana w przekonaniu, że inni pracują, aby jej świat mógł trwać. Serialowa zaczyna szukać dla siebie miejsca także poza tym porządkiem.
Nie znaczy to, że książkowa Izabela bez zastrzeżeń przyjmowała perspektywę małżeństwa albo zachowanie mężczyzn. Jej opór wobec konkurentów i obawy dotyczące zamążpójścia nie składały się jednak na projekt zawodowej samodzielności. Netflix dopisuje jej konkretny kierunek emancypacji.
To mogłoby być ciekawe rozwinięcie pytania o kobietę jednocześnie uprzywilejowaną przez pochodzenie i ograniczaną przez płeć. Kłopot w tym, że scenariusz bardzo wyraźnie podpowiada, gdzie mamy szukać przyczyn jej położenia. Kolejne wątki wracają do mężczyzn, którzy decydują, rozporządzają pieniędzmi i wyznaczają kobietom dozwolone role.
Służy temu również historia lekarki wykształconej w Zurychu, której kwalifikacje nie wystarczają, by uzyskać zgodę na pracę w Warszawie. Sam temat nie jest obcy epoce. Ograniczony dostęp kobiet do nauki, zawodów i samodzielności daje tu mocną historyczną podstawę. Wątpliwości budzi raczej sposób rozłożenia akcentów. Serial tak intensywnie objaśnia bariery, że mniej miejsca zostawia na przyglądanie się samej Izabeli.
U Prusa można dostrzec jej zależność od wychowania i otoczenia, a zarazem bezlitośnie oceniać pogardę wobec ludzi spoza własnej sfery. Te rzeczy współistnieją. Dopisana ambicja dziennikarska ułatwia natomiast współczesnemu widzowi kibicowanie bohaterce. Łęcka staje się bliższa, ale ceną tej bliskości jest przebudowa jednej z najważniejszych postaci powieści.
Wokulski umiał liczyć pieniądze
Najbardziej wymowną zmianą dotyczącą Wokulskiego jest zagrożenie utratą płynności finansowej. Serial potrzebuje napięcia, więc również jego majątek staje się niepewny. Tymczasem u Prusa właśnie finansowa skuteczność kupca nadaje jego uczuciowej bezradności tak dotkliwy charakter.
Wokulski potrafi robić interesy. Potrafi pomnażać pieniądze. Nawet zakup kamienicy Łęckich, podporządkowany zabiegom o Izabelę i dokonany za zawyżoną cenę, kończy się sprzedażą za kwotę wyższą, gdyż kupuje za 90 tys. rubli, sprzedaje baronowej Krzeszowskiej za 100 tys. rubli. Można zarzucić bohaterowi wiele, lecz opowieść o roztrwonieniu fortuny na Łęcką słabo pasuje do jego rachunków.
Nie nazwałbym przy tym tych wydatków drobnymi. Płaci dużo, przepłaca, podporządkowuje interesy uczuciu. Zachowuje jednak ogromny majątek. Jego dramat jest przez to boleśniejszy, bo człowiek zdolny zdobyć tak wiele nie umie uzyskać tego, czego pragnie najbardziej. Dopisanie zagrożenia bankructwem daje scenarzystom kolejną komplikację, ale osłabia ten szczególny paradoks.
Podobnie działa większa dosłowność w pokazywaniu pożądania. Dostajemy fantazje Wokulskiego o bliskości z Izabelą, obrazy tego, co chciałby z nią przeżyć. Samo pragnienie oczywiście nie jest odkryciem Netflixa. Pokazane wprost staje się jednak łatwiejsze do nazwania, podczas gdy w powieści tak ciekawie splata się z idealizacją, zawstydzeniem własnym pochodzeniem i marzeniem o wejściu do wyższej sfery. Serial chętniej pokazuje upragnioną intymność, niż każe nam rozplątywać te zależności.
Rzecki, czyli koszt przerabiania bohaterów
Najbardziej żal mi Rzeckiego. Ten grany przez Dariusza Chojnackiego jest przede wszystkim kumplem Wokulskiego: towarzyszy mu, wspiera go, uczestniczy w jego sprawach, dostaje też własny wątek romansowy. Można takiego człowieka polubić. Trudniej odnaleźć w nim starego subiekta.
Rzecki u Prusa miał własną pamięć, własne złudzenia polityczne i własny sposób tłumaczenia świata. W jego życiu mieściły się dawne nadzieje, przyjaźnie, rozczarowania i samotność. Dzięki niemu teraźniejszość Wokulskiego była częścią większej historii, a czytelnik widział, jak kolejne pokolenie rozmija się z rzeczywistością.
Sam romans nie byłby więc problemem. Problemem jest proporcja między tym, co Rzecki dostaje, a tym, co traci. Jego serialowa użyteczność rośnie, literacka odrębność maleje. Z bohatera, przez którego można było inaczej przeczytać całą opowieść, staje się przede wszystkim człowiekiem potrzebnym głównemu bohaterowi.
Braciak i Adamczyk - dla nich warto zajrzeć do salonu
Są jednak miejsca, w których ta swoboda przynosi znakomity rezultat. Piotr Adamczyk jako Krzeszowski i Jacek Braciak jako Łęcki należą do największych przyjemności tego seansu. Przy nich arystokratyczne salony pokazują całą swoją małość.
Łęcki Braciaka jest pijakiem, hazardzistą i człowiekiem coraz mniej zdolnym panować nad własnym życiem. To bardzo daleka przeróbka powieściowego Tomasza, u którego tak istotne były wielkopańskie złudzenia, niekompetencja i przekonanie o należnym mu miejscu. Braciak dostaje postać bardziej jaskrawą i gra ją znakomicie. Można jednocześnie podziwiać aktora i mieć zasadnicze zastrzeżenia do sposobu przepisania bohatera.
Adamczyk równie dobrze odnajduje się w świecie, w którym interes własny wymaga eleganckiej oprawy, a pogarda wobec kupca wcale nie przeszkadza zajmować się jego pieniędzmi. Krzeszowski i Łęcki sprawiają, że krytyka tej warstwy społecznej ma konkretne twarze. W ich obecności łatwo zrozumieć upokorzenie człowieka, który jest wystarczająco bogaty, by go wykorzystywać, ale nigdy wystarczająco dobrze urodzony, by traktować go jak równego sobie.
Tutaj rozpoznaję Prusa bez większego wysiłku. Arystokracja jako klasa próżniacza, żyjąca cudzą pracą i własnym przekonaniem o wyższości, wypada przekonująco. Nawet po grubym przerysowaniu poszczególnych postaci zostaje trafność społecznej obserwacji.
Nawet znajomość finału Prusa nie wystarczy
O tej Lalce trudno pisać bez zdradzania fabuły właśnie dlatego, że tak wiele zostało wymyślone na nowo. Czytelnik powieści też może sobie zepsuć niespodziankę. Zakończenie serialu prowadzi bohaterów w inną stronę, a jego wymowa znacznie odbiega od tego, z czym zostawia nas Prus. Szczegóły warto zachować na rozmowę po seansie.
Finał domyka proces przepisywania całej historii. Zmieniono wcześniej ambicje, temperamenty i relacje bohaterów, więc ostatecznie także ich losy układają się według nowego pomysłu. Dochodzi do tego przemiana Izabeli, a na swój sposób również Wokulskiego - twórcy zmieniają nie tylko to, co ich spotyka, lecz także to, jakimi ludźmi stają się pod koniec opowieści. Nie da się tych ingerencji sprowadzić do skrótów koniecznych przy przenoszeniu obszernej książki na ekran.
A gdyby ten serial nazywał się Bluszcz?
Rozumiem pokusę, której ulegli twórcy. Lalka ma już wielkie ekranizacje, jest szkolną lekturą, a jej bohaterowie obrośli gotowymi sądami. Kolejna adaptacja musi znaleźć powód, dla którego warto opowiedzieć tę historię jeszcze raz. Przeniesienie uwagi na Izabelę mogło być takim powodem.
Tyle że znajomość fabuły nie wyczerpuje książki. Można wiedzieć, co wydarzy się między Łęcką a Wokulskim, i nadal odkrywać w ich relacji coś niepokojącego. Można też zmienić zakończenie i dostać rozwiązanie bardziej przewidywalne w swojej wymowie niż to napisane niemal półtora wieku wcześniej. Sama niespodzianka nie przesądza jeszcze o wartości nowego odczytania.
Twórcy mówią o reinterpretacji i od początku uprzedzają, że z Prusem poczynają sobie swobodnie. Tyle że trudno zasiąść do serialu zatytułowanego Lalka i nie czekać na spotkanie z historią, którą się zna i lubi. Sam byłem ciekaw, co jeszcze można w niej odkryć. Z czasem coraz częściej zastanawiałem się jednak, dlaczego do opowiedzenia zupełnie innej historii potrzebowano akurat tych bohaterów. Zwłaszcza gdy wraz z kolejnymi zmianami znikało to, co u Prusa było ciekawsze od dopisanych przygód. Trudno mi uznać to za odkrywanie Prusa na nowo, skoro najpierw trzeba było tyle z niego usunąć.
Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Opinie i ocena zawarte w recenzji wyrażają wyłącznie zdanie recenzenta, nie musi być ono zgodne ze stanowiskiem redakcji. Z naszą skalę ocen i sposobem oceny możesz zapoznać się tutaj. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanej recenzji, by to zrobić wystarczy podać swój nick i e-mail. O naszych recenzjach możesz także porozmawiać na naszym forum. Na profilu "historia.org.pl" na Facebooku na bieżąco informujemy o nowych recenzjach. Możesz także napisać własną recenzję i wysłać ją na adres naszej redakcji.







