„Partyjna gra”. Kulisy zmiany na stanowisku I sekretarza KW PZPR w Gdańsku w Październiku ’56


System polityczny Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej został skonstruowany w oparciu o zasadę „nadrzędnej roli PZPR”. Owa zasada determinowała w wielkiej mierze życie polityczne kraju. Wpisane do konstytucji PRL (od lipca 1952 r.) instytucje takie jak Sejm, Rada Państwa czy aparat sądowniczy, nagminnie ulegały decyzjom zapadającym w partyjnych gabinetach (chociaż można wskazać na kilka istotnych wyjątków). System został oparty na omnipotencji PZPR.

Przemówienie Gomułki na wiecu w Warszawie 24 października 1956

Przemówienie Gomułki na wiecu w Warszawie 24 października 1956

Pewne grupy osób, które funkcjonowały w wypracowanych układach personalnych, odczuwały odstępstwa od wypracowanych norm. Następujące co kilka lat „nowe otwarcia„ pozwalały jednym awansować, a drugich spychały na margines życia partyjnego. Na osobne podkreślenie zasługuje fakt, że okresy politycznego spokoju stawały się w ówczesnej Polsce coraz krótsze, a zachodzące wydarzenia (propagandowo zwane m.in. „zakłóceniami w toku produkcji„) coraz intensywniejsze. O rzeczywistych mechanizmach takich zmian „szeptała ulica”. Ślady ówczesnych rozważań, analiz, domysłów i obserwacji znajdujemy w memuarystyce. Biurokratyczny gąszcz powiązań, w jaki szybko zamieniała się PZPR, można odczytywać również jako splot ludzkich biografii. To skomplikowane kłębowisko ambicji politycznych, potrzeby zostania ”kimś”, aspiracji materialnych, ale także zwykłej zawiści, potrzeby spokoju i stabilizacji oraz wszelkich innych ludzkich emocji, które tak trudno uchwycić w badaniach historycznych.

Sucha prasowa wzmianka czy lapidarna informacja z podręcznika o zmianie na przykład sekretarza partii nie oddaje tego jak realnie przebiegały takie operacje. Zadowalając się tylko danymi pochodzącymi z partyjnej ewidencji i operując wyłącznie faktografią nie dowiemy się, czy „zmieniany„ walczył o swoje miejsce w partii. Poza naszą percepcją pozostanie również to w jaki sposób ”ten nowy” zabiegał o przyznane stanowisko. Dlatego – w ocenie piszącego te słowa – tak istotne jest poznawanie mechanizmów zakulisowego funkcjonowania PZPR. Tylko wówczas badacze będą mieli szansę na opis partii składającej się z żywych ludzi. Należy z wielką dozą prawdopodobieństwa przyjąć, iż tysiące etatowych pracowników PZPR (np. 1986 r. - ok. 20 000 osób) robiło coś więcej w swoim życiu prywatnym i zawodowym niż tylko odliczanie kolejnych dni pomiędzy zjazdami, konferencjami, odprawami aktywu czy zebraniami POP.

Partia „żyła„ i im większe zachodziły zmiany w ”warszawskim białym domu”, tym silniej destabilizowały niejawne sieci powiązań (układy patron – klient) w komitetach PZPR niższego szczebla. Tak było również w przypadku pierwszego wielkiego kryzysu w PRL, którego kulminacją były wydarzenia jakie zaszły jesienią 1956 r.

Knockout nad Motławą, czyli walka o władzę

Październik ’56 doprowadził do odejścia ekipy (nie całej), która niepodzielnie rządziła od 1948 r. W wyniku przemian zachodzących w Moskwie po śmierci Józefa Stalina (5 III 1953 r.) oraz stopniowej utraty zdolności do mobilizacji społeczeństwa, poprzez terror masowy następowały zmiany w Polsce. Do władzy powracali odsunięci w walce frakcyjnej „towarzysze„, których w 1948 r. oskarżano o tzw. odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne. Latem 1956 r. dwie partyjne koterie starły się w walce o władzę. „Natolińczycy„ dążyli do wprowadzenia reform, które w większym stopniu miały mieć charakter personalny niż strukturalny. Walka była bezpardonowa. Wobec grona „puławian” używano retoryki antysemickiej. ”Puławianie” starali się odwoływać do nastrojów społecznych, szczególnie powołując się na młodzież akademicką.

Podział nie był politycznie i personalnie klarowny, dlatego wywoływał w „dołach partyjnych„ dezorientację. Wysłannicy KW w Gdańsku, których kierowano do komitetów niższych rzędów, nie byli w stanie wytłumaczyć natury tego zjawiska i konsekwencji jego istnienia. Myślę, iż znajdowało to swoje odbicie w pozostałej części kraju. Nad Motławą na chaos polityczny nakładały się silnie zarysowane wątki antysemickie. Z całą stanowczością należy podkreślić, iż w 1956 r. w gdańskiej organizacji partyjnej na dużą skalę dochodziło do rozliczeń personalnych przy użyciu „pałki antysemityzmu„. W walce o władzę wiele osób nie miało skrupułów wobec „partyjnych towarzyszy„. Dla niektórych z nich słowo „Żyd” było zwykłą obelgą i stygmatem, którego posiadacz nie powinien pełnić funkcji kierowniczych w „Przewodniej Sile Narodu”. W skrajnych przypadkach stosowano metody rodem z III Rzeszy. Dobrze ilustrują to wydarzenia, które miały miejsce w Komitecie Miejskim w Gdyni w grudniu 1956 r. Tamtejsi działacze kolportowali imienne listy ”towarzyszy” żydowskiego pochodzenia. ”Aryjscy” aparatczycy dążyli w ten sposób do wyeliminowania konkurencji z władz gdyńskiego komitetu. Nowe władze KW temperowały takie zachowania podkreślając, że szkodzą polityce wizerunkowej PZPR.

Prezentowany dokument stanowi nieznane dotąd świadectwo tej walki politycznej. Jan Trusz w Październiku ‘56 pełnił funkcję I sekretarza KW PZPR w Gdańsku. Rok 1956 był już piątym rokiem sprawowania przez niego władzy w gdańskiej organizacji partyjnej. Ten 43-letni zagorzały stalinista był wówczas najdłużej sprawującym funkcję I sekretarzem w Gdańsku. Relacja Trusza pokazuje, że – pomimo upływu trzech dekad – w tym działaczu wciąż królowała gorycz porażki. Niemal w każdym zdaniu przebrzmiewa żal i złość za odsunięcie od władzy. Głównymi (negatywnymi) inicjatorami tego byli Władysław Gomułka i Władysław Matwin. Ten ostatni ukazany został jako spirytus movens zmian w komitecie nad Motławą.

Niemal sensacyjne przedstawiona podróż Trusza z Warszawy do Gdańska pozwala na lepsze zrozumienie, jakie stosowano wówczas metody, gdy „rozgrywano„ sprawy kadrowe. Można tylko żałować, że relacjonujący nie dopowiedział wszystkiego. Nie wiemy więc jak wyglądała zasygnalizowana jedynie rozmowa ”w cztery oczy” pomiędzy Truszem a Matwinem.

Można tylko domniemywać, że było to zdecydowane starcie, które ostatecznie pozbawiło złudzeń sekretarza KW. Relacjonujący stale podkreśla pozytywną rolę, jaką odegrał ZSRS w historii Polski. W jego oczach wielkim symbolem wzajemnych relacji był Konstanty Rokossowski. Trusz wyraźnie akcentuje, że błędem władz PRL było pozwolenie na powrót marszałka do Moskwy. Gdy tylko minęły rządy znienawidzonego Gomułki, podjął trud, udany zresztą, utrwalenia pamięci Rokossowskiego w przestrzeni publicznej Trójmiasta. Za istotny walor relacji należy uznać to, że stanowi uzupełnienie informacji pochodzących z innych źródeł. Rzeczywiście – jak chce Trusz – Matwin działał bardzo energicznie po przybyciu do Gdańska. Szybko opanował aparat partyjny i wyznaczył na nowego I sekretarza Józefa Machno. Wiarygodnie także opisał nastrój społeczny i nastawienie prasy (w tym „Głosu Wybrzeża”). Na Wybrzeżu powszechnie żądano jego odejścia. Prawdziwa jest także skala zmian w aparacie partyjnym. W woj. gdańskim służyły do tego powiatowe konferencje sprawozdawcze komitetów powiatowych. Zwieńczeniem zmian personalnych była VI Wojewódzka Konferencja Sprawozdawczo-Wyborcza KW, która odbyła się w czerwcu 1957 r. Trusz jednak nie dopowiedział wszystkiego do końca. Ostracyzm, na który bardzo się skarżył, nie był tak powszechny, jak to przedstawiał. Z akt partyjnych wynika, że po swoim upadku był nierzadkim gościem w budynku KW. Prowadził tam rozeznanie, a nawet znajdował poparcie u niektórych członków partii. Część egzekutywy chciała, aby został dopuszczony do prac przy sejmowej kampanii wyborczej (wybory 20 I 1957 r.), jednak nieprzejednana postawa Machno spowodowała, że został całkowicie zmarginalizowany.

Trusz istotnie – jak relacjonował – czuł się zagrożony lub kreował się na takiego. Odmówił opuszczenia województwa, gdyż bał się o bezpieczeństwo rodziny. Prawdą jest także to, że członkowie egzekutywy KW rozpuszczali złośliwe plotki o żonie Trusza. Zarzucano jej między innymi kradzież dokonaną w okresie, gdy z mężem przebywała w Lublinie. Wzmiankowany w relacji Izydor Kunat nie wytrzymał wywieranej presji i zgodził się na opuszczenie województwa. Ostatecznie wszelkie aspiracje Trusza do odgrywania jakiejkolwiek roli w polityce zostały przekreślone podczas burzliwego posiedzenia egzekutywy w listopadzie 1956 r. Wówczas – niejako oficjalnie – stał się synonimem stalinisty gdańskiej organizacji partyjnej. Nie należy się dziwić, że relacja Trusza zawiera pewne niedomówienia. Nie jest temu winny tylko zacierający pamięć upływ czasu i forma relacji (nagrywana rozmowa). Uważam, iż zasadniczym powodem jest zaprezentowanie się jako ofiara systemu. Warto podkreślić, że Trusz w latach 80. nadal uważał działania PPR/PZPR wobec Gomułki za zasadne. Nie popierał tylko aresztowań. Nie miał natomiast wątpliwości, że ekipa Bieruta prowadziła słuszną politykę.

Aneks źródłowy

Dokument przechowywany jest w Archiwum Akt Nowych w Warszawie w Zespole Komitet Centralny Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (Centralne Archiwum KC PZPR, sygnatura XXIII - 465, k. 1-13, „Relacja Jana Trusza nagrana w dn. 29 II 1984 r.). W nawiasach kwadratowych wstawiono uzupełnione fragmenty tekstu. Znak [?] oznacza, że nie udało się ustalić pełnych danych osobowych. Powszechnie stosowane skróty (np. PZPR, tzn., tow.) nie zostały rozwinięte. Podobną zasadę przyjąłem dla znanych osobistości życia publicznego (np. Rokossowski, Bierut, Gierek, Gomułka). W niektórych miejscach poprawiono ortografię i gramatykę. Szyk zdań pozostał bez zmian. Tekst oryginalny zajmuje trzynaście stron maszynopisu.

PZPR między VII a VIII Plenum w 1956 roku

Relacja Jana Trusza

Nagr[ane] w C[entralnym] A[rchiwum] KC PZPR

dn. 29 II 1984 r.

 

Na wstępnie chcę przytoczyć nieznany fragment listu do marszałka K. Rokkosowskiego, podpisany przez ówczesne kierownictwo rządowe i partyjne po zapadnięciu decyzji w sprawie wyjazdu marszałka do Związku Radzieckiego. „Drogi Towarzyszu [Rokossowski]! Przyjmijcie uczucia uznania i szczerej wdzięczności za Waszą pracę na stanowisku ministra obrony narodowej i głównodowodzącego Wojska Polskiego. Od momentu wyrażenia zgody na objęcie tego stanowiska na prośbę rządu polskiego nie szczędziliście [towarzyszu] sił, oddaliście całą swoją wiedzę i zdolności dla lepszego wykonania tych obowiązków”. Powstaje pytanie, dlaczego ten list nie został opublikowany [w prasie]. Znalazłem go w biograficznej książce o marszałku, wydanej po rosyjsku pt. Rokossowski. Książka ta powinna być przetłumaczona na język polski. Poprzednie dyskusje, w których brałem udział, odbywały się niejako w cieniu imienia Wiesława, wielkiego imienia Wiesława, w cieniu kultu jednostki – Władysława Gomułki. Mówiło się kiedyś z wielkim zapałem o szkodliwości kultu jednostki okresu stalinizmu.  Obecnie spotykamy się z nie mniejszym kultem Gomułki. Co [dobrego] zawdzięczają Gomułce setki aktywistów partyjnych, zmiecionych ze stanowisk i wyrzuconych w październiku [1956 r.] za burtę. Towarzysz Kliszko mówił, że Gomułka strasznie dbał o kadrę [etatowych pracowników [PZPR], szanował ją, nie dawał zdejmować [ze stanowisk]. Tu się coś kłóci. Z jednej strony rysujemy osobowość tow. Gomułki, pióra między innymi tow. [Jana] Ptasińskiego, o mocnym charakterze, o własnym zdaniu, o pryncypialności i odwadze. A jeśli chodzi o pozostawienie Rokossowskiego na stanowisku ministra narodowej to tow. Gomułka początkowo był zdecydowany, aby go zostawić, a potem [w 1956 r.] ustąpił. Gdzie ten jego mocny charakter? Brak jest [tu] konsekwencji. Z tow. Gomułką siedziałem w [więzieniu] w Sieradzu w latach 1938-1939. Wprawdzie nie w jednej celi, ale w jednej komunie. Widywałem go. Spotykaliśmy się na spacerach, w kartoflarni itd. Wiadomo mi jest, ze tow. Gomułka takiego pięknego charakteru w celi więziennej nie miał i słodki nie był. O co chodzi? Proszę mnie nie zrozumieć, że potępiam całkowicie Gomułkę jako członka partii i jako sekretarza generalnego. Jest to raczej mój odruch na akcję [propagandową], na pewno kierowaną i inspirowaną, robienia z niego świętego, na rozszerzanie tego kultu [jednostki], a zapomnienie o naukach Marksa i Lenina, i o tej właściwej, obiektywnej ocenie, o wyważaniu braków i zalet, dorobku i błędów. Powołując się na moją „znajomość” z tow. Wiesławem jako były [I] sekretarz KW zapisałem się po październiku, bodajże w trakcie VIII Plenum [KC PZPR]w Sekretariacie [KC], na rozmowę [z Gomułką]. Byłem przekonany, że tow. Gomułka mnie przyjmie i wysłucha. Wydawało mi się, że jest zorientowany w mechanizmie wydarzeń [politycznych], jakie ja przechodziłem [w] województwie [gdańskim]. Na VII Plenum nie byłem z powodu pobytu w sanatorium w Czechosłowacji. Wystarczyło, że tow. [Zenon] Nowak w swoim wystąpieniu [na VII Plenum], które zostało zakwalifikowane przez określone środowiska jako antysowieckie, raz podał moje nazwisko na poparcie swojej tezy. Rozmowa odbyła się po naradzie z udziałem innych sekretarzy. Mówiliśmy, że występuje wśród wielu towarzyszy, profesury wyższych uczelni, asystentów, studentów opinia, że główne stanowiska na wyższych uczelniach były obsadzane głównie przez towarzyszy narodowości żydowskiej. Zresztą, jeśli chodzi o komunistów – to nas nie chodziło tylko o narodowość żydowską, ale przede wszystkim o klasowe pochodzenie. M.in. prorektorem ds. młodzieży Akademii Medycznej w Gdańsku była Zofia Majewska – córka kapitalisty z Łodzi. Katedry marksizmu – leninizmu [na uczelniach] były również obsadzane przez podobnych [z pochodzenia] ludzi. Mówiliśmy o tym z sekretarzami. Jeden z nich stanął później po stronie odnowicieli. To wystarczyło, żeby mnie zaliczyć do grupy natolińskiej. Muszę powiedzieć, że do dnia dzisiejszego nie byłem w Natolinie, mimo, że prawie trzydzieści lat mieszkam w Warszawie. To wystarczyło, że zostałem zaliczony do tych spisanych na straty. To było z góry postanowione. Mówili mi instruktorzy KC, którzy przyjechali między VII a VIII Plenum do Gdańska, że jak informują o sytuacji w KW – postanowieniach, wnioskach – to zaraz pada pytanie – jak się czuje antysemita Trusz. Dziś tow. Albrecht mówi spokojnie, bez emocji, że to był błąd. Tzn. zgadza się z tow. Nowakiem, ale dwadzieścia kilka lat temu, co to znaczyło, jeśli zaliczyli kogoś do tej grupy [„Natolina”]. W sierpniu 1956 roku na polecenie tow. Ochaba pojechałem do Juraty, aby wręczyć legitymację partyjną tow. Spychalskiemu. Pytał mnie on wówczas o te grupy [frakcje]. Nie byłem na VII Plenum i nie miałem orientacji na ten temat. Od niego dowiedziałem się, że jest grupa natolińska i puławska. Rozmawialiśmy długo. Żalił się bardzo na Ochaba, że nie rozmawiał z nim, tylko zlecił to Matwinowi. Wszystko zmierzało do października. Sopot stał się tego lata [1956 r.] widownią karnawału w stylu Monachium [?]. Tego samego lata w sierpniu podejmowałem tow. [Nikosa] Zachariadisa– Sekretarza Generalnego Komunistycznej Partii Grecji, który odwiedzał często [greckich] marynarzy pływających w naszej flocie. Było późno. Poszliśmy na kolację do Grand Hotelu. Zachariadis powiedział, że nie poznaje naszego miasta. Jest tu tak jak na Riwierze. W dniach 10-13 października odbyło się plenum KW. Nikt z Komitetu Centralnego nie przyjechał. Przedtem przyjeżdżały różne komisje. Był gen. [Zygmunt] Duszyński31 z Ministerstwa Gospodarki Komunalnej. Wszyscy bardzo krytycznie oceniali Gdańsk i działalność Komitetu [Wojewódzkiego]. Z ramienia Wydziału Kultury [KC] przybył Szymon Bojko. Zaatakował on Komitet Wojewódzki, że dyskryminuje Kaszubów, że nie wypuszcza ich na powierzchnię życia, na stanowiska. Daliśmy przykład: poseł [Antoni] Bigus – doker z Gdyni jest członkiem KW. „Ale nie reprezentuje tylko robotników” – stwierdzał Bojko – „a nam chodzi o szersze spojrzenie, o szerszy wachlarz społeczny”. Mówił, że dawniej Kaszubi mieli swoje pismo, a teraz gdzieś się ono podziało. Pismo to zostało zamknięte w 1947 roku jako mutacja peeselowskiej „Gazety Ludowej”. To wszystko co przez całe lata wysyłaliśmy do Warszawy, a mianowicie centralistyczny podział mieszkań, każdorazowa akceptacja P[aństwowej] K[omisji] P[lanowania] G[ospodarczego, później odwrócono i zarzucono nam, że nie załatwiliśmy wielu spraw. Na plenum KW w Gdańsku 12 października [1956 r.], nie było nikogo z KC. Grupa towarzyszy, a wśród nich towarzysze pochodzenia żydowskiego, ujawniła swój pogląd, pogląd antyradziecki, antykomunistyczny. Pogląd ten był antystalinowski, antydemokratyczny. Ciekawe, że na plenum mówiono, iż w Stoczni Gdańskiej są nastroje antysemickie, próbowano przeforsować potępiającą rezolucję, a tymczasem na zewnątrz prasa pisała, że są nastroje antyinteligenckie. Do tej grupy antyinteligenckiej, antysemickiej, antydogmatycznej zaliczano: [Zygmunta] Nowaka, Rokossowskiego, Witaszewskiego, Kłosiewicza i trochę towarzyszy z terenu m.in. [Izydora] Kunata i mnie. Rezolucja nie przeszła, została, bowiem odrzucona większością głosów. O tym plenum „Głos Wybrzeża”, czyli organ KW, napisał w redakcji centralnej dopiero po VIII Plenum. Jak tu można mówić o tym, że podział na grupy może był nieprecyzyjny, a że ta grupa puławska była reformatorska. Podział na grupy nie był taki równy. Przecież grupa puławska rozporządzała wszystkim. Miała cała prasę, radio, film. Pamiętam jak kronika filmowa wieszała na szubienicy [Zygmunta] Nowaka i Rokossowskiego. Heroldem demokracji partyjnej był [Lechosław] Goździk. Czym rozporządzała grupa natolińska? Gdzieś tam krążył podobno maszynopis Kłosiewicza. Prasa pisała tylko pod dyktando [„puławian”]. Z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że nie była to grupa czysto reformatorska. Do tej grupy przylgnęły elementy w stylu wyrażania się marksistowsko-leninowskim [sic!], reformistyczne, prawicowe i kontrrewolucyjne. I tę grupę właśnie, nie chcę powiedzieć, że Gomułka popierał, ale ona przylgnęła do niego. Towarzysz Kliszko stwierdził, że cały naród popierał Gomułkę, ale rzeczywiście jest to szerokie pojęcie i naród jest w naszej strukturze klasowej. I w tym narodzie mieści się najgorsza prawicowa reakcja też [sic!]. I oto przychodzi październik. Po VIII Plenum zostałem jeszcze w Warszawie. W Sejmie odbywało się posiedzenie Komisji ds. Ustawodawczych i musiałem w nim uczestniczyć. Kiedy w [sejmowym] bufecie jedliśmy śniadanie z tow. Stanisławem Pawlakiem to przyszła delegacja z Ursusa na czele z tow. Henrykiem Szafrańskim i tonem nie znoszącym sprzeciwu oświadczyli, że domagają się abyśmy dzisiaj byli na spotkaniu z załogą. Pawlak wyjaśnił, że wczoraj tam był. Towarzysz Szafrański odpowiedział mu, że wczoraj to sam był, dzisiaj żądają, aby był [sic!]. Pomyślałem wówczas, że musi się coś dziać w Gdańsku. Miałem rozmowę telefoniczną z tow. [Henrykiem] Winterem – sekretarzem ekonomicznym [KW w Gdańsku]. Należał do grupy odnowicielskiej, puławskiej. Mówił, że musimy zejść do ludu w partii. Powiedziałem, ze oczywiście trzeba działać zgodnie z wytycznymi VIII Plenum. Towarzysz [Henryk] Winter w sposób kłamliwy na wiecu publicznym przed Politechniką [Gdańską] i na plenum [Komitetu Miejskiego PZPR] w Gdyni powiedział, że dzwonił do mnie i pytał, co robić, a jam mu kazałem czekać. Jest to nieprawda. Po zakończeniu obrad VIII Plenum poszedłem jeszcze do gmachu KC, gdyż chciałem załatwić pewne sprawy i na noc wyjechać do Gdańska. Towarzysze zdziwili się bardzo, że nie pojechałem z tow. Matwinem. Wyjechał on z innymi towarzyszami do mnie na plenum [do Gdańska]. Zdziwiłem się bardzo, przecież wiedział, że ja zostaję i nic mi nie powiedział. Na samolot biletu nie dostałem. Towarzysze z KC jednak załatwili mi miejsce, ale nie normalne [siedzące] tylko na walizkach. Nie wiem, czy to był przypadek, czy nie – mieszkałem we Wrzeszczu [Gdańsku], a dojazd z lotniska był tak fatalny, że cztery przystanki [autobusowe/tramwajowe] trzeba było iść na piechotę. Wóz po mnie był zamówiony, ale dziwnym trafem kierowca pojechał na wojskowe lotnisko do Gdyni [Babie Doły]. Musiałem drałować na piechotę. Zanim przyszedłem do domu, zanim zjadłem kolację i pojechałem do KW to tow. Matwin z całą ferajną już tam był. Zebrał egzekutywę i był bardzo zdziwiony, że ja przyjechałem. Wiedział, że byłem w Sejmie. Podsumowali wyniki wiecu przed Politechniką [Gdańską]. Podobno było tam morze głów i nastąpiło samookreślenie się , kto jest po stronie tow. Gomułki. Po przeciwnej stronie [nie popierającego Gomułki] nikogo nie było. Towarzysz Malwin zadecydował, bez mojego udziału, że 25 października zwołuje się plenum KW, nadzwyczajne plenum. Towarzysz Matwin zaproponował zaprosić aktyw, który do tej pory nie był zapraszany [na Plena KW]. Do Komitetu Miejskiego [w Gdańsku] zwołano ponad połowę ludzi charakteryzujących się nienawiścią do stalinizmu, do komunistów, do dogmatyków, a pragnących odnowy. Może wśród nich byli i uczciwi ludzie, ale Lech Bądkowski przyznał się, że był na plenum KW jako bezpartyjny. Mówił o tym m. in. na IX Plenum [KW PZPR w Gdańsku]. Towarzysz Ochab napuszczał nas na prasę, że ma niesłuszny kierunek socjaldemokratyczny, trzeba ich brać za mordę, a pod koniec podsumowania mówił, że nawet członkowie Biura [Politycznego KC] mają trudności z zamieszczeniem swoich artykułów [w parsie partyjnej]. Na tej egzekutywie tow. Matwin wywołał mnie do drugiego pokoju i rozmawialiśmy w cztery oczy. Rozmawiał także z [Izydorem] Kunatem, tzn. z tymi przeznaczonym na rzeź. Powiedział, że muszę zrezygnować ze stanowiska i to w tej chwili, bo jeśli wyniknie to, co w Budapeszcie48, a to nie jest wykluczone, to odpowiedzialność za rozlew krwi spadnie na mnie. To samo mówił [Izydorowi] Kunatowi. Obiecywał mi, że mnie urządzi, że pojadę [wypocząć] do sanatorium. Kiedy wieczorem przyszedłem do domu to od żony dowiedziałem się, że była w radiu informacja, że I sekretarz KW i II sekretarz [KW] także podali się do dymisji. Demokratyzacja na Wybrzeżu rozszerzała się [coraz bardziej]. Na plenum tow. Matwin przyprowadził wielu dziennikarzy. Jedna dziennikarka, towarzyszka, którą znałem ze Z[wiązku] P[atriotów] P[olskich], powiedziała mi, że z prasą nie wygram i że jestem przegrany. Na plenum posypały się gromy na Rokossowskiego, Kłosiweicza, Witaszewskiego i na mnie. Do rzadkości należały takie wystąpienia jak Jana Morawskiego [?], który potępił artykuł „Głosu Olszyńskiego  napisany przez Jerzego [?], a skierowany przeciwko aparatowi partyjnemu, że jest on bez kwalifi kacji, bez rodowodu. Towarzysze potępili karierowiczów, którzy na tej brudnej fali chcą robić kariery. Studentka tow. Goździewiczowa [?] podeszła do mnie i wymachując swymi małymi piąstkami powiedziała: „Wy siedzieliście tylko w tym gmachu [siedzibie komitetu], nie wychylaliście nosa na zewnątrz, was nie było tam, gdzie my byliśmy i podejmowaliśmy uchwały. Na Politechnice [Gdańskiej] was nie było, na wiecu MS [nieczytelne] też, chociaż was tam zaproszono„. Wcale nie wiedzieliśmy [w komitecie] o tym wiecu. Przedstawiciel Wydziału Kultury KC mówił, że mamy ręce we krwi. Ktoś z Gdyni powiedział, że chwała kontradmirałowi [Janowi] Leśniewskiemu, który publicznie powiedział, że nie wykona rozkazu Rokossowskiego. Jakiego rozkazu to nie wiem. Byłem jednym z tych, którzy mówili, ż trzeba odnowę [polityczną] robić, ale nie należy wylewać dziecka z kąpieli. Nie można atakować całego aparatu [partyjnego]. Broniłem aparatu partyjnego, bo byli tam ludzie z awansu [społecznego], sprawdzeni [politycznie]. Zaprotestowałem przeciwko głosowi na tym plenum, który zacytował „Głos Wybrzeża„: ”domagamy się natychmiastowego usunięcia z Polski ambasadora Związku Radzieckiego”. Jak można coś takiego robić? Wielu jest ambasadorów w Polsce, którym można to i owo przyszyć, a znaleziono tylko ambasadora kraju, który nas wyzwolił i który swoją potęgą chroni nas przed niebezpieczeństwem. Towarzysz Matwin przerwał mi mówiąc: „dzisiaj wszyscy towarzysze i obywatele mogą głosić swobodnie swoje poglądy„. Informacja [o zwolnieniu ze stanowiska I sekretarza] poszła na cały kraj. W „Życiu Warszawy” jakiś bardzo młody dziennikarz napisał o mnie, wówczas czterdziestoletnim człowieku: „byłem świadkiem klęski starego komunisty”. Czego tam [w czasie Października] nie było. Sięgnęli do plenum, na którym rezolucja potępiająca antysemityzm nie przeszła. Wydobyli różne wygodne dla siebie cytaty. Powiedziano tam nie o rezolucji, która potępiała antysemityzm i takich antysemitów jak Rokossowski i [Zenon] Nowak, tylko napisali wtedy, że to były nastroje antyinteligenckie. Poparcie dla przemian nie było od razu takie powszechne. Weźmy na przykład KW. Przed samym VIII Plenum jedynie Łódź, Warszawa i Wrocław potępiły tzw. nastroje antyinteligenckie, tzn. rezolucje popierające odnowę, demokrację. Powiedziałem już na wstępie, że zgłosiłem się do tow. Gomułki na rozmowę i czekałem na nią parę lat. Jak się okazuje, to bardzo chętnie rozmawiał on z innymi, jak na przykład z tow. [Janem] Ptasińskim. No i z tego jestem zadowolony, bo przynajmniej ta rozmowa [Trusz-Gomułka] się odbyła. Jeszcze chciałem wrócić do sprawy poglądów grupy natolińskiej i puławskiej. Natolińska nie mogła głosić żadnych poglądów na zewnątrz, bo jak się mówi po dziennikarsku „mordę w kubeł pani Malinowska”, a inni pisali i poprawiali marksizm w teorii i praktyce. Mówiliśmy tu o reformatorstwie tak delikatnie, subtelnie, a tam żądano, aby w teorii i praktyce poddać rewizji całość marksizmu. Działo się to w partyjnych gazetach. Podam jeden cytat: „Nie zmarnujecie tej szansy. Pierwszy raz przed naszym narodem otwiera się zamglona jeszcze, ale jakże nowa perspektywa. Zamiast być przedmiotem platonicznych zachwytów i gratisowych współczuć, stać się możemy przykładem. Zamiast wysłuchiwać pouczeń przesadnie roztropnych wujaszków sami będziemy [nieczytelne] uczyć nie słowami, ale całym życiem narodowym. Dla całej lewicy niekomunistycznej zachodu stanie się Polska dowodem, że dyktatura proletariatu nie musi być dyktaturą. Już dziś pierwsze wiadomości z naszego kraju wywołują potężny ferment w partiach socjaldemokratycznych oczyszczając teren do zjednoczenia ruchu robotniczego, jeśli komuniści zachodnioeuropejscy wyciągną niezbędne wnioski z XX Zjazdu [Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego] i odrzucą wszelkie hamulce epoki stalinowskiej. Trudno przecenić znaczenie takiego zjednoczenia lewicy europejskiej, ale Polska ma szansę porzucić niewygodną rolę przedmurza eutropowego [sic!] /Słonimski/ raz zwróconego na Zachód raz na Wschód”. Napisał to Jerzy Putrament. I jaki [jest] los Trusza i innych [wyrzuconych z PZPR]? Pamiętam jeszcze w sierpniu red. Krach z „Dziennika Bałtyckiego” mówił, że tow. Maladyn [?] był pierwszą ofiarą krytyki „Po prostu”. Towarzysz Gajek [?] został w Kielcach zaszczuty na śmierć. Przedtem był sekretarzem, gdzie indziej, ale w październiku znalazł się w Kielcach. Wszystko skupiło się na nim, a w dodatku jego żona była żydówką. Sytuacja wyglądała tak, jak gdyby był jakiś sojusz nacjonalizmu polskiego i żydowskiego. Wielu towarzyszy wykończyło się [psychicznie]. Mnie inwigilowano. Po październiku musiałem jeździć po pensję do KC, bo w Gdańsku już mi nie płacono. Miałem na utrzymaniu żonę i dwoje dzieci. Pracy nie miałem żadnej. Pokazać się publicznie nie mogłem, bo zaraz rzucano jakieś hasła pod moim adresem. Moją żonę inwigilowano. Kiedy szła po zakupy, czy do fryzjera to ktoś ją zawsze obserwował. Pytałem szefa U[rzędu] B[bezpieczeństwa], kto mnie dozoruje, pytałem innych towarzyszy, ale nikt się do tego nie przyznawał. Inni może chcieli mnie wykończyć. Otrzymałem kiedyś od Konsula Generalnego Królestwa Wielkiej Brytanii zaproszenie. Jako sekretarz [Komitetu Wojewódzkiego] nigdy nie uczestniczyłem w takich imprezach, a teraz, kiedy nie pełniłem tej funkcji zostałem zaproszony. Ksiądz Sarrach – przywódca księży patriotów przysłał mi opłatek świąteczny. Do tej pory tego nie robił. Moja córka jako jedyna w klasie nie uczęszczała na lekcje religii. Powiedziałem kiedyś członkowi egzekutywy tow. Stefanowi Leitgeberowi, aby jego córka nie chodziła na te lekcje [religii] to mojej [córce] będzie raźniej. Odpowiedział mi, że swemu dziecku nie będzie szkodził. Podsłuchiwano rozmowy telefoniczne. Towarzyszka kontradmirałowi Wiśniewska chwaliła się, że miała za zadanie podsłuchać rozmowy I sekretarza. Podobnie postępowano z dyrektorami, ministrami. Wiceminister [Czesław] Domagała otrzymał wymówienie z pracy i wręczyła mu je sekretarka. Po październiku odeszło 54 sekretarzy komitetów wojewódzkich, a było tylko 17 województw. Ponad 35% członków KC odeszło. Dyrektora Stoczni Remontowej [w Gdańsku] tow. Kwiatkowskiego [?] wywozili na taczkach. Na plenum KW w Gdańsku mówiono, że Rokossowski i inni w Natolinie urządzali orgie. Spotkało się to z oklaskami ze strony towarzyszy. Natomiast moje przemówienie w obronie Związku Radzieckiego zostało inaczej przyjęte. Wymyślano różne nieprawdziwe historie, jak m.in. to, że Natolin zorganizował pucz wojskowy. [Michalina] Tatarkówna i inne, które później nazywano ciotkami rewolucji krzyczały, aby nie iść na rozmowy z delegacją radziecką. Chciałem powiedzieć jeszcze parę słów w sprawie tow. Rokossowskiego. Dopiero dowiedziałem się dzięki towarzyszowi [Janowi] Ptasińskiemu, że marszałek pisał list na rocznicę wyzwolenia Gdańska. W 1972 roku leżąc w szpitalu, w tym czasie kiedy przypadała rocznica wyzwolenia Gdańska, napisałem do ówczesnego przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej [w Gdańsku] – tow. Nikołajewa, naszego dobrego ZMP-owca w sprawie nadania jednej z ulic imienia Rokossowskiego. Główna ulica prowadząca z Gdańska [z centrum] do Wrzeszcza nosiła to imię, ale później [to] zmieniono. Również w Sopocie był ulica nazwana jego imieniem. Nazwali ją później ulicą Bohaterów Monte Cassino. Pisałem później [w sprawie nazwy ulicy] do [Tadeusza] Bejma. W 1974 roku Gierek z okazji Zjazdu [KPZS] składał na grobie Rokossowskiego w Moskwie wieniec, to ja zachęcony tym gestem wysłałem do niego list [do Edwarda Gierka], w którym zacytowałem słowa [Tadeusza] Bejma zamieszczone w liście skierowanym do mnie, że przecież nie zapominamy o marszałku, gdyż ma honorowe obywatelstwo Gdyni i Gdańska. Zacytowałem list, który otrzymał Rokossowski, jak wyjeżdżał do Związku Radzieckiego. Nie wiem, czy to pomogło czy nie, ale Rada Miejska [w Gdańsku] podjęła uchwałę i nadano jednej z ulic na nowym osiedlu we Wrzeszczu /dawne lotnisko/ imię Rokossowskiego. Chciałem zakończyć moją wypowiedź życzeniem pod adresem działaczy, którzy mówią już do szuflady, którzy niczym nie ryzykują, aby mieli odwagę i mówili prawdę. Nie należy malować na różowo jednych, a na czarno drugich. W jakim kraju socjalistycznym jest tyle zakrętów [historii] i odnów [politycznych] i to kosztem narodu, kosztem ludzi. Towarzysz Kliszko mówił, że pomimo wszystko Bieruta szanowaliśmy. Uważam, że ekipa Bieruta popełniła błąd aresztując Gomułkę i jego towarzyszy. Zmiana [władz partyjnych] według mnie winna zastąpić, ale po co było zamykać [w więzieniach]. Metody były niesłuszne. Towarzysz [Jan] Ptasiński mówił, że jak Władysław Dworakowski przybył do tow. Wiesława i powiedział mu, że ten jest wolny to Gomułka spytał, czy towarzyszy komunistów nie będą więcej wsadzać. A po październiku nie wsadzano komunistów? Siedzieli bez sądu m.in. tow. [?] Brudziński oraz jeden z sekretarzy siedzieli przez rok. Przy odnowie [Październiku ‘56] intencje na pewno były słuszne. Należało zmienić system, który chorował, ale obok tego występowały nuty prawicowe.

Jan Trusz

Z taśmy magnetofonowej odtworzyła

i dokonała wstępnej redakcji Wiesława Mizera

[podpis nieczytelny]

[Pieczęć]

„Centralne Archiwum KC PZPR”.‚

Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick i e-mail. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum. Na profilu "historia.org.pl" na Facebooku na bieżąco informujemy o nowych artykułach. Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

1 komentarz

  1. Ars napisał(a):

    Political thriller! Super tekst mimo objetosci

Zostaw własny komentarz