Pożar Moskwy 1812. Triumf Napoleona, który zamienił się w pułapkę |
14 września 1812 roku Napoleon stanął u bram Moskwy. Po tygodniach marszu, po krwawej bitwie pod Borodino, po niezliczonych wsiach i miastach opuszczanych przez Rosjan, miał przed sobą cel, który w jego wyobraźni powinien zakończyć kampanię. Nie była to formalna stolica imperium - tą od czasów Piotra Wielkiego był Petersburg - ale była stolicą dawną, symboliczną, świętą dla rosyjskiej pamięci. Napoleon spodziewał się kapitulacji, kluczy do miasta i pierwszego kroku do pokoju. Zamiast tego dostał milczenie, puste ulice i miasto, które wkrótce zaczęło płonąć.
Miasto, które miało przynieść pokój
Kampania 1812 roku nie zaczęła się jako marsz na Moskwę. Napoleon nie planował od razu tej drogi w głąb Rosji. Liczył raczej na szybkie rozbicie armii carskiej, wymuszenie posłuszeństwa Aleksandra I i ponowne wciągnięcie Rosji w system kontynentalny wymierzony w Wielką Brytanię. Spór o blokadę kontynentalną był jednym z najważniejszych powodów narastającego konfliktu. Rosja źle znosiła gospodarcze skutki zamknięcia handlu z Anglią, a Napoleon uważał jej niekonsekwencję za zagrożenie dla całego porządku, który zbudował w Europie.
Wielka Armia przekroczyła Niemen pod koniec czerwca 1812 roku. Była potężna, wielonarodowa i imponująca na papierze, ale od pierwszych tygodni traciła siły szybciej, niż wygrywała bitwy. Rosjanie cofali się, unikając decydującego starcia. Kraj pożerał armię cesarza: odległości, upał, brak paszy, rozciągnięte linie komunikacyjne, choroby, dezercje i zniszczone zapasy robiły swoje.
Największy problem polegał jednak na tym, że Napoleon nie miał dobrego planu na wojnę, w której przeciwnik odmawia gry według jego reguł. Chciał oskrzydlić rosyjskie armie, zmusić je do walnej bitwy i zadać cios, po którym car musiałby rozmawiać. Taki schemat działał wcześniej w Europie. W Rosji zaczął się rozsypywać już w pierwszych tygodniach. Armia rosyjska cofała się, traciła teren, ale zachowywała zdolność dalszej walki. Napoleon posuwał się naprzód, lecz im dalej szedł, tym bardziej oddalał się od rozwiązania, którego szukał.
Pod Smoleńskiem Francuzi zdobyli miasto, ale nie zniszczyli armii rosyjskiej. Pod Borodino 7 września stoczono jedną z najkrwawszych bitew epoki. Napoleon zachował pole bitwy, lecz nie osiągnął tego, czego najbardziej potrzebował - politycznego rozstrzygnięcia. Rosjanie wycofali się, nie prosząc o pokój. Droga do Moskwy stanęła otworem, ale zwycięzca szedł nią coraz bardziej zmęczony.
Dla Napoleona Moskwa miała znaczenie polityczne. Nie była Petersburgiem, gdzie znajdował się dwór i aparat państwa, ale była sercem starej Rusi, miastem koronacji carów, przestrzenią pełną cerkwi, klasztorów, pałaców i kupieckiego bogactwa. Cesarz sądził, że jej utrata wstrząśnie Aleksandrem I tak, jak utrata Wiednia czy Berlina wstrząsała innymi monarchami. Mylił się. Rosja nie była Austrią ani Prusami, a Moskwa - choć symbolicznie bezcenna - mogła zostać poświęcona.
Warto pamiętać, że dla Rosjan utrata Moskwy była szokiem, ale nie oznaczała utraty stolicy państwa. W 1812 roku centrum władzy znajdowało się w Petersburgu. Co więcej, w historii Rosji istniał już precedens zajęcia Moskwy przez obce wojska. W czasie wielkiej smuty na początku XVII wieku do miasta wkroczyły wojska Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a polsko-litewska załoga utrzymywała Kreml aż do 1612 roku. W rosyjskiej pamięci wydarzenia te pozostawiły głęboki ślad.
Pusta Moskwa
Wejście do Moskwy miało w sobie coś z triumfu i coś z pogrzebu. Żołnierze, którzy po raz pierwszy zobaczyli z oddali kopuły i wieże miasta, reagowali jak ludzie dochodzący do końca świata. Po tygodniach błota, kurzu, marszu i głodu widzieli przed sobą bogate, ogromne miasto, w którym spodziewali się odpoczynku, jedzenia, kwater i zimowego bezpieczeństwa. Okrzyki „Moskwa! Moskwa!” niosły się po kolumnach.
Ale im bliżej byli, tym bardziej obraz pękał. Nie czekała deputacja mieszczan. Nie było uroczystej kapitulacji. Nie było tłumu, który przyglądałby się nowym panom miasta. Znaczna część ludności opuściła Moskwę przed wkroczeniem Francuzów. Wyjechały władze, arystokracja, urzędnicy, zamożni mieszczanie, część kupców. Zostali ci, którzy nie mogli, nie zdążyli albo nie chcieli wyjechać: biedota, cudzoziemcy, służba, duchowni, ranni żołnierze, maruderzy, ludzie pilnujący majątków.
Wielka Armia weszła więc do miasta, które wyglądało jak przygotowana dekoracja bez aktorów. Drzwi wielu domów były zamknięte. Pałace stały opuszczone. Piwnice, magazyny i sklepy kusiły żołnierzy, którzy od dawna nie widzieli dostatku. Wojsko zaczęło rozpraszać się po kwaterach, szukać żywności, trunków, odzieży, drewna, łóżek, wszystkiego, co mogło przydać się po morderczym marszu. Sam Napoleon nie od razu zajął Kreml. Pierwszą noc spędził jeszcze po zachodniej stronie miasta, w rejonie przedmieścia Dorogomiłowskiego. Dopiero następnego dnia przeniósł się do twierdzy, która w jego oczach miała być sceną zwycięstwa.
Moskwa była bogata, ale nie była przygotowana do przyjęcia okupacyjnej armii. Nie działała normalna administracja miejska. Nie było sprawnego aparatu porządkowego. Nie było straży pożarnej w zwykłym sensie. Do miasta weszły tysiące uzbrojonych, zmęczonych i głodnych ludzi. Wielu z nich paliło fajki, gotowało posiłki, rozpalało ogniska, rozbijało drzwi i schodziło do piwnic. W drewnianym mieście nawet przypadek mógł stać się katastrofą, ale i ktoś temu przypadkowi mógł również pomóc.
Pierwsze ognie
Pierwsze pożary pojawiły się szybko. Już wieczorem 14 września płonęły pojedyncze punkty miasta, między innymi okolice bazaru czy giełdy. Początkowo można było uznać to za skutek nieostrożności żołnierzy albo chaotycznego rabunku. Francuzi nie mieli jeszcze pewności, co się dzieje. Pożary w wielkim, częściowo drewnianym mieście nie były niczym niezwykłym. Niezwykłe było to, że wybuchały w różnych miejscach i że trudno było je gasić.
Następnego dnia sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli. Ogień nie szedł jedną linią. Pojawiał się punktowo, przeskakiwał, znikał, wracał, łączył się z kolejnymi ogniskami. Świadkowie zapamiętali czerwony horyzont, odgłos płomieni przypominający oddaloną ulewę, ulice, przez które trzeba było przebiegać między spadającymi belkami, i powietrze tak gorące, że ludzie zasłaniali twarze chustkami.
Moskwa była na taki dramat szczególnie podatna. W mieście znajdowało się wiele budynków murowanych, pałaców, cerkwi i gmachów publicznych, ale ogromna część zabudowy pozostawała drewniana. Nawet domy wyglądające z zewnątrz solidnie bywały drewniane, otynkowane lub obłożone tak, by udawały kamień. Do tego dochodziły ciasne kwartały, stajnie, magazyny, zapasy drewna, smoły, wódki, tkanin i towarów kupieckich. Gdy wiatr wzmógł się i zmieniał kierunek, płomienie zaczęły pracować za wszystkich.
Najbardziej przerażająca była noc z 15 na 16 września. Relacje świadków często mieszają wydarzenia z pierwszej i drugiej nocy, co jest zrozumiałe: dla ludzi uwięzionych wśród płomieni czas przestał układać się w elegancką chronologię. Wiadomo jednak, że właśnie wtedy pożar nabrał skali, która zmieniła go z serii lokalnych ognisk w ogólnomiejski kataklizm. Płonęły kolejne dzielnice, a czerwone niebo nad Moskwą widzieli zarówno żołnierze w mieście, jak i ci, którzy stali poza jego granicami.
Co ciekawe, wielkie pożary nie były dla Moskwy niczym nowym. Miasto wielokrotnie płonęło już wcześniej, a jednym z najbardziej znanych był pożar z 1611 roku, podczas walk związanych z wielką smutą i obecnością wojsk Rzeczypospolitej. Wówczas znaczna część zabudowy również została zniszczona przez ogień.
Rostopczyn i miasto bez pomp strażackich
Nazwisko Fiodora Rostopczyna wraca w każdej opowieści o pożarze Moskwy. Był gubernatorem wojennym miasta, człowiekiem energicznym, teatralnym, ostentacyjnie patriotycznym i skłonnym do gestów, które miały znaczenie nie tylko praktyczne, ale także symboliczne. Przed wkroczeniem Francuzów prowadził ostrą propagandę antynapoleońską, zachęcał do oporu, podsycał nastroje i przedstawiał wojnę jako starcie świata rosyjskiego z bezbożnym najeźdźcą.
Jego rola w samej katastrofie nie daje się zamknąć w jednym zdaniu. Są jednak fakty bardzo dla niego niewygodne. Przed opuszczeniem miasta z Moskwy usunięto lub unieruchomiono znaczną część sprzętu gaśniczego. W relacjach pojawia się motyw wyprowadzanych sikawek i pomp. Gdy później Francuzi próbowali walczyć z ogniem, okazywało się, że brakuje im narzędzi, bez których w normalnych warunkach można by opanować przynajmniej część pożarów.
Jest też sprawa rozkazów wydawanych rosyjskim funkcjonariuszom. Moskiewski oberpolicmajster Woronienko miał później raportować, że rankiem 14 września otrzymał od Rostopczyna polecenie udania się do określonych obiektów, w tym składów winnych i urzędu celnego, i zniszczenia ich ogniem w razie nagłego wkroczenia nieprzyjaciela. Ten dokument jest ważny, bo przesuwa rozmowę z poziomu legendy na poziom konkretnych działań administracyjnych.
Rostopczyn sam dołożył też gest, który przeszedł do historii. Kazał spalić własną posiadłość w Woronowie, by nie stała się francuską kwaterą. Takie zachowanie świetnie pasowało do logiki wojny prowadzonej przeciw Napoleonowi - nie dać mu nie tylko armii do zniszczenia, ale także kraju do wykorzystania. Jeśli Wielka Armia nie mogła zostać zatrzymana na granicy, miała wejść w przestrzeń coraz bardziej pustą, spaloną i wrogą.
Kto podpalił Moskwę?
Spór zaczął się niemal natychmiast. Francuzi mówili: Rosjanie. Rosjanie odpowiadali: Francuzi. Jedni widzieli w tym akt patriotycznej ofiary, drudzy barbarzyństwo, trzeci przypadek wywołany wojną. Jeszcze inni szukali winnych wśród więźniów, maruderów, pijanych żołnierzy, mieszkańców albo nawet agentów brytyjskich. Tyle że Moskwa nie spłonęła dlatego, że istniała jedna zapałka i jedna ręka.
Napoleon szybko uznał, że miasto zostało podpalone z rozkazu rosyjskich władz. W liście do Aleksandra I oskarżał Rostopczyna i pisał o setkach schwytanych podpalaczy. Podkreślał też, że wozy strażackie zostały zabrane lub zniszczone. Był w tym interes polityczny, gdyż cesarz chciał przedstawić pożar jako czyn bezsensowny i nieludzki, dowód rosyjskiego barbarzyństwa, a nie skutek własnej kampanii. Ale jego oskarżenia nie były całkowicie pozbawione podstaw.
W korespondencji z carem Napoleon używał tonu człowieka oburzonego i zaskoczonego. Pisał, że „piękna Moskwa” właściwie przestała istnieć, i przekonywał Aleksandra, że ogień był dziełem Rostopczyna. W tej interpretacji car miał zostać odróżniony od gubernatora. Aleksander mógł nadal być partnerem do rozmów, Rostopczyn zaś stawał się winowajcą zbrodni przeciw własnemu miastu. Była to nie tylko diagnoza, ale i zabieg dyplomatyczny. Napoleon wciąż chciał pokoju.
Rosyjskie władze miały interes odwrotny. Dla Petersburga wygodne było zrzucenie winy na najeźdźcę. Napoleon, przedstawiany jako nowoczesny Attyla, miał wejść do świętego miasta i obrócić je w popiół. Taka narracja dawała Rosji przewagę moralną i wzmacniała opór. Płonąca Moskwa stawała się nie dowodem chaosu, lecz ofiarą złożoną przez naród, który wolał stracić miasto niż duszę.
Napoleon opuszcza Kreml
Napoleon początkowo nie chciał wierzyć, że pożar jest czymś więcej niż serią przypadkowych ognisk. W jego świecie wojna miała swoje reguły. Zdobyte stolice można było okupować, wykorzystywać, uczynić narzędziem nacisku. Tak było w Wiedniu, Berlinie czy Madrycie. W Moskwie ten schemat przestał działać.
Kiedy płomienie zaczęły zagrażać Kremlowi, cesarz musiał opuścić miejsce, które miało być sceną jego triumfu. Przejście przez płonące miasto do Pałacu Pietrowskiego na przedmieściach stało się jednym z najbardziej symbolicznych obrazów kampanii. Napoleon nie był już zdobywcą odbierającym hołd. Był władcą ogromnej armii, który w środku nocy wycofuje się z miasta, bo zdobycz płonie mu pod nogami.
Kreml przetrwał, choć został zagrożony. Przetrwała też część miasta. Ale polityczna wymowa katastrofy była dla Napoleona fatalna. Zajął Moskwę, lecz nie zdobył tego, po co naprawdę przyszedł. Nie pojawił się Aleksander z prośbą o rokowania. Nie przyszła kapitulacja. Nie było pokoju. Zamiast tego była cisza z Petersburga i popiół w Moskwie.
To musiało być dla cesarza trudne do przyjęcia. Cała jego dotychczasowa kariera opierała się na założeniu, że po rozbiciu armii przeciwnika i zajęciu ważnego miasta następuje polityczne rozstrzygnięcie. Rosjanie odmówili mu tego porządku. Cofali się, tracili ziemię, oddali starą stolicę, a jednak nie uznali się za pokonanych.
W tym sensie pożar Moskwy uderzył w najważniejszą broń Napoleona: w przekonanie, że jego zwycięstwa muszą mieć natychmiastowy sens polityczny.
Zwycięzcy w ruinach
Po kilku dniach największe płomienie wygasły, ale Moskwa nie stała się bezpieczną bazą. Wielka Armia znalazła się w mieście poranionym, częściowo martwym, pełnym ruin, dymu, rozbitych magazynów, trupów zwierząt, porzuconych sprzętów, ukrytych zapasów i szabru. Żołnierze szukali żywności, alkoholu, ubrań, futer, kosztowności. Rabunek, początkowo zakazywany, stał się codziennością. W ruinach zwycięzcy zachowywali się coraz mniej jak armia, a coraz bardziej jak ludzie próbujący wyrwać coś dla siebie z końca świata.
Z punktu widzenia logistyki sytuacja była zabójcza. Napoleon potrzebował Moskwy jako ogromnego magazynu, miejsca odpoczynku i politycznego nacisku. Otrzymał miasto, które samo wymagało ratunku. Spalone dzielnice oznaczały utratę kwater, zapasów, warsztatów, stajni i porządku. Ocalałe piwnice i magazyny nie mogły rozwiązać problemu armii oddalonej setki kilometrów od bezpiecznego zaplecza.
Wielka Armia przez kilka tygodni tkwiła w Moskwie i jej okolicach, czekając na ruch Aleksandra. Ten ruch nie nadszedł. Próby sondowania pokoju nie przyniosły rezultatu. Kutuzow odbudowywał siły, rosyjskie oddziały nękały linie komunikacyjne, a czas pracował przeciwko Napoleonowi. Jesień była jeszcze łagodna, ale każdy kolejny dzień zmniejszał szanse bezpiecznego odwrotu.
W mieście próbowano tworzyć pozory normalności. Organizowano magazyny, szpitale, kwatery, nabożeństwa, nawet rozrywki. Tego rodzaju gesty miały przekonać Rosjan, że Francuzi mogą zostać na zimę. Ale za tą fasadą krył się problem nierozwiązywalny: Napoleon nie miał pokoju, nie miał pewnego zaopatrzenia i nie miał przed sobą dobrej drogi.
19 października 1812 roku Wielka Armia opuściła Moskwę. Nie wychodziła z niej jako armia triumfująca. Wychodziła obciążona łupami, osłabiona, zdezorganizowana i spóźniona. Najgorsze miało dopiero nadejść: odwrót przez zniszczony kraj, chłód, głód, Kozacy, Berezyna i rozpad siły, która jeszcze latem wydawała się nie do zatrzymania.
Plan odwrotu też nie był prostym powrotem po własnych śladach. Napoleon chciał pójść ku Kałudze, przez ziemie mniej zniszczone i bogatsze w zapasy. Tam właśnie pojawił się jednak Kutuzow. Starcie pod Małojarosławcem nie było wielką bitwą na miarę Borodina, ale miało ogromne znaczenie operacyjne: zamknęło Francuzom drogę na południe i zmusiło ich do cofania się przez spustoszone obszary, którymi wcześniej przyszli. To wtedy moskiewska pułapka naprawdę się zatrzasnęła.
Napoleon zdobył Moskwę, ale nie zdobył Rosji. Wjechał do starej stolicy, lecz nie wymusił pokoju. Dostał miasto opuszczone, podpalone, rozbite i coraz mniej użyteczne. Pożar nie był jedyną przyczyną jego klęski, ale odebrał kampanii sens, na który liczył cesarz: szybkie polityczne rozstrzygnięcie po spektakularnym sukcesie.
Bibliografia:
- Austin P.B., 1812. Marsz na Moskwę, Gdańsk 2002.
- Austin P.B., 1812. Napoleon w Moskwie, Gdańsk 2002.
- Baszkiewicz J., Historia Francji, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1974.
- Bourgogne A.J.B.F., Memoirs of Sergeant Bourgogne 1812-1813, Nowy Jork 1899.
- A. Manfred, Napoleon, Warszawa 1980.
- Mikaberidze A., The Burning of Moscow. Napoleon’s Trial by Fire 1812, Barnsley 2014.
- A. Zahorski, Napoleon, Warszawa 1985.
Lubisz czytać nasze historie?
Na historia.org.pl codziennie opowiadamy dzieje Polski i świata tak, jak na to zasługują - rzetelnie, pasjonująco, z szacunkiem do faktów. Ale żadna opowieść nie przetrwa bez tych, którzy chcą jej słuchać i ją wspierać.
Postaw nam wirtualną kawę - to darowizna, która realnie pomaga nam działać dalej. To dzięki takim gestom możemy nadal pisać o zwycięstwach, bohaterach i wydarzeniach, które zbudowały naszą tożsamość.







