Wojna w Afryce Północnej (cz. 1)


W chwili wypowiedzenia wojny aliantom przez Włochy basen Morza Śródziemnego pozostawał rejonem niedotkniętym jeszcze działaniami wojennymi. Na zachodzie wody były kontrolowane przez faszystowską Hiszpanię, która jednak wciąż nie chciała się jednoznacznie opowiedzieć po stronie III Rzeszy. Wyczerpana, stosunkowo niedawno zakończoną krwawą wojną domową, obawiała się, że nie będzie w stanie przeciwstawić się ewentualnemu atakowi brytyjskiej Royal Navy na swoje zamorskie posiadłości.

Charakterystyka regionu Pustyni Zachodniej

Niemniej jednak Niemcy i Włosi mogli liczyć na jej ciche wsparcie i pomoc logistyczną. Zachodnie wejście na Morze Śródziemne kontrolowane było natomiast przez brytyjską bazę wojenną w Gibraltarze. ograniczając tym samym aktywność niemieckich łodzi podwodnych w tym rejonie. Południowo-zachodnie wybrzeża Morza Śródziemnego to z kolei obszary znajdujące się pod kontrolą Francji. Maroko i Tunezja miały charakter francuskich protektoratów, natomiast Algieria stanowiła terytorium zamorskie Francji. Dalej na wschodzie od Trypolisu do Bardii znajdował się pas wybrzeży Libii, która od 1912 roku była kontrolowana przez Włochów. Były to ziemie z punktu widzenia gospodarczego deficytowe, albowiem libijskie złoża ropy naftowej nie były jeszcze wówczas znane, a klimat i gleba uniemożliwiały gospodarcze wykorzystanie tego terenu, z niewielkimi wyjątkami na samym wybrzeżu. Dla Mussoliniego ważniejsze jednak były atuty prestiżowe i logistyczne. Libia miała stać się zaczątkiem współczesnego Imperium Rzymskiego, którego utworzenie stało się w pewnym momencie idea fix Mussoliniego. Szczególnego znaczenia nabierała zatem wschodnia część Libii, Cyrenajka, która miała stać się swoistym magazynem zaopatrzenia i bazą przeładunkową dla włoskich armii nacierających na Egipt. Kluczową rolę odgrywały tam dwa porty morskie, Benghazi i Tobruk, dysponujące nabrzeżem i infrastrukturą umożliwiającą szybki rozładunek znacznych ilości zaopatrzenia. Miastem granicznym pozostawała Bardia, na wschód od której leżało już pozostające pod brytyjską kontrolą Sollum. Status polityczny Egiptu był nie do końca sprecyzowany. Formalnie było to niepodległe królestwo, jednak ceną tejże niepodległości było przyzwolenie na brytyjską obecność militarną, gospodarczą i polityczną. Należy tu nadmienić, że Arabowie nie darzyli Brytyjczyków sympatią, co przyczyniło się do tego, że znajdowali się oni pod nieustanną presją wzniecenia walk niepodległościowych. Wizja włoskiej interwencji, pod protektoratem możliwym stałoby się zrzucenie uciążliwej brytyjskiej obecności mogła wydawać się kuszącą dla egipskich nacjonalistów. Na wschód od Kanału Sueskiego leżała Palestyna i Transjordania, które z kolei posiadały status brytyjskich protektoratów, natomiast na północ od nich leżały Francuskie protektoraty w Libanie i Syrii. Również tam sytuacja wewnętrzna była bardzo niepokojąca i Brytyjczycy musieli stale utrzymywać w tym rejonie dość znaczne siły zbrojne, dla utrzymania swojego zwierzchnictwa i zapewnienia porządku publicznego.

Wobec katastrofalnej sytuacji militarnej i potwornego zamieszania politycznego we Francji stało się jasnym, że granica tunezyjsko-libijska nie będzie frontem zażartych walk. Z uwagi na to naczelne dowództwo armii włoskiej mogło przerzucić zdecydowaną większość jednostek na wschodnią granicę Libii, gdzie planowano dokonać silnego uderzenia, na słabe pozycje Brytyjczyków. Zatem terenem nadciągających działań wojennych miało stać się pogranicze libijsko-egipskie, ogólnie określane mianem Pustyni Zachodniej, sięgającej od Wyżyny Libijskiej niemal do doliny Nilu. Bardziej precyzyjnie można wyznaczyć ramy terytorialne sceny przyszłych walk, należałoby je umieścić na obszarze od miejscowości El Aghaila na zachodzie (granica Trypolitanii i Cyrenajki) do miejscowości El Alamein na wysokości wielkiej Depresji Kattara. Od północy obszar ten wyznaczony był przez wybrzeża Morza Śródziemnego, natomiast od południa w odległości około 200-300 km od wybrzeża przez nieprzebyte pustkowia Sahary. Linia włoskich umocnień granicznych przebiegała od morskiego wybrzeża na wysokości Bardii aż do wysuniętej daleko na południe, w głębi pustyni oazy Jarabub. Po drugiej stronie graniczy, Brytyjczycy koncentrowali swoje skromne siły blisko wybrzeża w rejonie Sollum. Jednak również po egipskiej stronie granicy znajdowała się słynna oaza o nazwie Siwa, zamieszkana przez około 5 tys. osób, przeważnie byłych Beduinów. Otoczona od południa piaszczystymi wydmami Sahary sięgającymi nieraz wysokości 50 metrów, od północy kamienistym płaskowyżem, porośniętym gdzieniegdzie kępami akacji, a od wschodu budzącą grozę depresją Kattara, wyschniętym słonym jeziorem, ciągnącym się 300 km na wschód do wysokości nadmorskiego El Alamein, stanowiła swoistą enklawę raju w morzu piasku i kamieni. Siwa i Jarabub wyznaczały zatem południową granicę działań operacyjnych. Były one wykorzystywane jako bazy zaopatrzenia w świeżą wodę przez przemykające wzdłuż pustyni oddziały wysuniętych patroli pustynnych. Najsłynniejszą taką formacją były brytyjskie Long Range Desert Group, w pełni zasługujące na swój powszechny prestiż.

Obszar przyszłych walk charakteryzował się dość specyficznymi warunkami klimatycznymi i nie chodzi tu o sam klimat pustynny i wynikające z niego niedogodności. Szczególnie interesującą kwestią było występowanie na tak wąskim obszarze aż dwóch stref klimatycznych: łagodnego powietrza śródziemnomorskiego dominującego na wąskim pasie wybrzeża, oraz surowego klimatu pustynnego wgłębi lądu. Ta klimatyczna osobliwość jest spowodowana charakterystycznym ukształtowaniem terenu. Wzdłuż wybrzeża morskiego ciągnie się około 15-30 kilometrowy pas nizinny, za którym znajduje się stroma, kilkudziesięciometrowa skarpa. Morskie, stosunkowo chłodne powietrze jest zatrzymywane właśnie na tej skarpie, powodując wzrost ogólnej wilgotności i spadek temperatury w pasie nadmorskim. Ten wąski obszar był stosunkowo dobrze zagospodarowany przez włoskich kolonistów, uprawiających tam gaje oliwkowe oraz plantacje palm daktylowych i drzew figowych. Za skarpą zaczyna się bardziej suche i gorące powietrze, co ma swoje konsekwencje w postaci wspomnianej osobliwości klimatycznej. Efektem tego zróżnicowania klimatycznego był fakt, że obie walczące strony wolały prowadzić działania w strefie nadmorskiej, co było z korzyścią dla samych żołnierzy jak również dla wykorzystywanego sprzętu oraz kwestii zaopatrzeniowych. Z drugiej jednak strony sprawowanie kontroli nad skarpą dawało znakomitą widoczność aż do morskiego wybrzeża, co stwarzało możliwość prowadzenia celnego ostrzału. W efekcie koniecznym było prowadzenie działań wojennych w obu strefach, co stwarzało trudności zaopatrzeniowe, ponieważ dla części wojsk trzeba było dostarczać inne, specyficznie pustynne zaopatrzenie. Dodatkową trudnością był fakt, że pomiędzy płaskowyżem a wybrzeżem znajdowało się niewiele przejść, które można było wykorzystać do transportu kołowego. Takie przełęcze, m.in. przełęcz Halfaya szybko stały się bardzo ważnymi punktami komunikacyjnymi, o które będą się toczyły zażarte walki.

Jeżeli chodzi o kwestie komunikacyjne, ogólnie można powiedzieć, że omawiany obszar charakteryzował się ubogą siecią trakcyjną. Wzdłuż niemal całego wybrzeża ciągnęła się szosa stanowiąca względnie wygodny szlak komunikacyjny. Po stronie włoskiej, nazywano go Via Balbia (od nazwiska dowódcy wojsk włoskich w Libii), przebiegał od Trypolisu aż do Bardii, natomiast po stronie egipskiej od Aleksandrii do Sidi Barrani. Odcinek przygraniczny od Bardii do Sidi Barrani pozbawiony był rozwiniętego szlaku komunikacyjnego. Po stronie egipskiej znajdowała się również linia kolejowa, której jednak ostatnią stacją była niewielka miejscowość Mersa Matruh, stosunkowo daleko od granicy. Oprócz wspomnianego nadmorskiego szlaku komunikacyjnego znajdowało się już niewiele dróg z prawdziwego zdarzenia. Niemniej jednak należy pamiętać, że Pustynia Libijska na znacznym obszarze odznacza się twardym, kamienistym podłożem, znakomicie nadającym się do prowadzenia działań manewrowych jednostek pancernych i zmechanizowanych. Jak było wspomniane wyżej, dopiero ponad 200 km na południe od wybrzeża morskiego zaczynały się słynne białe wydmy Sahary, gdzie wszelka aktywność militarna była niemożliwa. Niedoświadczeni dowódcy, mający trudności z orientacją w pustynnej przestrzeni, rażeni przez niemiłosierne słońce nierzadko gubili drogę pomiędzy punktami zaopatrzeniowymi i prowadzili swoje oddziały na zatracenie w głąb pustyni. Podstawowym ograniczeniem, z którym musieli liczyć się dowódcy było natomiast zaopatrzenie w świeżą wodę, o którą wgłębi lądu było już trudno. Z tego powodu dużego znaczenia nabierały oazy i studnie, pomiędzy którymi przebiegały pradawne szlaki beduińskich karawan. Brak wody i niedostateczne racje żywnościowe, powodowały nie tylko ograniczenia orientacji w terenie i halucynacje, ale także poważne choroby żołądkowe, awitaminozę, błonica. Interesującym jest fakt, że stosunkowo często stosowaną praktyką było pranie ubrań w benzynie, którą można było następnie i tak wykorzystać, w przeciwieństwie do wody. Dłuższe noszenie ubrań wypranych w benzynie powodowało pojawianie się różnych chorób skórnych, chociażby owrzodzenia pustynnego. Pierwszą jej oznaką były niewielkie pęcherzyki, które stopniowo rosły i w końcu pękały odsłaniając bolesną, trudno gojącą się ranę. Brak higieny, konieczność przebywania w płytkich prowizorycznych okopach wydłubanych w nieraz twardej skale, przyczyniały się także do przypadków zapchlenia i zawszenia. Bardzo trudne warunki zakwaterowania, o których będzie niżej mowa, sprawiały że pojawiały się także przypadki samookaleczenia, żołnierzy którzy nie wytrzymywali psychicznie.

Klimat pustynny posiada jeszcze jedną znaną powszechnie osobliwość, mianowicie bardzo duże dobowe amplitudy temperatury. W niedługi czas po wschodzie słońca upał szybko staje się nie do zniesienia. Następnie w godzinach popołudniowych spiekota narasta, przyczyniając się do tego, że walczące strony, nawet w sytuacjach długotrwałego oblężenia, jak to miało miejsce w przypadku Tobruku w 1941 roku, zaprzestawały wszelkich działań bojowych. Niemiecki dowódca pancerny w swoich wspomnieniach notował, że jeżeli tylko zaopatrzenie na to pozwalało to powszechną praktyką czołgistów było smażenie jajek na pancerzach swoich czołgów. Dopiero około godziny 17-18 pierwsze powiewy chłodniejszego powietrza i mniejszy upał sprawiały, że żołnierze mogli normalnie egzystować. Te dzienne upały nierzadko kończyły się poważnymi zaburzeniami zdrowia, udarami, odwodnieniami, urojeniami itp. Powszechnym zjawiskiem pojawiającym się na rozgrzanej pustyni były słynne fatamorgany. Dodatkową uciążliwością żołnierskiego trudu były szczupłe racje żywnościowe, a przede wszystkim niewielkie przydziały wody. Powszechną praktyką w jednostkach niemieckich było wypijanie z samego rana około pół litra czystej wody i ponownie pod wieczór pozostałe pół litra wody. W komfortowej sytuacji znajdowały się jedynie jednostki stacjonujące blisko morskiego wybrzeża, których żołnierze mogli w czasie zastoju walk, zażywać dowoli kąpieli w morzu, oraz szczęśliwcy znajdujący się w słynnej oazie Siwa. Godziny wieczorne były najbardziej znośnym momentem dnia, kiedy można było złapać świeżego powietrza, jednak bardzo szybko po zachodzie słońca pustynię spowijały nieprzeniknione ciemności. Jednocześnie, na wskutek permanentnie utrzymującego się wysokiego ciśnienia powietrza następowało gwałtowne wypromieniowanie ciepła, a temperatura spadała do zaledwie kilku stopni. Jak można się dowiedzieć, z zapisków walczących żołnierzy, nie był to jednak chłód orzeźwiający po dziennym skwarze, ale przenikliwe zimno wdzierające się do szpiku kości. Co bardziej doświadczeni żołnierze, korzystając z obserwacji zachowania i ubioru Beduinów spotykanych nieraz na pustyni, odziewali się grubymi wełnianymi płaszczami. Nowicjusze jednak, a przede wszystkim mające z opóźnieniem pojawić się jednostki niemieckie, początkowo nie były na to przygotowane, przeżywając poważne problemy w czasie aklimatyzacji.

Zasadniczo im głębiej w stronę lądu, tym powietrze stawało się bardziej suche, a upał coraz bardziej dotkliwy. Z drugiej jednak strony inną obok wysokiej temperatury uciążliwą plagą pustyni były… muchy. W swoich wspomnieniach uskarżają się na ich obecność zarówno Brytyjczycy jak i Włosi oraz Niemcy. Okazuje się, zgodnie z intuicją, że na obszarach nadmorskich liczba tych dokuczliwych owadów była znacznie większa niż na głębokiej pustyni. Mówiąc tu o wielkiej liczbie much, można mieć tu na uwadze nieprzebrany rój, oblepiający spocone ciała, wdzierający się pod ubrania, wiecznie obecny w skromnych racjach żywnościowych, roznoszący niebezpieczne niekiedy choroby tropikalne. O powadze sytuacji świadczyć może fakt, że niekiedy pojawiały się wręcz wyspecjalizowane pododdziały walczące z muchami, pomimo oczywistej świadomości beznadziejności takiej walki.
W pewnym sensie podobnych problemów dostarczał także wszechobecny piasek. Lekki, niemal puszysty pył wdzierał się dosłownie wszędzie: pod ubrania, we włosy, w usta, a także pod powieki, przyczyniając się do powstawania niebezpiecznych nieraz podrażnień spojówek. W odróżnieniu od opisanych wyżej owadów był niebezpieczny również, a może przede wszystkim dla pojazdów mechanicznych. Szczególnie narażone na jego działanie były silniki, stąd też koniecznym było stosowanie specjalnych smarów i olejów filtrujących. Piach wdzierał się także w części mechaniczne oraz łożyska kół, powodując ich zatarcia i konieczność częstych wymian i napraw. Jednak w normalnych warunkach piach, choć uciążliwy, mimo wszystko nie był niebezpieczny. Sytuacja zmieniała się raz na jakiś czas, kiedy pustynię nawiedzała burza piaskowa, nazywana przez Włochów „ghibli„, a przez Brytyjczyków „chamsin„. Niebo ogarniał mrok, przestrzeń wypełniona była gryzącym byłem, w którym nawet oddychanie stwarzało wielką trudność. Wszelka działalność w takich warunkach, nie tylko bojowa, ale manewrowa była niewykonalna. Najczęściej ”ghibli” trwały dzień, jednak zdarzały się nawet trzydniowe burze piaskowe. Niedoświadczeni żołnierze, świeżo napływający do Afryki Północnej, a którzy znaleźli się w objęciach burzy, przeżywali nieraz potężny wstrząs psychiczny.

Upał, burze piaskowe, pragnienie, fatamorgany to wszystko to co uświadamia sobie w mniejszym bądź większym stopniu każdy, posiadający minimalne wyobrażenie o warunkach pustynnych. Mniej osób uświadamia sobie natomiast, że również najbardziej suche obszary pustyni nawiedzane są niekiedy ulewnymi deszczami przywołującymi na myśl raczej tropikalne dżungle strefy równikowej. W ciągu kilkunastu minut deszczu kamienista pustynia stawała się prawdziwym jeziorem, na którym ruch stawał się całkowicie niemożliwy. Jeszcze bardziej niebezpieczne w warunkach ulewnych pustynnych deszczy stawały się tzw. „wadi”, czyli zazwyczaj wyschnięte koryta rzek. W normalnych warunkach były to najczęściej niezbyt szerokie zagłębienia, jednak po ulewie stawały się rwącymi potokami potrafiącymi przemieszczać, a nawet przewracać ciężarówki z zaopatrzeniem. Pora deszczowa przypadała na pierwsze miesiące roku, przede wszystkim przełom zimy i wiosny w strefie umiarkowanej. Przekładało się to na podejmowane przez obie strony działania wojenne, które prowadzono najczęściej do lutego i wznawiano w kwietniu ewentualnie w maju, kiedy nie było jeszcze letnich upałów.

Znaczenie gospodarcze i polityczne

Z racji swojego położenia na zbiegu trzech kontynentów rejon Bliskiego Wschodu od wieków stanowił kluczowy węzeł komunikacyjny. Tutaj przecinały się lądowe i morskie szlaki handlowe, łączące Europę ze światem legendarnego Orientu. Wprawdzie odkrycie drogi morskiej do Indii oraz rozwój ekspansji kolonialnej w Ameryce spowodowały, że Bliski Wschód na kilkaset lat znalazł się na marginesie zainteresowań handlowych, jednak rozwój technologii i inżynierii pozwolił w XIX wieku na budowę Kanału Sueskiego, co na nowo skupiło uwagę świata na ten rejon. Kanał Sueski został zbudowany wspólnym wysiłkiem kapitału brytyjskiego i francuskiego, które to mocarstwa chciały usprawnić połączenia komunikacyjne swoich metropolii z odległymi koloniami na Dalekim Wschodzie. Stosunkowo szybko jednak Wielka Brytania wyparła francuskie interesy z Egiptu, który formalnie ciągle pozostawał pod zwierzchnictwem tureckim. Wybuch I wojny światowej i przystąpienie do niej Turcji po stronie państw centralnych sprawiły, że Wielka Brytania zdecydowała się na aneksję Egiptu, z którego następnie wyprowadziła ofensywę na terytorium Palestyny. Jesienią 1917 roku ruszyła ofensywa Edmunda Allenby’ego, która stosunkowo szybko wyparła Turków z wybrzeża. Z różnych powodów bardziej politycznych niż militarnych Jerozolima została zajęta dopiero w grudniu. Klęska państw centralnych i upadek Imperium Tureckiego postawiły problem uporządkowania statusowego rozległych obszarów Bliskiego Wschodu, które nagle wyłamały się spod tureckiej dominacji. Egipt, Palestyna oraz Transjordania trafiły pod zwierzchnictwo Wielkiej Brytanii, podczas gdy Syria i Liban pod zwierzchnictwo Francji. Rząd ówczesnego premiera Wielkiej Brytanii Llyoda Georga sympatyzował otwarcie z żydowskimi osadnikami w Palestynie, nadając im poważne uprawnienia, kosztem arabskich mieszkańców. Przyczyniło się to do narastania antybrytyjskiej postawy Arabów nie tylko w samej Palestynie, ale na całym Bliskim Wschodzie. Szybko Wielka Brytania musiała zgodzić się na formalną niepodległość Królestwa Egiptu, przy zastrzeżeniu sobie jednak prawa do obecności militarnej, co było związane z koniecznością zagwarantowania bezpieczeństwa właśnie Kanału Sueskiego.

Kanał Sueski stanowił kluczowy element słynnego Szlaku Imperialnego łączącego Wielką Brytanię z koloniami w Indiach, Afryce Wschodniej, Malajach, Australii i Nowej Zelandii. Na straży tego szlaku Brytyjczycy utworzyli system dobrze zaopatrzonych i silnie ufortyfikowanych baz morskich i lotniczych, wzmacnianych przez lokalne garnizony. Należy do nich zaliczyć przede wszystkim: Gibraltar, Maltę, Aleksandria, Kolombo, Singapur oraz Hong Kong. Aż trzy bazy były zatem położone w basenie Morza Śródziemnego, co dobitnie świadczy o tym, jak wielkie znaczenie przywiązywali Brytyjczycy do zagwarantowania sobie bezpieczeństwa komunikacji morskiej na tych wodach. Gibraltar jak zostało wspomniane sprawował kontrolę nad zachodnim wejściem na Morze Śródziemne, oraz stanowił bazę dla zespołów bojowych patrolujących środkowy Atlantyk w walce z pojawiającymi się tam niemieckimi łodziami podwodnymi i korsarzami. Malta położona niemal dokładnie w połowie drogi z Gibraltaru do Aleksandrii stanowiła ważną przystań dla statków płynących przez Morze Śródziemne. Co więcej położona na ważnym dla Włochów szlaku z południowej Italii do Libii była ważną bazę dla łodzi podwodnych i lotnictwa torpedowego, paraliżującego komunikację i zaopatrzenie dla wojsk stacjonujących w Libii. Aleksandria stanowiła natomiast bramę do Egiptu i Kanału Sueskiego. Była również wielką bazą zaopatrzeniową dla wojsk stacjonujących w Egipcie i na Pustyni Zachodniej. Ewentualna klęska wojsk brytyjskich w Egipcie mogłaby postawić pod znakiem zapytania bezpieczeństwo innych prowincji bliskowschodnich, a także położonych dalej na wschód Iraku i Iranu, w których sympatie proniemieckie były bardzo żywe.

Tymczasem obszar Bliskiego Wschodu w kontekście nabierającej na sile wojny światowej stanowił rejon niezwykle ważny dla brytyjskiego przemysłu wojennego, a także całego systemu logistycznego armii imperialnej. Mowa tu oczywiście o olbrzymich złożach ropy naftowej, która była wówczas wydobywana w rejonie Zatoki Perskiej. Utrata kontroli nad tymi złożami stanowiłaby śmiertelny cios dla brytyjskiej gospodarki. Wprawdzie można było uzyskiwać ten surowiec z innych rejonów, jak chociażby kupować ze Stanów Zjednoczonych, bądź też sprowadzać z Holenderskich Indii Wschodnich, jednak było to już przedsięwzięcie znacznie bardziej kosztowne i na dłuższą metę Londyn nie mógłby sobie na to rozwiązanie pozwolić. Z drugiej strony przejęcie kontroli nad tym regionem przez wojska państw Osi, bądź też przez państwa arabskie z nimi sympatyzujące, zagwarantowałoby im trwały i nieprzebrany zasób tego surowca.

Także z punktu widzenia politycznego rejon Bliskiego Wschodu miał wielkie znaczenie w toku prowadzonych działań wojennych. W pierwszej kolejności, podbój Egiptu i Palestyny przez Mussoliniego wzmocniłby jego autorytet i prestiż w kraju, który w odróżnieniu od nazistowskich Niemiec, nigdy nie był państwem totalitarnym. Biorąc pod uwagę, że Libia i Syria pozostały wierne rządowi Vichy, a zatem sympatyzowały z państwami Osi, to oznaczałoby że Turcja znalazłaby się w swoistym potrzasku. Otoczona ze wszystkich stron przez państwa Osi, bardzo możliwe, ze zostałaby nakłoniona do przystąpienia do sojuszu. Dawałoby to Niemcom znakomitą bazę wyjściową do przeprowadzenia ataku na radzieckie pola naftowe na Kaukazie, co mogłoby w dużej mierze sparaliżować radziecki przemysł zbrojeniowy i wpłynąć na bieg działań wojennych na froncie wschodnim.

Biorąc zatem pod uwagę zarówno komunikacyjne, jak i gospodarcze i polityczne czynniki, należy powiedzieć zdecydowanie, że zmagania wojenne prowadzone na pustkowiach Pustyni Zachodniej miały ogromne znaczenie dla całokształtu działań wojennych. Konsekwencje zwycięstwa państw Osi na Bliskim Wschodzie w rzeczy samej są trudne do przecenienia. Podobnie z drugiej strony, klęska państw Osi na Pustyni Zachodniej oznaczała ostatecznie utratę całej Libii, a w połączeniu z inwazją w Afryce Północno-Zachodniej, także utratę całego wybrzeża afrykańskiego. Z tego powodu tematyka działań wojennych prowadzonych na pograniczu libijsko-egipskich, a rozpoczętych 11 czerwca 1940 roku, jest bardzo ważną, a zarazem interesującą. Wojna w Afryce Północnej, w odróżnieniu od walk w Europie może wzbudzać relatywną sympatię postronnego obserwatora, czy też historyka, albowiem była wojną stosunkowo „czystą”. Z racji niewielkiego zaludnienia tych obszarów, od działań wojennych niemal nie ucierpieli cywile, przede wszystkim miejscowi Arabowie. Wojna była prowadzona na rozległych przestrzeniach, pokrytych rozmaitymi przeszkodami naturalnymi (wzniesienia, lotne piaski, słone bagna, koryta wyschniętych rzek, rozpadliny skalne), dającymi okazję do wykazania się dla błyskotliwych taktyków wojny manewrowej. Konieczność zagwarantowania właściwego zaopatrzenia, utrzymania szlaków komunikacyjnych i ich znaczenie dla prowadzonych działań bojowych, dodatkowo uatrakcyjniają obraz zmagań obu stron.

Klęska włoskiej armii w Afryce Północnej

Należy zakładać ponad wszelką wątpliwość, że jeżeli nawet wypowiedzenie wojny ginącej Francji przez Mussoliniego nie było wielkim zaskoczeniem, to z pewnością sprzymierzeni nie byli na to przygotowani. W pierwszych dniach czerwca 1940 roku koła na najwyższych szczeblach władzy politycznej zarówno Francji jak i Wielkiej Brytanii doszło do prawdziwego trzęsienia ziemi. Cała dotychczasowa praktyka dyplomatyczna i militarna zakończyła się kompletną i kompromitującą klęską. Francuzi zastanawiali się co zrobić w sytuacji ruiny strategicznego planu obrony kraju, Brytyjczycy już myśleli o tym, co zrobić w sytuacji jaka wytworzy się po wyeliminowaniu Francji z wojny, a przede wszystkim cała uwaga była skoncentrowana na tym, w jaki sposób ewakuować z flandryjskiej pułapki znajdujący się tam korpus ekspedycyjny. Co więcej, upadek Francji stwarzał realne zagrożenie dla samych wysp brytyjskich, które mogły stać się celem kolejnej zmasowanej niemieckiej ofensywy. W takiej sytuacji kwestia zapewnienia bezpieczeństwa wojskom stacjonującym w odległym i spokojnym dotychczas Egipcie spadała na dalszy plan. Zupełnie inaczej sytuacja przedstawiała się natomiast w siedzibie włoskiego naczelnego dowództwa, dla którego sytuacja wojsk stacjonujących w Libii miała najwyższy priorytet. Podsumowując tą kwestię, należy powiedzieć, że do wojny na Pustyni Zachodniej Włosi byli bardzo dobrze przygotowani, natomiast dla Brytyjczyków sprawa ta miała drugorzędne znaczenie.

Założenia te znajdują potwierdzenie w liczbach oddających proporcje sił pomiędzy Włochami a Brytyjczykami. Po stronie włoskiej w Libii stacjonowały dwie armie pod ogólnym dowództwem marszałka lotnictwa Italo Balbo. W Cyrenajce stacjonowała 10. Armia dowodzona przez gen. Rodolfo Graziniego składała się z dziewięciu dywizji, w tym jednej libijskiej. Warto przyjrzeć się postaci Grazianiego, który w najbliższych miesiącach miał stać się pierwszo planowanych postaci w dowództwie włoskim. Był to doświadczony żołnierz, pamiętający jeszcze służbę wojskową sprzed pierwszej wojny światowej, na której z kolei wykazał się odwagą i brawurą. Awansowany z czasem nabrał cech despotycznych, a w pierwszej połowie lat 30-tych pełnił stanowisko administratora włoskich posiadłości w Libii. Zasłynął wówczas brutalnym potraktowaniem libijskich rebeliantów, zmierzających do obalenia włoskiego zwierzchnictwa w Libii. Po utopieniu powstania we krwi Graziani zyskał niechlubny przydomek „rzeźnik„. Następnie 1936 roku dowodził wojskami włoskimi w Abisynii, gdzie Włochy wypowiedziały wojnę Etiopii. Po pokonaniu walecznych lecz słabych jednostek przez kolejny rok Graziani pełnił urząd wicekróla Etiopii. W 1939 roku mianowany został szefem sztabu wojsk lądowych, a następnie dowódcą wspomnianej właśnie 10. Armii. W Trypolitanii z kolei rozmieszczona była 5. Armia dowodzona przez gen. Guidi składająca się z pięciu dywizji, w tym jednej libijskiej. Warto podkreślić, że w skład 10. Armii wchodziły m.in. dwie dywizje elitarne „Czarnych Koszul„, składające się z ochotników, członków partii faszystowskiej. Cechą charakterystyczną armii włoskiej był podział na trzy główne rodzaje dywizji polowych: elitarne (słynni „Berselierzy„ których hełmy zdobiły kogucie pióra), zwykłe oraz kolonialne (libijskie). W tej masie tylko dywizje elitarne odznaczały się wolą walki i wysokim morale, podczas gdy pozostałe wykazywały minimalne zaangażowanie w służbę wojskową. Szczególnie dywizje kolonialne odznaczały się delikatnie mówiąc rozluźnioną dyscypliną i specyficznym podejściem do wykonywanej służby wojskowej. Poza tym uzbrojenie pozostające na stanie jednostek włoskich pozostawiało wiele do życzenia. Problemem, zupełnie przeoczonym przez naczelne dowództwo, był brak dywizji zmotoryzowanych i zmechanizowanych, co w przypadku działań prowadzonych na rozległych przestrzeniach pustynnych był brakiem poważnym. Również wykorzystywane czołgi i samoloty wyraźnie odstawały parametrami technicznymi od sprzętu jakim dysponowali Brytyjczycy (szybkie ”Cruiser” i ciężkie czołgi wsparcia piechoty ”Matilda”). Mimo wszystko jednak marsz. Balbo dysponował w Libii pod swoimi rozkazami 13 dywizjami, w skład których wchodziło około 200 tys. żołnierzy.

Z drugiej strony granicy znajdował się, jak zostało wspomniane, przeciwnik zupełnie nieprzygotowany do przyszłych działań wojennych i zdezorientowany równoległymi klęskami doznanymi w Norwegii i we Francji. Naczelnym dowódcą sił brytyjskich na Bliskim Wschodzie był gen. Archibald Percival Wavell. Był to doświadczony już na licznych stanowiskach, utalentowany żołnierz, mający w swojej biografii także trudne chwile z czasów pierwszej wojny światowej, kiedy raniony stracił lewe oko. Ostatecznie na stanowisko dowódcy sił brytyjskich na Bliskim Wschodzie trafił w lipcu 1939 roku, a do samego Kairu, gdzie znajdować się miała jego kwatera dotarł 2 sierpnia tego roku. Podstawowym problemem Wavella na nowym stanowisku był permanentny brak zaopatrzenia, szczególnie środków transportu. Dopiero w sierpniu 1940 roku udał się do Londynu, gdzie domagał się pomocy kadrowej i materialnej. W czasie kilku spotkań, jakie odbył z Churchillem między 8 a 15 sierpniem nie wskórał praktycznie nic, poza pogorszeniem swoich i tak wcześniej napiętych stosunków z nowym premierem. Poważnym problemem była obecność włoskiej marynarki wojennej na Morzu Śródziemnym, która zagrażała konwojom płynącym z Wielkiej Brytanii do Egiptu, przez co coraz częściej wykorzystywano bezpieczniejszy lecz długi szlak komunikacyjny dookoła Afryki przez Freetown, Kapsztad i Aden.

W odróżnieniu od struktury wojsk włoskich nie można tu mówić o istnieniu takich jednostek operacyjnych jak „armia”. Najwyższym pełnoetatowym szczeblem organizacyjnym jednostek brytyjskich na Bliskim Wschodzie w tym okresie była brygada. Owszem funkcjonowały takie jednostki jak 7. Dywizja Pancerna czy 4. Dywizja Piechoty, były one jednak niepełnowymiarowe. Niosło to za sobą dalsze konsekwencje w momencie planowania i realizacji działań wojennych. Co więcej, struktura organizacyjna sił brytyjskich na Bliskim Wschodzie była całkowicie nieprzystosowana do warunków wojennych, albowiem pod dowództwem Wavella znajdowały się jednostki rozrzucone na olbrzymim obszarze od maltańskiej Valetty i cypryjskiej Nikozji, po jemeński Aden i Brytyjskie Somali. Jest rzeczą oczywistą, że sprawne dowodzenie jednostkami stacjonującymi w tak odległych miejscach było niemożliwe. Dodatkowym problemem był fakt, że Wavell był również odpowiedzialny za utrzymanie porządku publicznego w tak niespokojnych rejonach jak Palestyna czy Irak, które podsycane antybrytyjską i narodowościową propagandą stanowiły prawdziwą beczkę prochu. Tak więc, chociaż pod formalnym dowództwem Wavella znajdowało się 85 tys. żołnierzy, to w samym Egipcie stacjonowało zaledwie 36 tys., wspieranych przez 168 samolotów Royal Air Force. Formalnie w rozmaitych obozach szkoleniowych rozrzuconych od Palestyny po Kenię gromadziły się też świeżo napływające siły z całego Imperium i jego dominiów, jednak musiały one przejść szkolenie oraz aklimatyzację do nowych warunków. Nie można też zapominać o tym, że w Afryce Wschodniej Włosi dysponowali dalszymi około 250 tys. żołnierzy, zagrażającymi brytyjskim posiadłościom na wybrzeżach Morza Czerwonego i Oceanu Indyjskiego.

Poza tym obecny był problem natury kompetencyjnej, albowiem chociaż formalnie dowódcą sił brytyjskich na Bliskim Wschodzie pozostawał Wavell, to kompetencyjnie równoległymi względem niego pozostawali dowódca Floty Śródziemnomorskiej, adm. Andrew Cunningham oraz marszałek lotnictwa, Arthur Longmore. W niesprzyjających okolicznościach taka struktura powodowałaby szereg nieprzyjemnych spięć i konfliktów paraliżujących pracę sztabu poszczególnych rodzajów wojsk. W tym konkretnym szczęśliwym wypadku wszyscy trzej wysocy dowódcy darzyli się szacunkiem i względną sympatią dzięki czemu poważniejszych zgrzytów nie było. Niemniej jednak o sprawnej współpracy trzech rodzajów wojsk również nie można mówić. Zamieszanie kompetencyjne miało stać się jedną z podstawowych bolączek sił brytyjskich do czasu mianowania gen. Bernarda Montgomery’ego.
Żołnierzom obu stron dokuczała w poważnym stopniu monotonność pełnionej służby pustynnej oraz wcześniej opisane problemy klimatyczne. Potworny upał powodował, że przez praktycznie cały dzień wszelka działalność była albo niewykonalna albo niezwykle uciążliwa. Paraliżujący chłód pustynnej nocy powodował podobne problemy. Jednolity krajobraz, słońce podrażniające układ nerwowy oraz wzrok, niedostatek wody, żywności, środków higienicznych, powodowały że służba w okopach i obozowiskach pustynnych była skrajnie trudna i wymagała żelaznego zdrowia. Wobec tego, dużego znaczenia nabierały rotacyjne urlopy udzielane żołnierzom liniowym, którzy chociaż na kilka dni mogli odjechać na tyły aby odpocząć, nie tyle fizycznie co psychicznie. Formalnie na częstsze urlopy mogliby liczyć żołnierze włoscy, których było więcej i gdzie rotacja mogła odbywać się sprawniej. Mogliby, jednak dowództwo nie doceniało budującego morale znaczenia urlopów. Poza tym, włoskie tyły oferowały znacznie skromniejsze atrakcje niż brytyjskie. Szczęśliwcy udający się na kilkudniowy urlop do Trypolisu mogli co najwyżej odpocząć od wszechobecnego piachu i spróbować poszukać jakiegoś urozmaiconego jedzenia, co jednak nie było takie proste. Z kolei wyprawa do rodzinnej Italii była praktycznie niemożliwa z powodu ograniczonych możliwości komunikacyjnych oraz zbyt dużego czasu trwania takiej podróży. Zupełnie inaczej sytuacja przedstawiała się po stronie sprzymierzonych. Dowództwo doceniało kojący wpływ kilkudniowego nawet urlopu na stan psychiczny i wysokie morale swoich żołnierzy. Poza tym do wielkich miast północnego Egiptu było stosunkowo niedaleko, a trzeba pamiętać, że już od Mersa Matruh ciągnęła się do Aleksandrii linia kolejowa usprawniająca komunikację frontu z zapleczem. Sierżant Bernard Griffit wspomina jeden z takich swoich urlopów w czasie pełnienia służby na pograniczu libijsko-egipskim. Przejażdżka konną bryczką do obskurnego hoteliku w nieciekawej okolicy, zmiana ubrana na świeży i czysty mundur oraz przede wszystkim długa kąpiel w wannie. Po kilku godzinach odpoczynku udawał się na miasto, wielkie miasto kuszące magią arabskiego wschodu, pełne pubów, restauracji, knajpek, hotelików, domów publicznych i takich atrakcji jakie tylko może zapragnąć żołnierz frontowy. Było to bardzo ważne i przyczyniło się do tego, że morale żołnierzy sprzymierzonych było zdecydowanie wyższe niż ich przyszłych przeciwników.

Pierwsze walki i ofensywa włoska

W sytuacji kiedy sytuacja militarna Francji stała się rozpaczliwa, o północy 10 czerwca Włochy kierowane przez ambitnego Benito Mussoliniego zdecydowały się na włączenie się do wojny i uczestnictwo w podziale łupów. Jednocześnie wojna przeniosła się na cały niemal basen Morza Śródziemnego, a także na tereny Afryki Wschodniej gdzie Włosi dysponowali silnie obsadzonymi posiadłościami kolonialnymi w Etiopii i Włoskiej Somalii. Paradoksalnie to jednak Brytyjczycy pierwsi przystąpili do działań wojennych wymierzonych przeciwko Włochom. Na Morzu Śródziemnym do akcji przystąpiły okręty Royal Navy, które dokonały bombardowania licznych celów na wybrzeżu libijskim, a także na wybrzeżach Półwyspu Apenińskiego. Równocześnie nad włoską Etiopią pojawiły się samoloty RAF. Były to rzecz jasne działania symboliczne, nie mające poważnego wpływu na prowadzone działania wojenne, jednak reakcja Włochów na te działania stanowiła swoisty wyznacznik ich zaangażowania w zbliżający się konflikt. Jak się okazało te pierwsze prognozy miały się okazać bezbłędne, ponieważ reakcja sił włoskich na brytyjskie prowokacje była, delikatnie mówiąc, żadna.

Błyskawicznie przystąpiono do reorganizacji struktury sił brytyjskich na Bliskim Wschodzie. Z wojsk stacjonujących w Egipcie utworzono zgrupowanie operacyjne Sił Pustyni Zachodniej pod dowództwem gen. Richarda O’Connora. Był to doświadczony w rozmaitych zadaniach i walkach oficer bojowy, który odznaczył się mężnymi czynami na froncie zachodnim i froncie włoskim w czasie pierwszej wojny światowej. W okresie międzywojennym dowodził jednostkami stacjonującymi w Indiach. Dopiero w 1938 roku przyznano mu dowództwo 7. Dywizji Pancernej w Palestynie, a także stanowisko gubernatora Jerozolimy. Było to wymagające i odpowiedzialne zadanie, ponieważ stosunki między Żydami a Arabami w tym okresie szczególnie napięte za sprawą dwóch krwawych powstań arabskich. Skuteczne działania O’Connora przyczyniły się do poprawy bezpieczeństwa. Warto przy tym nadmienić, że w utrzymaniu porządku publicznego w Palestynie w tym okresie O’Connor współpracował z ówczesnym dowódcą stacjonującej na północy Palestyny 8. Dywizji Piechoty, gen. Bernardem L. Montgomerym.

Wracając jednak do reorganizacji sił brytyjskich w Afryce Północnej, w skład nowego zgrupowania wchodziła 7. Dywizja Pancerna, hinduska 4. Dywizja Piechoty, garnizon Mersa Matruh z 22. Brygadą Piechoty oraz kilka mniejszych jednostek taktycznych. Łącznie pod dowództwem O’Connora znajdowało się około 31 tys. żołnierzy dysponujących 120 działami oraz 275 czołgami. Zdając sobie sprawę ze szczupłości swoich sił i olbrzymiej przewagi przeciwnika Brytyjczycy dopuszczali możliwość oddania strefy nadgranicznej i utworzenie zwartej linii obrony na wysokości Mersa Matruh. Osłonowe działania nękające jednostki włoskie miały prowadzić wydzielone oddziały 7. Dywizji Pancernej. I tak już 14 czerwca „czołgiści z 7 królewskiego pułku zajęli włoski graniczny fort Capuzzo, a 11 pułk kawalerii zmotoryzowanej zdobył fort Maddalena”. W serii kolejnych potyczek, w następnych tygodniach Włosi stracili około 3,5 tys. zabitych, rannych i zaginionych, podczas gdy Brytyjczycy zaledwie 150 żołnierzy. Co więcej, 28 czerwca doszło do kuriozalnego wręcz wypadku, kiedy to głównodowodzący wojsk włoskich marsz. Balbo zginął w katastrofie lotniczej nieopodal Tobruku, zestrzelony przez… własną obronę przeciwlotniczą. Jedynym usprawiedliwieniem niefortunnych artylerzystów może być fakt, że wydarzenie to nastąpiło bezpośrednio po niegroźnym nalocie bombowców RAF, niemniej jednak może zastanawiać, że w takiej sytuacji samolot wiozący tak wysokiego dowódcę znajdował się w strefie bezpośredniego zagrożenia. Tak czy inaczej, armia włoska straciła tym samym swojego dowódcę, zanim działania wojenne tak naprawdę się rozpoczęły. Jego następcą został marsz. Rodolfo Graziani. Ten jednak, podobnie jak poprzednich pozostawał sceptycznie nastawiony do planów zajęcia Kanału Sueskiego. Zwracał uwagę na palący problem niedostatecznego zaopatrzenia posuwających się do przodu oddziałów w wodę. W czasie rozmowy przeprowadzonej z ministrem Ciano 8 sierpnia Graziani zwracał uwagę na braki systemu zmotoryzowanej logistyki, która w warunkach pustynnych, może okazać się śmiertelnym zagrożeniem. Krytykował postawę naczelnego dowództwa, przede wszystkim zaś marszałka Badoglio, który jego zdaniem zupełnie nie rozumiał potrzeb wojny prowadzonej w warunkach pustynnych. Nalegał na dalszą trzymiesięczną zwłokę w celu podciągnięcia na front rurociągu dostarczającego wodę, oraz przedłużenia nadmorskiej Via Balbia. Mussolini resztkami sił swojej i tak niewielkiej cierpliwości powstrzymywał się przed wybuchem.

Przeszło trzy miesiące zabrały Włochom przygotowania do rozpoczęcia ofensywy, którą tajemniczo nazwano „Operacja E„, a do której logicznie rzecz ujmując powinni być już przygotowani. Wprawdzie jeszcze w pierwszym tygodniu września Graziani starał się ugrać kolejne miesiące zwłoki, jednak tym razem cierpliwość Mussoliniego się wyczerpała i otwarcie zadeklarował, że dalsza zwłoka będzie go kosztowała dowództwo. W tym czasie powoli przesuwano wyselekcjonowane elementy 5. Armii na wschód, włączając je do mającej dokonać ataku 10. Armii. Jej dowództwo po Grazianim przejął gen. Mario Berti. Po uzyskaniu części jednostek z 5. Armii, w skład 10. Armii wchodziła równowartość czterech korpusów armijnych: 20. Korpus składał się z 60. Dywizji Piechoty „Sabratha„; 21. Korpus składał się z 1. Dywizji „Czarnych Koszul„, 2. Dywizji „Czarnych Koszul” oraz 63. Dywizji Piechoty „Cirene”; 22. Korpus składał się z 61. Dywizji Piechoty „Sirte”; a 23. Korpus składał się z 4. Dywizji „Czarnych Koszul” oraz 64. Dywizji Piechoty ”Catanzaro”. W skład sił włoskich wchodził również nowoutworzony Korpus Libijski (Gruppo Divisioni Libiche), w skład którego wchodziła grupa częściowo zmechanizowana gen. Meletii, 1. Dywizja Libijska ”Sibelle” i 2. Dywizja Libijska ”Pescatori”. Ważne zadanie spoczywało na grupie gen. Meletti, która dysponując dwoma batalionami czołgów miała stanowić straż boczną nacierających oddziałów.

Dopiero 13 września dwie kolumny wojsk przekroczyły granicę egipską, kierując się na wschód. Jedna kolumna poruszała się nad samym wybrzeżem morskim, druga już za skarpą, poruszała się płaskowyżem libijskim. Po minięciu Sollum zdobytego niemal bez walki, choć po znacznym, i jak się okazało niepotrzebnym, przygotowaniu artyleryjskim, obie kolumny połączyły się za przełęczą Halfaya. Po trzech dniach tej niemrawej ofensywy oddziały włoskie zajęły Sidi Barrani, gdzie postanowiły przejść do obrony, w celu podciągnięcia linii zaopatrzeniowych. Można sobie wyobrazić zaskoczenie Brytyjczyków, którzy w pocie czoła, w upale pustynnego lata uparcie wznosili umocnienia lądowe wokół Mersa Matruh przygotowując się do obrony, podczas gdy Włosi przez nikogo nie atakowani i nie naciskani postanowili zatrzymać natarcie w połowie drogi. Formalnie decyzja Graziani’ego o zatrzymaniu się i podciągnięciu zaopatrzenia była jak najbardziej słuszna, wydaje się jednak, że wybranie Sidi Barrani a nie Mersa Matruh było już błędem. Pozwoliło to na spokojne przygotowanie przez Brytyjczyków nie tylko silnej obrony, ale sił pozwalających myśleć o zdecydowanej ofensywie. Co więcej dojście do Mersa Martuh pozwalałoby szachować brytyjskie lotnictwo koniecznością osłaniania Aleksandrii przed możliwym atakiem bombowym, podczas gdy odległość z Sidi Barrani była zbyt duża. Mussolini po otrzymaniu depeszy o wstrzymaniu natarcia dostał furii i z trudem Grazianiemu udało się go przekonać, że pauza w natarciu, w specyficznych warunkach pustynnych jest niezbędna. Udało mu się jednak zainteresować sprawą niemieckie naczelne dowództwo sił lądowych, na czele z gen. Franzem Halderem. Szef OKH zdecydował się wysłać do Afryki Północnej swojego specjalnego przedstawiciela gen. von Thoma, który miał oszacować na ile ewentualna niemiecka pomoc jest konieczna i wykonalna. Wizyta ta przebiegała pomyślnie, von Thoma wydawał się zadowolony ze stanu jednostek włoskich i wnioskował do swojego przełożonego o przesłanie do Afryki jednego batalionu zmotoryzowanego oraz dwóch kompanii zmechanizowanych. Wbrew tej opinii Halder nie wydawał się zainteresowany wysyłaniem swoich jednostek na tak egzotyczny dla Niemiec teatr wojenny. Tak więc po zaledwie trzech dniach ograniczonych działań wojennych, front ponownie zamarł w oczekiwaniu na dalszy bieg wypadków.

A bieg wypadków wydawał się działać na niekorzyść Włochów. Podrażniona ambicja Mussoliniego kazała mu popchnąć nieprzygotowany kraj to kolejnej, tym razem całkowicie niepotrzebnej wojny. Po kilku miesiącach snucia planów, kalkulowania trudności i potencjalnych korzyści, ostatecznie najwyższe kierownictwo polityczne Włoch postanowiło rzucić wyzwanie Grecji. I tak 28 października 1940 roku armia włoska zaangażowała się w działania wojenne w Grecji. Początkowo wydawało się, że mimo wszystko przewaga liczebna i techniczna przyniesie upragnione zwycięstwo, które pozwoliłoby Mussoliniemu śmielej spojrzeć w oczy swojemu sojusznikowi, odnoszącemu od przeszło roku ciąg błyskotliwych sukcesów. Tym jednak razem na drodze stanęły bardzo trudne warunki terenowe oraz zbliżająca się zima, która sparaliżowała działania wojenne na północno-zachodnim pograniczu greckim. Jedynym bezpośrednim skutkiem, kolejnej po Albanii, bałkańskiej zawieruchy było rozproszenie sił, które mogły być lepiej wykorzystane w Afryce Północnej. Co więcej operacja w Grecji i późniejsze jej niepowodzenia całkowicie zajęły umysły włoskich sztabowców i Mussoliniego, którzy przestali się niejako interesować planowaną ofensywą na Mersa Matruh. Dawało to niejako wolną rękę Grazianiemu w dowolnym odkładaniu ataku na termin nieokreślony. Pośrednim efektem tej awantury było późniejsze wciągnięcie Niemiec w walki na Bałkanach co przyczyniło się do odłożenia ataku na Związek Radziecki i bardzo możliwe, że przesądziło o niezdobyciu Moskwy przed nadejściem zimy.

Równocześnie wiele wskazywało, że Wielka Brytania najtrudniejsze chwile ma już za sobą. Pomimo butnych zapowiedzi Hermanna Göringa Luftwaffe nie była w stanie złamać hartu ducha brytyjskiej ludności ani pokonać doskonale zorganizowanego systemu obrony przeciwlotniczej, wykorzystującej w stopniu coraz bardziej powszechnym system kontroli radarowej, pozwalającej na optymalne wykorzystanie szczupłych sił. Było przy tym oczywiste, że bez pokonania RAF planowana operacja „Lew Morski„, czyli inwazja na wyspy brytyjskie nie miała racji bytu. Dzięki temu sztab imperialny mógł żywiej zainteresować się sprawami walk prowadzonych w Afryce Północnej. Podczas gdy do Egiptu napływały posiłki pospiesznie zbierane z różnych zakątków Imperium (Australia, Nowa Zelandia, Indie), coraz większą aktywność wykazywała Royal Navy na Morzu Śródziemnym. Szczególnym sukcesem była spektakularna akcja lotnictwa morskiego, startującego z pokładów lotniskowca HMS „Illustrious„, w której 11 listopada 1940 roku udało się zaatakować bazę floty morskiej w Tarencie. Stosunkowo krótki nalot zakończył się poważnym uszkodzeniem trzech pancerników: „Conte di Cavour„, ”Caio Duilio” oraz ”Littorio”. Wyeliminowanie na wiele miesięcy trzech okrętów liniowych w poważny sposób zachwiało proporcjami sił na Morzu Śródziemnym, co w dalszej perspektywie umożliwiło Royal Navy aktywne wsparcie ofensywy lądowej, przy pomocy ostrzału artyleryjskiego i dostarczania zaopatrzenia drogą morską. Nawiasem mówiąc, warto przypomnieć, że odważna akcja brytyjskiego lotnictwa morskiego, stała się wzorem, który w większej skali udało się zastosować Japończykom trzynaście miesięcy później, w czasie ataku na Pearl Harbor.

Wypchnięcie Włochów z Egiptu

Wobec zastoju operacyjnego na froncie afrykańskim i ustabilizowaniu sytuacji na linii Mersa Matruh dowództwo brytyjskie zdecydowało się na podjęcie ambitnych działań zaczepnych mających na celu wyparcie sił włoskich z Egiptu i zniszczenie maksymalnej ilości nieprzyjacielskich jednostek, wykorzystując do maksimum atut działań manewrowych na rozległych przestrzeniach Pustyni Zachodniej.

Wykorzystując informacje wywiadowcze, dotyczące rozmieszczenia sił przeciwnika na pograniczu libijsko-egipskim O’Connor zauważył, że wytworzyła się znacznej wielkości luka pomiędzy siłami zlokalizowanymi w okolicach Sidi Barrani, a pozostałymi siłami znajdującymi się na granicy, w okolicach Bardii i Sollum. Precyzyjna dyslokacja sił 10. Armii włoskiej wyglądała następująco: libijska 1. Dywizja Piechoty stacjonowała w Maktili, libijska 2. Dywizja stacjonowała w Tammar, grupa zmechanizowana „Maletti„ stacjonowała w Nibeiwie, a w samym Sidi Barrani rozmieszczony był sztab Korpusu Libijskiego oraz 4. Dywizja „Czarnych Koszul„; 63. Dywizja Piechoty „Cirene„ wraz ze sztabem 21. Korpusu stacjonowała w Sofafi; 64. Dywizja Piechoty „Catanzaro” stacjonowała nad morzem w Buq-Buq; 62. Dywizja Piechoty „Marmarica” stacjonowała w Sidi Omar na południe od Sollum a przed przełęczą Halfaya; 2. Dywizja ”Czarnych Koszul” wraz ze sztabem 23. Korpusu znajdowała się w Sollum, a 1. Dywizja ”Czarnych Koszul” wraz ze sztabem 10. Armii znajdowała się daleko na zachód w Bardii.

Zgodnie z zamierzeniami brytyjska 7. Dywizja Pancerna miała zabezpieczać od strony Sofafi oddziały hinduskiej 4. Dywizji Piechoty, które z kolei miały wejść w lukę pomiędzy Sofafi a Nibeiwą. Jedna brygada hinduska wspierana przez 7. Królewski Regiment Czołgów (Royal Tank Regiment) miała zaatakować Nibeiwę od zachodu, podczas gdy 7. Dywizja Pancerna miała zabezpieczać ten atak i wspierać swoimi czołgami. Po zdobyciu pozycji w Niebeiwie kolejna hinduska brygada znów przy wsparciu 7. RTR miała zaatakować włoskie pozycje w Tammar. W tym samym czasie oddziały wchodzące w skład garnizonu Mersa Matruh przy wsparciu ostrzału artyleryjskiego okrętów Royal Navy miały zaatakować umocnienia włoskie w rejonie Maktili. W czasie kiedy prowadzone byłyby walki na linii Maktila-Nibeiwa szybkie jednostki 7. Dywizji Pancernej miały zająć nadmorską drogę i odciąć Sidi Barrani od posiłków z zachodu.

Przygotowania do operacji prowadzone były w ścisłej tajemnicy. Obawiając się przecieków, a także działalności szpiegów, o prawdziwych celach ćwiczeń zorganizowanych w rejonie Mersa Matruh zostało poinformowanych tylko kilku oficerów i to dopiero 25 i 26 listopada. Z kolei większość żołnierzy nie zostało poinformowanych o tym, że operacja „Compass„ to prawdziwa operacja bojowa, a nie kolejne ćwiczenia. Odwołano także wszystkie przepustki. Dopiero w momencie wyruszania na pozycje wyjściowe 7 grudnia żołnierze uczestniczący w działaniach bojowych, zostali poinformowani o czekających ich zadaniach. Zdaniem Iana Becketa operację ”Compass” trzymano w ścisłej tajemnicy nie tylko przed Włochami, ale także przed… Churchillem. Wavell, który już wielokrotnie musiał znosić uwagi i instrukcje premiera tym razem, przy planowaniu tak skomplikowanej i ważnej operacji chciał mieć spokój. Dyskrecja ta została przerwana mimowolnie dopiero 15 października, kiedy to do Kairu przybył Anthony Eden z informacją, że Churchill myśli o przerzuceniu części sił z Bliskiego Wschodu do Grecji, zagrożonej włoskim atakiem. W takiej sytuacji Wavell nie mógł dłużej czekać i przedstawił założenia planowanej w najbliższym czasie ofensywy, mającej na celu wypchnięcie Włochów z Egiptu. Jak się okazało to nie zakończyły sprawy, ponieważ niespełna miesiąc później brytyjski Komitet Obrony mimo wszystko poinformował rząd grecki o możliwości udzielenia ze strony sił brytyjskich na Bliskim Wschodzie wszelkiej możliwej pomocy w walce z Włochami. Świadczy to wymownie o tym, jakie wyobrażenie i jaki stosunek mieli brytyjscy sztabowcy w Anglii na temat walk prowadzonych w Afryce Północnej. Szczęściem dla Wavella i O’Connora przygotowujących się do ataku nieoczekiwana pomoc nadeszła od samych Greków. Metaksas, premier tego kraju nie zgodził się na przyjęcie brytyjskiej pomocy militarnej, obawiając się, że taki gest sprowokowałby Niemców do skierowania swoich sił, co oznaczałoby niechybną i szybką klęskę.

Pomimo podjęcia tak rozwiniętych środków zabezpieczających szybko wyszło na jaw, że włoski wywiad wojskowy (Servizio Informazione Militari) pozyskał niezwykle cenne informacje na temat planów przygotowywanej ofensywy. Zdaniem O’Connora winę za nieszczelny system przepływu informacji i ujawnienie przeciwnikowi zamierzeń operacyjnych ponoszą oficerowie sztabowi nie jego Sił Zachodniej Pustyni, ale Sił Bliskiego Wschodu w dalekim Kairze. Nie miał tu jednak na myśli jawnego sabotażu ile nieuwagę w komentowaniu wszelkich zasłyszanych informacji w czasie nieformalnych, prywatnych rozmów prowadzonych w kairskich salonikach, restauracjach i knajpkach. Wielu niechętnie nastawionych do Brytyjczyków Arabów chętnie zanosiło takie informacje do znanych sobie pracowników włoskiego wywiadu, bądź też ludzi z nimi związanych.

Nocami 7 i 8 grudnia 1940 roku Siły Pustyni Zachodniej zostały przesunięte na zachód o około 110 kilometrów na pozycje wyjściowe do planowanego ataku. RAF prowadząc działania osłonowe przyczynił się do zniszczenia bądź uszkodzenia 29 włoskich samolotów. Równocześnie Maktila została zbombardowana ostrzałem z monitora HMS „Terror„ i kanonierki HMS „Aphis„, natomiast Sidi Barrani ostrzelane zostało z pokładu innej kanonierki HMS ”Ladybird”.

Brytyjskie natarcie rozpoczęło się o 5 rano 9 grudnia 1940 roku, przygotowaniem artyleryjskim w kierunku Nibeiwy. Dwie godziny później do akcji ruszyła hinduska 11. Brygada z 4. Dywizji Piechoty wspierana przez czołgi 7. RTR. Atak ten przeprowadzono ze strony północno-zachodniej, gdzie jak donosiło rozpoznanie lotnicze linie umocnień były najsłabsze. Po godzinnych walkach pozycja została zdobyta, do niewoli dostało się około 2 tys. jeńców, a dowodzący włoskimi oddziałami gen. Meletti zginał w walce. Jednocześnie zdobyto znaczne zapasy zaopatrzenia, które natychmiast wykorzystano do kontynuowania natarcia. O 13.50 rozpoczął się atak na Tummar Zachodni, który poprowadziła hinduska 5. Brygada Piechoty z 4. Dywizji Piechoty, ponownie wspierana przez 7. RTR. W tym miejscu opór obrońców był silniejszy niż w Nibeiwie jednak do godziny 16.00 również ta pozycja została praktycznie zajęta. Rozproszone grupki bardziej zdeterminowanych włoskich żołnierzy próbowało się jeszcze ostrzeliwać, jednak działania te nie miały praktycznego przełożenia na tok dalszych działań. Do zmierzchu udało się także zdobyć większość Tammar Wschodniego, dzięki czemu pierwsza linia umocnień włoskich została faktycznie zlikwidowana a Sidi Barrani odsłonięte. Wobec pogarszającej się sytuacji na prawej flance sił włoskich, dowodzący libijską 1. Dywizją Piechoty zdecydował się na odwrót ze swoich wysuniętych pozycji pod osłoną nocy. W ciągu tego dnia szybkie jednostki z 7. Dywizji Pancernej zdołały dotrzeć do wybrzeża na odcinku pomiędzy Sidi Barrani a Buq-Buq odcinając od głównych sił włoskich jednostki broniące Sidi Barrani.
Rankiem 10 grudnia oddziały, trzymanej dotychczas w rezerwie hinduskiej 16. Brygady Piechoty z 4. Dywizji Piechoty, wspierane przez oddziały hinduskiej 11. Brygady Piechoty przystąpiły do ataku na Sidi Barrani. Pewnym problemem dla nacierających oddziałów była płaska w tym miejscu topografia terenu, przez co oddziały te poniosły pewne straty, jednak dzięki wsparciu artyleryjskiemu ze strony 7. RTR zdołały do godzin wczesne popołudniowych osiągnąć wyznaczone pozycje na południe i na południowy-zachód od Sidi Barrani. Po podciągnięciu dywizyjnej artylerii o godzinie 16.00 rozpoczęto generalny atak na miasto, które zostało zdobyte rankiem 11 grudnia. Walki nie zostały jednak jeszcze wstrzymane ponieważ elitarne oddziały 4. Dywizji „Czarnych Koszul„ oraz libijskiej 1. Dywizji nie zaprzestały jeszcze walki. Dopiero po południu następnego dnia walki w rejonie Sidi Barrani dobiegły końca. Zniszczeniu uległy tym samym trzy dywizje oraz grupa zmechanizowana ”Meletti”.

Jeszcze tego samego 11 grudnia 4. i 7. Brygady Pancerne z 7. Dywizji Pancernej uderzyły na zdezorientowane i pozbawione woli walki jednostki włoskie w nadmorskiej miejscowości Buq-Buq położonej pomiędzy Sidi Barrani a Sollum, biorąc wielu jeńców i zdobywając znaczne ilości zaopatrzenia. Jeden z oficerów 4. Brygady Pancernej wspominał, że Włosi chętnie szli do niewoli, nie tylko nie trzeba było ich eskortować, ale sami pakowali się na własne ciężarówki i odjeżdżali w kierunki Maktili, gdzie założono już prowizoryczny obóz jeniecki. Jednocześnie pododdziały 7. Brygady Pancernej wykonując rozpoznanie w kierunku Sofafi zorientowały się, że nie ma tam już spodziewanej 63. Dywizji Piechoty „Cirene„. Okazało się, że jednostki te poinformowane o rozwoju wydarzeń w rejonie Sidi Barrani przeszły nocą do odwrotu w kierunku zachodnim. Pomimo wydanych rozkazów jednostki z 4. Brygady Pancernej nie zdołały przeciąć drogi uciekającym Włochom, których znaczna część dołączyła do wojsk stacjonujących w okolicach przełęczy Halfaya na południe od Sollum. Odwrót zdemoralizowanych jednostek włoskich wzdłuż wybrzeża był opóźniany i utrudniany przez nieustanny ostrzał artyleryjski ze strony HMS ”Terror” i dwóch towarzyszących mu kanonierek.

Pod koniec 12 grudnia ostatnie ogniska oporu włoskiego w Egipcie znajdowały się w Sollum oraz w Sidi Omar przy przełęczy Halfaya. Za cenę osiemnastu brytyjskich czołgów i stosunkowo niewielkich strat w ludziach Brytyjczycy zniszczyli, uszkodzili bądź zdobyli 237 dział oraz 73 lekkie i średnie czołgi; zginęło bądź dostało się do niewoli około 38,3 tys. włoskich i libijskich żołnierzy. Po przegrupowaniu sił, uzupełnieniu niewielkich strat szybkie jednostki brytyjskie rzuciły się do pościgu za rozproszonym i zdemoralizowanym przeciwnikiem, przekraczając 15 grudnia przełęcz Halfaya i zdobywając ponownie Fort Capuzzo już po libijskiej stronie granicy.

Dla włoskiego kierownictwa politycznego nagła ofensywa brytyjska była całkowitym zaskoczeniem. Ciano w swoim pamiętniku pod datą 10 grudnia pisze „Wiadomość o ataku na Sidi Barrani spadła jak grom z jasnego nieba”. Mussolini na dramatyczne informacje napływające z Afryki reagował spokojnie, chociaż z drugiej strony można przypuszczać, że pod tą powłoką spokoju krył się zwyczajny paraliż, bądź też bufonada, z której słynął. Nie dopuszczał do siebie możliwości tak sromotnej klęski, zdawał się nie słuchać napływających raportów, świadczących o tym, że sytuacja staje się dramatyczna. Dopiero po kilku dni jego załamanie nastroju świadczyło o to, że zaczyna zdawać sobie sprawę, z tego co się stało. Również Graziani był zdezorientowany i zagubiony, nie wiedząc w jaki sposób może aktywnie przeciwstawić się Brytyjczykom. Okazało się, że sztabowcy 10. Armii w ogóle nie przygotowali planu obrony w przypadku ewentualnego natarcia przeciwnika. Już 13 grudnia nadszedł do Rzymu telegram od Grazianiego, który w panice mówił o wycofaniu się aż do Trypolisu, natomiast do swojej małżonki w dramatycznym liście wspominał o swoich dyspozycjach testamentowych (sic!). Jednocześnie uskarżał się na Mussoliniego, który wymusił na nim rozpoczęcie przedwczesnej ofensywy, porównywał swoją armię do pchły, która musiała rzucić się na brytyjskiego słonia.

Upadek nadmorskich twierdz i wyścig do Beda Fomm

Podekscytowany tak łatwym a zarazem wielkim zwycięstwem gen. O’Connor chciał za wszelką cenę natychmiast kontynuować natarcie, aż do zdobycia odległego portu w Banghazi. Nieco inne plany miał jednak jego przełożony Wavell, który ze względu na sprawowaną funkcję musiał odpowiadać także za inne odcinki podległego mu teatru działań wojennych. W ten sposób 11 grudnia wydano rozkaz do wycofania z frontu libijskiego hinduskiej 4. Dywizji Piechoty i skierowaniu jej do południowo-wschodniego Sudanu, gdzie przygotowywano ostateczną ofensywę przeciwko jednostkom włoskim w Afryce Wschodniej (w Afryce Północnej pozostała tylko hinduska jej 16. Brygada Piechoty). W zamian za to pod rozkazy O’Connora przydzielono australijską 6. Dywizję Piechoty, która jednak dopiero co zakończyła ćwiczenia i nie była jeszcze przygotowana do prowadzenia działań bojowych. Nieocenioną i nieprzewidzianą zaletą tych świeżych oddziałów była ogromna wola walki i bardzo wysokie morale.

Po oczyszczeniu Egiptu z ostatnich jednostek włoskich jednostki 7. Dywizji Pancernej zatrzymały się w niewielkiej odległości na południowy-zachód od Bardii, w oczekiwaniu na nadchodzące jednostki australijskiej 6. Dywizji Piechoty, które systematycznie zaczynały osaczać otoczonych w twierdzy Włochów.

Po klęsce sił włoskich w Egipcie, dowodzący obroną włoską w Bardii gen. Annibale Bergonzoli, zamierzał przeciwstawić Brytyjczykom silny opór. Wydawało się, że miał ku temu wszelkie warunki albowiem dysponował pod swoimi rozkazami dobrze zaopatrzonymi i silnie ufortyfikowanymi oddziałami w liczbie około 40 tys. żołnierzy. Oprócz stacjonujących w tym rejonie wcześniej dwóch dywizji „Czarnych Koszul„ znajdowały się tam pododdziały 62. i 63. Dywizji Piechoty, którym udało się wymknąć z klęski w pierwszej fazie walk. Jednostki te ufortyfikowały się z wykorzystaniem licznej broni przeciwpancernej, podwójnych okopów i drutów kolczastych. Za pierwszą linią obrony umieszczono mobilną rezerwę w postaci kilkunastu średnich czołgów oraz przeszło setki lekkich tankietek L3. Wykorzystywane tankietki L3 były wprawdzie praktycznie bezwartościowe w starciach pancernych, jednak kilka czołgów średnich M13/40 dysponowało całkiem skutecznym działem przeciwczołgowym kaliber 47 mm., które choć nie gwarantowało sukcesu w starciach z silnymi „Matildami„ mogły jednak poważnie zagrozić szybkim ”Cruiserom”. Berganzoli dysponował także jednostkami 64. Dywizji Piechoty oraz niewielkimi pododdziałami fortecznymi w samej Bardii. Poważnym, jak się początkowo wydawało, problemem obrońców były niewielkie zapasy wody, pozwalające na miesięczne oblężenie (okazało się, że tak długi okres nie był jednak potrzebny). Innym, jak się okazało decydującym problemem było bardzo niskie morale wojsk włoskich, pognębionych niedawnymi tragicznymi klęskami, a także wielotygodniowym bombardowaniem lotniczym i morskim. Tymczasem głównodowodzący wojsk włoskich w Afryce Północnej gen. Graziani organizował już ewakuację włoskich kolonistów z obszaru pomiędzy Tobrukiem a Derną, co może świadczyć o stanie ducha i wierze we własne siły włoskiego dowódcy. 23 grudnia zdecydował się także na zastąpienie niefortunnego gen. Berti na stanowisku dowódcy 10. Armii. Jego zastępcą wyznaczono gen. Giuseppe Tellara.

Wykorzystując przerwę w natarciu Brytyjczycy reorganizowali swoje siły i przygotowywali się do kolejnego ataku. W tym czasie jednostki O’Connora zostały 1 stycznia 1941 roku przekształcone w 13. Korpus, którego trzon stanowiły jednostki 7. Dywizji Pancernej oraz australijskiej 6. Dywizji Piechoty. Główne natarcie, które wyznaczono na dzień 3 stycznia 1941 roku miały przeprowadzić jednostki australijskich 16. i 17. Brygady Piechoty z 6. Dywizji Piechoty, wspieranych przez batalion karabinów maszynowych Fizylierów Northumberlandzkich oraz czołgi niezawodnego 7 RTR. Schemat natarcia był dobrze przemyślany, choć wymagał od żołnierzy wielkiej determinacji i umiejętności, co w przypadku świeżo przybyłych Australijczyków nie było gwarantowane. Na czele nacierających batalionów piechoty posuwały się oddziały saperów, zaopatrzonych w specjalne ładunki wybuchowe tzw. „torpedy Bangalore„, za pomocą których można było w stosunkowo bezpieczny sposób dokonywać wyłomów w polach minowych. Nacierające za nimi oddziały piechoty były wspierane miejscami przez dobrze opancerzone i uzbrojone czołgi „Matilda„. Cały czas natarcie na lądzie było wspierane silnym bombardowaniem umocnień Bardii ze strony morza, prowadzonym z pokładów trzech pancerników: HMS „Barham„, HMS ”Valiant” i HMS ”Warspite”.
Już wieczorem 4 stycznia żołnierze włoscy zajmujący pozycję w północnym sektorze obrony zostali zmuszeni do poddania się, a ogniska oporu znajdowały się jeszcze w południowym sektorze. Tam też obrońcy starali się jeszcze podejmować próby kontrataku i zadali nacierającym Australijczykom stosunkowo poważne straty. Wtedy O’Connor zdecydował się na wprowadzenie do walki, trzymanej dotychczas w rezerwie, australijskiej 19. Brygady Piechoty z 6. Dywizji Piechoty, dzięki czemu udało się przełamać opór obrońców. Walki w Bardii były momentami niezwykle zacięte, miejskie zabudowania zdobywano budynek po budynku, nierzadko dochodziło do walki na bagnety, a także walki wręcz. Ostatecznie o godzinie 13.00 5 stycznia dowódca 6. Dywizji Piechoty gen. Iven Mackay przyjął kapitulację oddziałów włoskich w Bardii. Tym samym do niewoli trafiło około 38 tys. jeńców, zdobyto 216 dział polowych, 146 dział przeciwpancernych, 12 czołgów średnich, 115 tankietek L3 oraz co było bardzo ważne w kontekście dalszych działań ofensywnych na pustyni aż 708 różnego rodzaju pojazdów mechanicznych. Jednocześnie Australijczycy stracili zaledwie 130 zabitych i 326 rannych. Jak się okazało nowo przybyli żołnierze z „kraju Kangurów” doskonale wypełnili swoje zadania pokonując zdecydowanie liczniejszego przeciwnika. W najbliższym roku udziałem ich rodaków staną się dalsze chlubne zwycięstwa.

Po zdobyciu Bardii aliancki 13. Korpus, ponaglany entuzjastycznymi depeszami z Londynu od samego Churchilla, ruszyły w kierunku Tobruku, który już 6 stycznia został odcięty od zaplecza przez szybkie jednostki z dywizji pancernej. Tobruk ze względu na swój dobrze wyposażony i osłonięty cyplem od strony morza port stanowił ważny element systemu logistycznego oddziałów operujących we wschodniej Cyrenajce. Tak jak był dotychczas przydatny Włochom, mógł stać się punktem przeładunkowym zaopatrzenia przybywającego drogą morską z Aleksandrii dla oddziałów brytyjskich. Po szybkim otoczeniu twierdzy tobruckiej postąpiono do budowania umocnień pozycji wyjściowych do planowanego na 21 stycznia szturmu oraz gromadzenia amunicji artyleryjskiej niezbędnej do przeprowadzenie efektywnego przygotowania ogniowego. Brytyjczycy, pomimo pasma sukcesów w ostatnich tygodniach obawiali się oporu jaki mogła stawić twierdza tobrucka. System obronny opierał się na dwóch ufortyfikowanych liniach umocnień. Zewnętrzna linia znajdowała się w odległości około 15 kilometrów od portu i składała się z pól minowych, zasieków z drutu kolczastego, rowów przeciwczołgowych, umocnionych stanowisk dział przeciwpancernych i karabinów maszynowych. Wewnętrzna linia obrony zładowała się w odległości około 5 kilometrów od portu i opierała się na starych fortach: Pilastrino, Solaro, Airente, Perrone i Marcucci. Słabością wewnętrznej linii był fakt, że nie stanowiła ona zwartego systemu, ale zespół luźno położonych punktów oporu. W samym sercu obrony znajdowały się jeszcze stanowiska artylerii polowej, natomiast w potężnych magazynach znajdowało się zaopatrzenie w wodę, żywność i amunicję pozwalające na przetrzymanie długiego oblężenia.

Wykorzystując doświadczenia zdobyte już w czasie ataku na Bardię oraz diametralne dysproporcje w morale jednostek sprzymierzonych i włoskich przeprowadzono wzorowe uderzenie rozpoczęte przed świtem 21 stycznia. Dyslokacja oddziałów sprzymierzonych wyglądała następująco: na południowym-wschodzie niedaleko wybrzeża morskiego znajdowała się australijska 19. Brygada Piechoty, bliżej miejscowości El Adem, gdzie znajdowało się największe w tym regionie lotnisko polowe znajdowała się australijska 16. Brygada Piechoty; w obwodzie tych brygad stała nieco z tyłu australijska 17. Brygada Piechoty; południowy oraz południowo-zachodni odcinek oblężenia zajmowała 7. Dywizja Pancerna. Z kolei trzon sił obrońców stanowiły jednostki 61. Dywizji Piechoty „Sirte„ oraz kilka mniejszych formacji, w tym elementy 17. Dywizji Piechoty „Pavia„, której sztab znajdował się daleko na zachodzie w Dernie. Dzień szturmu został poprzedzony dwoma dniami względnie intensywnych jak na warunki północno-afrykańskie nalotami bombowymi, w czasie których bombowce Vickers-Armstrong „Wellington” oraz Bristol ”Blenheim” zrzuciły na twierdzę około 20 ton bomb.
W czasie walk o Tobruk doszło do tragicznej pomyłki włoskiego lotnictwa, kiedy to w czasie nalotu bombowego prowadzonego przez samoloty SM.79s w nocy z 21 na 22 stycznia zaatakowany został przejściowy obóz jeniecki, w którym znajdowało się około 8 tys. włoskich żołnierzy. W następstwie bombardowania setki z nich zginęło a kolejne setki odniosło rany. Innym interesującym wydarzeniem do jakiego doszło w czasie szturmu na Tobruk było dostanie się do niewoli dowódcy sił włoskich w twierdzy gen. Petassi Manella. Sam fakt dostania się do niewoli dowódcy wojsk przed zakończeniem walk nie jest niczym nadzwyczajnym, w tym jednak wypadku interesujące okazały się okoliczności. Kiedy Australijczycy oczyszczali drogę przebiegającą z Fortu Airente do Fortu Pilastrino w wewnętrznej już linii obrony, okazało się że znajduje się tam wejście do systemu podziemnych tuneli i magazynów fortecznych. Szybko okazało się, że gdzieś w tych tunelach znajduje się stanowisko dowodzenia gen. Manelli. Faktycznie został tam odnaleziony, jednak nie chciał poddać się do niewoli zwykłym szeregowcom, dlatego ze względów honorowych sprowadzono do tuneli porucznika J.S. Coplanda, który wziął generała do niewoli. Po odstawieniu go do sztabu 19. Brygady Piechoty okazało się jednak, że Manella nie zgodził się na wydanie rozkazu zaprzestania obrony garnizonu. Jego upór przedłużył tylko bezsensowne już wobec tragicznej sytuacji taktycznej obrońców, walki zwiększając jednocześnie liczbę zabitych i rannych. Rankiem 22 stycznia wznowiono natarcie na odizolowane już ogniska włoskiego oporu i po kilku godzinach sytuacja była opanowana. Sam port i miasto Tobruk znajdujące się za liniami umocnień wokół zatoczki portowej, poddało się w sposób oddający nastrój włoskiej armii w tych tragicznych tygodniach. Rankiem 22 stycznia na ulice miasta wjechały w celu dokonania rozpoznania dwa transportery opancerzone pod dowództwem por. E.C. Hennesy’ego z 19. Brygady Piechoty. Na opuszczonych ulicach Tobruku patrol natknął się na ciężarówkę z oficerem włoskim mającym informację od admirała Massimiliano Vietiny, dowódcy portu tobruckiego o chęci poddania się. Zaskoczony Hennesy udał się do budynku dowództwa marynarki jednak nie zgodził się na przyjęcie kapitulacji z rąk tak wysokiego stopniem dowódcy. Dopiero po przybyciu na miejsce dowódcy 19. Brygady Piechoty bryg. Robertsona kapitulacja portu została przyjęta. W ten sposób około 1500 włoskich marynarzy i pracowników portu poddało się bez walki patrolowi złożonemu z dwóch transporterów opancerzonych. W całej zaś twierdzy tobruckiej do niewoli trafiło ostatecznie 25 tys. jeńców, zdobyto 236 dział polowych i średniego kalibru oraz 23 czołgi średnie i ponad 200 innych pojazdów mechanicznych. Nacierający Australijczycy stracili tylko 49 zabitych i 306 rannych.

W czasie tych katastrofalnych wydarzeń jakie rozgrywały się od prawie dwóch miesięcy na wybrzeżu libijsko-egipskiego pogranicza włoskie naczelne dowództwo szukało wyjścia z sytuacji i ratowania stanu posiadania w Libii. Podjęło decyzję o natychmiastowym sformowaniu Specjalnej Brygady Pancernej (BCS) wyposażonej w kilkadziesiąt czołgów średnich M13/40, wspieranych przez jednostki piechoty specjalizujące się w zwalczaniu broni pancernej, wyposażonej w sprzęt saperski oraz specjalne miny przeciwczołgowe. Dowódcą tej nowoutworzonej formacji został gen. Valentino Babini. Jak się okazało poważnym niedociągnięciem błyskawicznie sformowanej jednostki manewrowej był fakt, że włoskie czołgi nie były wyposażone w radiostacje, przez co komunikacja pomiędzy wozami bojowymi dokonywana była za pomocą sygnałów nadawanych flagami, co znacząco utrudniało porozumienie, spowalniało tempo natarcia i było przyczyną tragicznych w konsekwencjach nieporozumień. Kolejnym problemem był fakt, że świeżo przybyłe do Banghazi jednostki musiały przebyć regulaminowy, 10-dniowy okres aklimatyzacyjny i nie były przygotowane do podjęcia równorzędnej walki z doświadczonym i zahartowanym w zwycięskim boju przeciwnikiem.

Tymczasem po zdobyciu Tobruku O’Connor zdecydował się na kontynuowanie błyskotliwej ofensywy. W tym celu skierował swoją australijską 6. Dywizję Piechoty wzdłuż wybrzeża morskiego w kierunku na Dernę, natomiast 7. Dywizję Pancerną wypuścił w śmiały rajd w poprzek Wyżyny Libijskiej, w kierunku na Mechilę. Już 24 stycznia oddziały 4. Brygady Pancernej z 7. Dywizji Pancernej weszły w kontakt bojowy z elementami BCS, w konsekwencji którego obie strony straciły kilka czołgów. Następnego dnia pierwsze oddziały z australijskiej 6. Dywizji Piechoty nawiązały kontakt z oddziałami 60. Dywizji Piechoty „Sabratha„ oraz niezmechanizowanymi jednostkami BCS składającymi się na garnizon broniący Derny. Miasto upadło już 26 stycznia jednak walki z uciekającymi jednostkami włoskimi prowadzone były aż do nocy 28 stycznia. Do niewoli dostało się około 10 tys. jeńców, w tym znaczna część 60. Dywizji Piechoty ”Sabratha”.

Kiedy australijska 6. Dywizja Piechoty kontynuowała napór na wycofujące się w bezładzie resztki niedawno wielkiej 10. Armii, czołgi 7. Dywizji Pancernej kontynuowały swój pustynny rajd przez płaskowyż Dżebel Akhdar, mijając po drodze miejscowości Mekili i Msus. Brak dróg i trudny teren wymusił na O’Connorze podjęcie trudnej decyzji utworzenia ad hoc kombinowanej lotnej grupy manewrowej, złożonej tylko z pojazdów kołowych, które jak się okazało lepiej niż czołgi znosiły przejazd w trudnym pustynnym terenie. Ta niewielka szybka jednostka nazwana „Combe Force„ liczyła zaledwie około 2 tys. żołnierzy. Rozpoczął się spektakularny wyścig o to kto pierwszy osiągnie kluczową pozycję na nadmorskiej drodze w okolicach miejscowości Beda Fomm. Popołudniu 5 lutego na drodze w Beda Fomm pojawiły się pierwsze oddziały ”Combe Force”, którym udało się zablokować drogę. Zaledwie 30 minut później pojawiły się tam już pierwsze oddziały zmierzającej od strony Benghazi 10. Armii. W najbliższych godzinach dotarły tam oddziały 4. Brygady Pancernej, które wzmocniły linie obrony blokując Włochom drogę ucieczki do Trypolitanii. Następnego dnia trwały zacięte walki, w których resztki 10. Armii starały się wydostać z zaciskającej się pułapki. Jak wspomina sierżant Bernard Griffit w czasie prowadzonych pod Beda Fomm walk nastąpiło całkowite załamanie pogody, lało jak z cebra utrudniając walkę. Takie warunki pomagały obrońcom, a z pewnością w mniejszym stopniu im przeszkadzały niż coraz bardziej zrozpaczonym Włochom. Ostatni desperacji atak przeprowadzono wczesnym rankiem 7 lutego, jednak wobec jego załamania w ogniu brytyjskich karabinów maszynowych i dział przeciwpancernych oraz pojawienia się od wschodu pozostałych jednostek 7. Dywizji Pancernej oraz od północy australijskiej 6. Dywizji Piechoty dalsza walka była już bezsensowna. Ostatecznie 10. Armia skapitulowała, jej dowódca gen. Tellara poniósł śmierć, a do niewoli dostał się dowódca nieszczęsnej BCS, gen. Babini.

W ciągu zaledwie kilku tygodni większa część wojsk włoskich w Afryce Północnej, zgrupowanych w 10. Armii została zniszczona. Do niewoli dostało się około 130 tys. żołnierzy (w tym 22 generałów), a zwycięzcy zniszczyli bądź zdobyli około 400 czołgów i tankietek oraz 1290 dział różnego typu. Z drugiej strony sprzymierzeni stracili zaledwie 494 zabitych i 1225 rannych.


Bibliografia:

  1. Afryka Północna. 10 czerwca 1940 – 12 lutego 1941, Oblicza Wojny. Prawdziwa historia II wojny światowej 1939-1945, red. nacz. M. Annable, Warszawa 1998-1999
  2. I. Beckett, Wavell, Generałowie Churchilla, red. J. Keegan, Poznań 1999, s. 73-89
  3.  W.S. Churchill, Druga Wojna Światowa, Warszawa
  4. G. Ciano, Pamiętniki 1939-1943, Warszawa 1991
  5. Z. Kwiecień, Tobruk 1941-1942, Warszawa 1993
  6. Z. Lalak, Walki w Afryce cz. I, Warszawa 2005
  7. H. von Luck, Byłem dowódcą pancernym. Wspomnienia Hansa von Lucka, Warszawa 2006
  8. B. Pitt, O’Connor, Generałowie Churchilla, red. J. Keegan, Poznań 1999, s. 172-186

Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick i wysłać komentarz. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum. Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

2 komentarze

  1. Przemek napisał(a):

    Niesamowite jest to, że Brytyjczycy z tak okrojonymi siłami pokonali tak liczną armię... ach ci południowcy, tylko sjest a się liczy.

    • robert napisał(a):

      Panie Przemku, gdyby zajął się Pan dokładniej historią walk w Afryce Północnej, nie dziwiłby się Pan takiemu, a nie innemu rozwojowi sytuacji 🙂 ani rękami, ani słabymi armatami ppanc nie zatrzyma się Matyldy, a to tylko jedna z przyczyn... Pozdrawiam

Zostaw własny komentarz