„Eli Eli” – W. Tochman – recenzja


Nie chciałam czytać tej książki. Naprawdę nie chciałam. Jeszcze nie doszłam do siebie po tej ostatniej. Tochman. Po raz kolejny. Wiedziałam, że tak będzie. Krew, sperma, śluz, cierpienie, ból. Wiedziałam, bo Tochman o tym właśnie pisze. A właściwie nie tyle pisze, co miażdży. Czy można zmiażdżyć jeszcze bardziej niż w Dzisiaj narysujemy śmierć (2010)? Można inaczej. Pokazując nie śmierć, ale coś, czego nie da się nazwać życiem. Zapraszając nas do slumsów Manili.

Tochman_-_Eli_Eli_-_front_prevReportaż Tochmana koncentruje się na opisie i analizie Onyxu – jednej z ulic Manili, stolicy Filipin. O kim pisze Tochman? O ludziach egzystujących w prowizorycznych domach, mieszkających po kilka pokoleń w jednym budynku (jeśli mają szczęście), na ulicy spływającej krwią i uryną lub na cmentarzu; w brudzie, bez wody i nadziei na lepsze jutro. Ich działania ograniczają się do tego, by przeżyć jeszcze jeden dzień. Starają się uciec przed głodem, chorobami, niechcianymi ciążami czy ulicznymi gangami. Mimo, iż starają się z całych sił, wielu się to nie udaje.

Określenie Eli Eli mianem fotoreportażu czy publikacji wydaje mi się niewłaściwe i pomniejszające wartość tego przedsięwzięcia. Jest to cały projekt reporterski. Zaczęło się od zdjęcia. I tutaj już mamy do czynienia z paradoksem. Czytając recenzje, najczęściej spotykałam się z dużą dysproporcją w traktowaniu obu autorów. Większość tekstów odnosi się do prozy Tochmana, zdjęcia Grzegorza Wełnickiego traktując jako dodatek. Wydaje mi się, że to podstawowy błąd przy analizowaniu tego projektu. Wszystko zaczęło się od zdjęć Wełnickiego, przedstawiającego Josephine Vergarę (Ate Jo) – Filipinkę, która choruje na genetyczną chorobę, zmieniającą jej ciało w drzewo. Zdjęcia te zostały wysłane przez Mariusza Szczygła – wówczas jednego z redaktorów „Dużego Formatu„ – do znajomych dziennikarzy, z pytaniem i prośbą o zrobienie materiału na jej temat. Na tę wiadomość odpowiedział Tochman. To dzięki Wełnickiemu, który w Manili był już znany pośród społeczności Onyxu, Tochman mógł łatwiej wejść w środowisko tych ludzi. Wyobrażam sobie, że jego praca była od samego początku ułatwiona, co nie znaczy łatwa. Równorzędność obu autorów jest widoczna i ewidentna. Nazwiska obu autorów znajdują się na okładce. Jeszcze wyraźniej tę równorzędność potwierdza układ publikacji. To właśnie zdjęcie staje się ”furtką do opowieści”1, do obnażających swoje dusze Filipińczyków. Podobnie w wywiadach obaj autorzy podkreślają wspólną pracę i zaangażowanie, wzajemną pomoc i uczenie się od siebie nawzajem.

Praca Tochmana i Wełnickiego to jednak przede wszystkim opowieść o procesie powstawania reportażu, swoisty metareportaż. W tym właśnie upatruję jej największej wartości. Tochman jest znany z tego, że dotyka czytelnika naturalizmem opisu, niedopowiedzeniami działającymi na wyobraźnię, jego słowa przywołują kolory, zapachy i smaki danego miejsca. To właśnie dzięki uważnemu, ale także odważnemu doborowi słów Tochman przybliża nam opisywaną przez siebie rzeczywistość, stawia tuż przed naszymi oczami zapomniane okruchy świata. W tej kwestii nic się nie zmieniło i Eli Eli napisane jest podobnym stylem jak poprzednie reportaże. Tym razem jednak Tochman posuwa się znacznie dalej, obnaża tajniki swojej pracy, pokazuje krok po kroku, jak tworzony jest tekst. Obraz niezwykle ciekawy, ale również niepokojący.

W wywiadzie z 2012 roku, przeprowadzonym przez Roberta Reinta, Tochman określił reportaż jako sprawę śliską, a zawód reportera charakteryzuje słowami niewdzięczny i trudny2. Przede wszystkim reporter pracuje z żywymi ludźmi, nie ma możliwości konstruowania ludzkich losów, ma do czynienia z prawdziwymi historiami i niedoskonałą ludzką pamięcią. Kolejną trudnością jest to, że reporter w pewien sposób odbiera bohaterom swojego reportażu coś, co nierzadko jest dla nich najcenniejszym skarbem – ich opowieść, ich historię, ich życie. Później subiektywnie łączy fragmenty opowieści, które on i jego czytelnicy używają do swoich partykularnych celów. Na tej właśnie opowieści zarabia reporter oraz cała machina przemysłu (od wydawnictwa, edytorów, korektorów, po hotele i linie lotnicze). Nie zarabia jedynie bohater reportażu. Bo za „story„ nie można płacić, wtedy jej prawdziwość i wiarygodność staje się wątpliwa. Czym można usprawiedliwić zatem pracę reportera? Tym, że przynosi światu wiadomość o biedzie, cierpieniu, tragedii ludzkiej? Czy to wystarczający powód? W wywiadzie z Dorotą Wodecką Tochman wyznaje, że ”odwracanie wzroku od ludzkiego cierpienia nie jest dobre”, gdyż wtedy cierpiący czują się jeszcze bardziej opuszczeni. Tak właśnie tłumaczy sens pracy reportera, przyznając jednocześnie, że jest ona swoistym kombinezonem ochronnym3. Tochman odwoływał się także wielokrotnie do imperatywu moralnego – czy wiedząc o niesprawiedliwości i zbrodni można o nich nie pisać? Z drugiej jednak strony: czy wiedząc o pułapkach zawodu reportera i obnażając je w swoim dziele Tochman nie liczył na jeszcze większą popularność? Czy nie chciał dzięki temu zyskać jeszcze większej wiarygodności i poklasku pośród czytelników? To uzasadnione pytania, ja jednak nie chciałabym się na nich koncentrować, bo nie wydają mi się kluczowe.

Kluczowe wydaje się natomiast skierowanie uwagi na samego czytelnika. Pojawiają się bowiem wątpliwości: czy właśnie dlatego kupujemy estetycznie wydaną książkę, na kredowym papierze, z pięknymi artystycznymi zdjęciami oraz porywającym tekstem reportażu, by dowiedzieć się o biedzie Onyxu? „Czy chcemy w ten sposób przeżyć katharsis tanim kosztem?” Te pytania zadaje Kinga Dunin4. Jednocześnie celnie zauważa, że „jest w tej książce coś dwuznacznego i niepokojącego (…) z tym niepokojem powinniśmy może pozostać”. Bo ta książka to nie tylko autodemaskacja reportera, to także pytania (bez odpowiedzi – co także zarzuca się tej publikacji) skierowane w stronę czytelnika. Obraz Filipin wytrąca nas z bezpiecznej strefy komfortu, z bezpiecznej pozycji obserwatora5, niepokoi, nęka, przeraża. Powinien także popchnąć nas do działania, by cokolwiek uległo zmianie, zmianie na lepsze. Niekoniecznie tam, ale może tutaj i teraz, w miejscu, gdzie my żyjemy.

O publikacji Tochmana i Wełnickiego było głośno na długo zanim ukazała się w księgarniach. Głównie dzięki profilowi na portalu społecznościowym Facebook. I tutaj po raz kolejny widzimy nowatorstwo tego przedsięwzięcia. Czytelnicy na wiele miesięcy przed przeczytaniem tekstu reportażu i obejrzeniem zdjęć byli oswajani z tematyką publikacji. Nie tylko byli biernymi świadkami procesu twórczego, ale także brali w nim czynny udział (np. dostarczając ciekawych informacji czy źródeł, reagując na posty, biorąc udział w dyskusjach etc.). Czytelnicy byli ogniwem w wielkiej machinie (wy)zysku. Nie pozostawali poza systemem, bezpowrotnie tracili niewinność.

Eli Eli to także doniosłe pytania o kondycję ludzką, stosunek człowieka do człowieka. W podróży do Manili Tochmanowi i Wełnickiemu towarzyszyły refleksje Susan Sontag na temat fotografii i patrzenia na cudze cierpienie6. Rozpoczynając swoją pracę, na miejscu Tochman zetknął się z wycieczkami True Manila organizowanymi przez Filipińczyka – Edwina. Podczas tych trwających kilka godzin wycieczek ludzie z całego świata odwiedzali slumsy, fotografowali obecnych tam biedaków (najczęściej bez ich zgody), rozdawali im ryż i sardynki, po czym wracali z uspokojonymi sumieniami do czystych pokoi hotelowych. Zebrane przez Edwina pieniądze, mające w teorii służyć wszystkim fotografowanym, służą w praktyce poprawie losu samego Edwina i jego dzieci. Zapytany w programie telewizyjnym, czego poszukują ludzie biorący udział w tych wyprawach, Tochman wskazał na poszukiwanie przeżycia granicznego7. Warto tutaj jednak zastanowić się nad moralnym aspektem takiego sposobu patrzenia na człowieka. Poniżający, upokarzający stosunek białych, cywilizowanych, w swoim mniemaniu, Europejczyków i Amerykanów do mieszkańców Onyxu obnaża nadal obecną w świecie spuściznę kolonializmu. Z drugiej strony Tochman opisuje swoją pracę z mieszkańcami Onyxu, chęć autentycznego zbliżenia do nich i ich losów, stworzenie atmosfery bliskości podczas miesięcy pobytu w Manili. Tochman opisuje także próby pomocy tym ludziom. Za zebrane wśród znajomych w Polsce pieniądze autorzy udzielili pomocy dwójce dzieci, zapewnili im opiekę medyczną, wyremontowali dom, w którym mieszkali z babką. Pomoc ta spowodowała jednak, że babka podniosła czynsz i wynajmujący pokój w tym domu Chińczyk, nie będąc w stanie go opłacić, znalazł się na ulicy. Opisanie tego wydarzenia to nie chwalenie się przez Autora, jak bardzo jest współczujący i miłosierny. Odczytuję ten fragment jako część opowieści, swoistą ironię losu, pokazanie, że, paradoksalnie, świadczenie pomocy jednym może sprowadzić na innych nieszczęście.

Nie do końca zgadzam się z surowymi opiniami Michała Lubiny8 i Katarzyny Olczak9, że reporter w swojej nowej książce za całe zło slumsów obwinia Kościół Katolicki. Owszem, niechęć Autora do instytucji kościelnych jest jak najbardziej wyczuwalna, także i w jego innych publikacjach, jednak nie wydaje mi się, żeby ten wątek dominował w Eli Eli. I na pewno nie jest to wątek najważniejszy. Można domniemywać, że tytuł wiąże się z ostatnimi słowami Jezusa na krzyżu Eli Eli lama sabachtani i odnosi się do samotności i opuszczenia mieszkańców Onyxu także przez Boga.

To właśnie mieszkańcy Onyxu zdają się być najważniejsi, ich historie, ich życie, emocje, a nie naukowa analiza powodów ich obecnej sytuacji. Powrócę tutaj jeszcze na moment do Ate Jo, od której wszystko się zaczęło. Bo wbrew temu, co sugeruje prof. Tokarska-Bakir, mnie się wydaje, że Tochmanowi i Wełnickiemu udaje „wymknąć się perwersji bezkarnego patrzenia”10. To bliskością, uwagą i cierpliwością reporter i fotograf mogą odkupić w swoisty sposób ograbianie bohaterów z ich „story”. Dając mieszkańcom Onyxu swój czas, swoją uwagę, ale także spełniając ich skromne marzenia. Bo może Ci ludzie nie mają wody, mieszkania, nadziei i przyszłości, ale wbrew pozorom, mają marzenia. I tutaj zbliżamy się do trywialnego twierdzenia, że wszyscy jesteśmy w pewnych aspektach równi, niezależnie od miejsca zamieszkania i koloru skóry.

Tochman i Wełnicki spełnili marzenie Ate Jo, która wreszcie mogła zobaczyć morze. Pierwsze i rozpoczynające reportaż zdjęcie ukazuje ją i jej matkę zanurzone w wodzie, uśmiechnięte, szczęśliwe. Ostatnie – Ate Jo upozowana na Dziewczynę z perłą Vermeera, europejski kanon piękności. Jest w tym antropologiczna perwersja, patrzenie na innych przez nasze kolonialne szkiełko. Jednak Wełnicki zapytał Ate Jo czy tego chce, uczynił ją najpiękniejszą i najważniejszą w tej publikacji. Uczynił ją kimś, kim nigdy wcześniej się nie czuła.

Zdjęcia Wełnickiego są artystyczne, wysmakowane, wystudiowane. Nie ma w nich pośpiechu, czas na nich jakby się zatrzymał, przestał mieć znaczenie. Nie są uchwyceniem chwili, są głęboko przemyślaną koncepcją artystyczną. Tak jak reporter ze słów tworzy swój reportaż, tak fotograf poprzez kolory i światło kreuje swoją narrację. Co akcentuje Dunin, zdjęcia pełne są szacunku Autora dla osób, które pozują. Co wielokrotnie podkreślał Tochman komentując prace swojego kolegi, zrobienie zdjęcia poprzedzał długotrwały proces poznawczy. Fotograf i jego modele nawiązywali głębszą więź, być może nawet przyjaźń. Dopiero potem powstawało zdjęcie, jako efekt finalny tej znajomości.

Nie chciałam czytać tej książki. Czemu więc po nią sięgnęłam? Dlatego, że reportaże Tochmana wytrącają z normalnego rytmu, zmuszają do redefinicji pojęć znanych, utartych trybów myślenia. Zdjęcia Wełnickiego burzą spokój, pobudzają do refleksji, popychają do spojrzenia na drugiego człowieka, bez uprzedzeń. Polecam wszystkim, którzy zatracili się w konsumpcyjnym szaleństwie naszej cywilizacji. Dla równowagi i zdrowia psychicznego. I być może dlatego, by coś zmienić. Na lepsze.

Plus minus:
Na plus:
+ interesująco przedstawiona tematyka
+ krytyczna analiza sytuacji Filipińczyków pokazana przez pryzmat wybranych biografii
+ piękne zdjęcia
+ soczysty, literacki język
+ ładne i estetyczne wydanie
+ informacje praktyczne dot. pomocy dzieciom z Manili
Na minus:
- krytyczny stosunek do Kościoła Katolickiego, który może razić

Tytuł: Eli Eli
Autor: Wojciech Tochman (fotografie G. Wełnicki)
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2013
ISBN: 978-83-7536-519-1
Liczba stron: 152
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena: wydanie papierowe 37–45 zł, wydanie elektroniczne od 26 zł
Ocena recenzenta: 8.5/10

  1. Delfa Anywhere (Magda), blog Coffee, Books and Between, 30.10.2013, http://delfaanywhere1.blogspot.com/2013/10/wojciech-tochman-eli-eli.html [data pobrania 6.11.2013] []
  2. Robert Rient, Wojciech Tochman, Bóg powinien piorunem cisnąć, 26.11.2012, http://zwierciadlo.pl/2012/kultura/kultura-wywiady/wojciech-tochman-bog-powinien-piorunem-cisnac [data pobrania 6.11.2013] []
  3. Dorota Wodecka, Tochman w slumsach Manili, „Wysokie obcasy”, 22.10.2013, http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53581,14761471,Wojciech_Tochman_w_slumsach_Manili.html [data pobrania 6.11.2013] []
  4. Kinga Dunin, Łagodne postkolonialne safari, „Krytyka Polityczna”, 17.10.2013, http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/czytaj-dalej/20131017/dunin-lagodne-postkolonialne-safari [data pobrania 6.11.2013] []
  5. Bernadetta Darska, Głos w beznadziejnej sprawie (W. Tochman, Eli Eli), blog A to książka właśnie, 19.10.2013, http://bernadettadarska.blog.onet.pl/2013/10/19/glos-w-beznadziejnej-sprawie-w-tochman-eli-eli/ [data pobrania 6.11.2013] []
  6. Zob. Susan Sontag, O fotografii, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2013; Widok cudzego cierpienia, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2010. []
  7. Dzień Dobry TVN, Wakacje w slumsach czyli pocztówka z Filipin, 14.10.2013, http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/wakacje-w-slumsach-czyli-pocztowka-z-filipin,102267.html [data pobrania 6.11.2013] []
  8. Michał Lubina, Tochman bez Boga. Recenzja „Eli Eli” Wojciecha Tochmana, „Moje Opinie”, 13.10.2013, http://www.mojeopinie.pl/tochman_bez_boga_recenzja_eli_eli_wojciecha_tochmana,3,1381667114 [data pobrania 6.11.2013] []
  9. Katarzyna Olczak, „Eli Eli” Wojciecha Tochmana. Biały człowieku zlajkuj moją nędzę, „Wiadomości24.pl”, 11.10.2013,http://www.wiadomosci24.pl/artykul/eli_eli_wojciecha_tochmana_bialy_czlowieku_zlajkuj_moja_nedze_284363.html?sesja_gratka=eb4e3351eafdb460914b92b271f7f58e [data pobrania 6.11.2013] []
  10. Joanna Tokarska-Bakir, Slumsy Manili. Turysta ogląda pornografię cierpienia, „Gazeta Wyborcza”, 22.10.2013,http://wyborcza.pl/1,75475,14818817,Slumsy_Manili__Turysta_oglada_pornografie_cierpienia.html [data pobrania 6.11.2013] []

Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Opinie i ocena zawarte w recenzji wyrażają wyłącznie zdanie recenzenta, nie musi być ono zgodne ze stanowiskiem redakcji. Z naszą skalę ocen i sposobem oceny możesz zapoznać się tutaj. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanej recenzji, by to zrobić wystarczy podać swój nick i e-mail. O naszych recenzjach możesz także porozmawiać na naszym forum. Na profilu "historia.org.pl" na Facebooku na bieżąco informujemy o nowych recenzjach. Możesz także napisać własną recenzję i wysłać ją na adres naszej redakcji.

5 komentarzy

  1. Studios napisał(a):

    Trochę przydługa recenzja, ale bardzo dobrej jakości 🙂 Oby więcej takich!

  2. Studios napisał(a):

    Jeszcze raz: świetny tekst!

  3. MateoMi napisał(a):

    Znakomita recenzja.

  4. Asia napisał(a):

    Jedyny minus książki to krytyczny stosunek do Kościoła Katolickiego?.. Naprawdę, po przeczytaniu książki, myśli Pani, że nieuzasadniony?..

  5. Komar napisał(a):

    Podobne slumsy można oglądać (pewnie i zwiedzać) w Indiach, w różnych krajach Afryki czy Ameryki Łacińskiej. Ja widziałem slumsy w Indiach, na przedmieściach Bombaju. Tysiące bud i szałasów z tektury, blach czy szmat ciągnące się kilometrami nad rozlewiskami gnojówki. Ja widziałem więcej niż Tochman, bo widziałem drugą stronę indyjskiego medalu. Byłem gościem indyjskiego biznesmena, z którym nasza firma prowadziła interesy. Widziałem jego apartament,w którego wystroju był marmur, kość słoniowa i złoto. Odwiedziłem też prowadzoną przez niego firmę. Jego pracownicy byli bogaci w porównaniu z mieszkańcami slumsów, ale i tak nie było ich stać na kupno całej paczki papierosów. Kupowali - sam widziałem - papierosy na sztuki.
    Ale to dzięki nam ci ludzie mieli pracę w fabryce, którą tam uruchamialiśmy. Nie daliśmy im ryby, tylko wędkę.
    Tochman dostrzega różnice między bogactwem Zachodu a nędzą slamsów w krajach - jak to się kiedyś mówiło - Trzeciego Świata. Ale nie dostrzega dysproporcji wewnątrz tych krajów. Tak u Tochmana, jak i w komentarzu Asi widać mentalność kibica. Oni tylko obserwują - i pokazują palcami, kto powinien to naprawić. Oni sami do niczego się nie poczuwają. Kościół katolicki miał swoją matkę Teresę z Kalkuty. Czemu Asia nie miałaby iść w jej ślady?

Zostaw własny komentarz