Słowiański wojownik we współczesnym Szczecinie [wywiad]


Po przekroczeniu progu jednego z poniemieckich domów starej dzielnicy West End w Szczecinie, człowiek przekracza jednocześnie próg czasu. Z jednej strony mijamy greckie Aspisy, z drugiej szable i miecze z różnych okresów. Raz po raz widać części uzbrojenia obronnego lub jakiś przedmiot niemal wyjęty z otchłani dziesięciu wieków. To nie sala historii czy dom osobliwości - to siedziba Drużyny Grodu Trygława i firmy Trzygłów Pokazy Historyczne, której obrazu dopełnia wódz – lub, jak kto woli, wiking - Igor Górewicz, który zarządza ponad dwustu pięćdziesięcioma wojownikami z różnych zakątków świata. Dowodem tego są dwa pierścienie na jego prawej ręce - Sygnet Drużyny Grodu Trygława i pierścień elitarnego bractwa wojowników Jomsvikingów. W rozmowie z nami uchyli nieco wrota swojego świata oraz opowie o rozwoju ruchu odtwórstwa historycznego wczesnego średniowiecza w Polsce.

10997105_848402368539523_71466255_n

Wojewoda Grodu Trygława Igor Górewicz. fot. Jacek Gajak.

Kamil Kaniuka - Jak dziś, z perspektywy piętnastoletniego doświadczenia, oceniasz początki swojej działalności?

Igor Górewicz - Początki zawsze są trudne. Nie wiedzieliśmy niemalże nic o tym jak zacząć naszą pre-rekonstrukcyjną działalność. W latach 90-tych nie było żadnego odtwórstwa historycznego zajmującego się okresem wczesnośredniowiecznym. Na pierwszy pokaz pojechałem jako widz. Rok później poznałem Phil‚a1 w którym, jak czas pokazał, znalazłem najlepszego przyjaciela. Gdy po raz kolejny odwiedziłem festiwal, zobaczyłem z jednej strony polskie grupy, które przyjechały „na dziko” i prezentujące kulturę słowiańską, tyle, że wyglądali niczym skrzyżowanie Thorgala z Kajko i Kokoszem. Z drugiej strony porażał wówczas doskonały poziom odtwórstwa Jomsvikingów2. Stwierdziłem, że musimy coś w tym naszym tworzącym się środowisku zmienić. Pierwsze kroki skierowałem do bibliotek i muzeów, chcąc przygotować się wpierw na płaszczyźnie teoretycznej. W 1999 r. odbyła się pierwsza edycja Polskiego Festiwalu w Wolinie3 jak lubię go nazywać. Podczas festiwalu walczyłem jeszcze toporem wyciętym z siekiery strażackiej, który zatrzymałem na pamiątkę. Kompletnie nie wiedziałem co robić. Potem zaczęły się pierwsze treningi oraz pokazy. Nigdy nie zapomnę dnia, gdy stanęliśmy w szranki z reprezentantami z Rosji, którzy już wtedy należeli do świetnie przeszkolonej grupy. Pamiętam ten moment, gdy razem z kolegą z Poznania stanęliśmy przeciwko nim ramię w ramię, nie mając żadnego doświadczenia w walce wręcz. Rozpoczęło się starcie, próbuję zabić przeciwnika, a nagle czuję mocne uderzenie w bok. Nie wiedziałem kiedy się to stało! Nasi rywale wykorzystywali nasz kompletny brak doświadczenia w walce w formacjach i podstawowe błędy jakie popełnialiśmy. Nam wystarczyło, gdy tłukliśmy tak mocno, jak natura dała, zdarzało się więc, że mój topór utkwił w tarczy przeciwnika, gdy przebijałem ją na wylot. Trzeba było widzieć wówczas ich przerażone miny.

- Dużą część swojego życia spędziłeś działając jako rekonstruktor. Czym jest dla ciebie ta działalność?  

- Odtwórstwo historyczne to moje życie, nie tylko praca. Cześć doświadczenia jakie zdobyłem, zebrałem w wydanej przeze mnie książce. Piętnaście lat działalności zmieniło mój punkt widzenia na rekonstrukcję i z perspektywy czasu widzę, jak podejście do niej kształtowało się na przestrzeni tych kilkunastu lat. Nie przypuszczałem, że będę mógł uczestniczyć w tak wielu projektach, sprawiając, że pasja stanie się pracą i sposobem na życie. To jest tak oczywiste w moim życiu, że ja mam wrażenie, jakbym był kimś innym, to jest pewien paradoks tej sytuacji. Z jednej strony zdaję sobie sprawę, a z drugiej strony wydaje mi się, że to wszystko jest nie do końca realne. Natomiast z innej strony dochodzę do wniosku, że przecież ja nie znam niczego innego.

- W takim razie jak oceniasz stan polskiego ruchu odtwórstwa historycznego na dzień dzisiejszy? Jak środowisko to ewoluowało w Twoich oczach przez ostatnie 15 lat?

- Kondycję polskiego odtwórstwa można traktować dwutorowo. Bliska jest mi myśl Jose Ortagii y Gasseta z jego Buntu mas4, gdzie krytykuje on z jednej strony specjalizację, a z drugiej strony poszerzenie zakresu kultury. Uważa on, że kultura jest jak woda - im woda szerzej się rozlewa, tym jej poziom musi być niższy. Tak samo jest z odtwórstwem historycznym. W chwili, kiedy zaczynaliśmy, zaledwie kilkadziesiąt osób w skali całego kraju działało w rekonstrukcji wczesnego średniowiecza. W pewnym momencie pojawiła się moda na rekonstrukcję, a co jest jej konsekwencją, ruch ten zyskał charakter masowy. Był to jeden z naszych celów. Chcieliśmy zarażać pasją i za pomocą rekonstrukcji popularyzować wiedzę historyczną. Z drugiej strony umasowienie doprowadziło do zwiększenia zainteresowania archeologią doświadczalną. Poziom rzemiosła prezentowany przez polskich odtwórców jest nieprawdopodobny i przoduje w skali światowej. Rzemieślnicy wywodzący się z kręgów odtwórstwa historycznego stali się autorytetami w swoich dziedzinach, a z ich doświadczeń coraz mocniej czerpie nauka. Byłem świadkiem rozmów, kiedy specjalista starszego pokolenia ulegał wiedzy w starciu z dwudziestokilkuletnim kowalem, który był w stanie powiedzieć - Pisze Pan bzdury, bo nie ma Pan pojęcia jak się zachowuje stal w ręku. To może butne, ale z drugiej strony trzeba powiedzieć, że odtwórstwo historyczne zaszczepiło w niejednym młodym człowieku pasję do archeologii czy historii. Znam co najmniej kilku specjalistów, w tej chwili młodych doktorów, którzy swoje pierwsze kroki stawiali właśnie w rekonstrukcji historycznej. Kilka lat temu podszedł do mnie młody człowiek, który powiedział mi, że pamięta mnie z jednego z pokazów, które zorganizowaliśmy w jego podstawówce. Mówił mi, że spotkanie to wpłynęło na jego życie i zmieniło podejście do historii, z którą związał się w życiu zawodowym. Pogłębianie stanu wiedzy, zarażanie pasją oraz inny sposób patrzenia na historię, są tymi elementami, na jakie należy zwrócić uwagę podsumowując dorobek polskiego odtwórstwa historycznego. Z jednozdaniowego opisu bitwy pod Cedynią, trudno jest odtwarzać sztukę wojenną całego okresu. Jednakże kilka inscenizacji bitew, zwłaszcza tych wyjątkowo masowych, daje niewątpliwie zupełnie inny pogląd, choćby na zrozumienie złożoności bitwy, zachowania ludzi, itp. Różni się to od doświadczenia stereotypowego naukowca siedzącego wyłącznie za biurkiem.

11023014_848401835206243_1961330129_n

Wojewoda przygotowujący obrzęd zaślubin na plaży w Moesgaard (Dania) w tle wikingowie ze Szewcji, Norwegii i Teksasu. fot. Katarzyna „Amari” Klimowicz

- We wstępie swojej najnowszej książki krytykujesz akademicką wykładnię historii stwierdzając, że „(…) podejście do historii ex cathedra głównych ośrodków dawno już nie wyczerpuje metod nauczania. Nauki być może tak, ale edukacji już nie. Istnieją bowiem sposoby znacznie atrakcyjniejsze, bo łatwiejsze w odbiorze.”5 Czy mógłbyś rozszerzyć swoją opinię?

- Nie poważam metod naukowych, ale metody nauczania. Podważam stereotypową szkolną formę przedstawiania historii, a nie naukę samą w sobie. Nie śmiałbym tego robić. W moim przekonaniu szkolne uczenie o historii zraża młodych ludzi do jej poznawania. Być może jest za dużo faktografii, brakuje polotu w jej przedstawianiu. Iskry, która rozpala pasję, sprowadzając historię do nauczania faktów, dat i nazwisk. Rekonstrukcja jest „żywą historią”. Nie pokazujemy ani wielkich procesów, ani wydarzeń. Staramy się przedstawiać różne spojrzenia na życie codzienne z przeszłości. Uważam, że naukowemu podejściu do rekonstrukcji jest bliżej do archeologii niż historii.

11004057_848402525206174_59350602_n

Wojewoda podczas Festiwalu Słowian i Wikingów w Wolinie. fot. Katarzyna „Amari” Klimowicz

- W swojej pracy, z jednej strony opierasz się na znaleziskach archeologicznych, z drugiej zaś na źródłach pisanych, o czym świadczy wiele Twoich projektów.

- Tak, ale zajmujemy się bardziej szczegółem, a znacznie mniej ogółem. Odtwórstwo historyczne samo w sobie nie ma narzędzi, aby przedstawiać procesy historyczne. Pokazujemy wybrane epizody i życie codzienne.

- Zgadzam się, że empiria w dziedzinie historii dużo wnosi do badań. Czy możesz podać jakieś konkretne przykłady?

- Czy tarcze germańskie posiadały imacz6, który zorientowany był pionowo czy poziomo? Są tłumaczenia opierające się na rozróżnieniu, że część służyła dla piechoty czy konnicy. Myślę, że odpowiedzi na to pytanie należy szukać na płaszczyźnie praktycznej. Jak przy odpowiedniej motoryce ciała tarcza ta zasłaniała wojownika i czy rzeczywiście miała ona taką funkcję. Bez tarczy w ręku, bez zasłonięcia się przed ciosem czy sztychem wyprowadzonym w twarz włócznią nie pozna się prostej motoryki ciała, a przez to przydatności broni.

- Czy w takim razie, można powiedzieć, że wasza praca jest pracą twórczą?

- Tak, jak najbardziej. Odtwarzamy pewne elementy, zachowujemy tamtą technologię, estetykę, a wiedzę o tamtejszym społeczeństwie przywołujemy na nowo. To tak, jak byśmy wycinali 1000 lat, które nas dzieli i sklejali na nowo… jakbyśmy usuwali bliznę- niepotrzebnego tysiącletniego zepsucia (śmiech).

- Muszę przyznać, że udała Ci się rzecz dziś niezwykle trudna, jak połączenie pasji życiowej i wykonywanego zawodu.

- Skłamałbym, gdybym powiedział, że piętnaście lat temu wiedziałem, że tak będzie wyglądała moja przyszłość. Gdy zaczynaliśmy rekonstrukcja była naszym hobby. Z wykształcenia jestem politologiem i z tym zawodem wiązałem swoją karierę zawodową. Podjąłem jednak decyzję, że albo odpuszczę i będzie to weekendowa działalność, albo stawiam wszystko na jedną kartę i realizuję się na nowej płaszczyźnie. Uważam, że publiczność czuje prawdziwość pasji. Kiedyś kolega został zapytany na pewnej imprezie prywatnej, dlaczego przebiera się w stroje historyczne. Bez chwili zastanowienia błyskotliwie odpowiedział - Przebierają się przebierańcy, my się tak ubieramy. Odpowiedź kolegi jest zgodna z moim podejściem, bo my naprawdę wierzymy w to co robimy.

- Twoją pracę należy oceniać – powiem pod wrażeniem opisu projektu „Goci”- bardzo wysoko7. Czy przewidujesz stworzenie nowego projektu w przyszłości?

- W podobny sposób podszedłem do projektu II wojny światowej. Przy czym charakterystyka działań jest zupełnie inna. Materiału jest dużo, potrzeba mało domysłu, analogi, wszystko jest podane jak na tacy. Co do projektów, to już od lat zajmuję się projektem Grecja, czy też hoplici, bo to gdzieś utknęło z różnych względów. W stosunku do kultury barbaricum ta klasyczna historia jest dużo lepiej opisana. Napisano już tomy na temat bitew stoczonych przez hoplitów, tych znalezisk jest także znacznie więcej. Nie trzeba nawet sięgać do książek, jeżeli ktoś ma opór. Można pojeździć po muzeach, sfotografować dużą ilość kirsów torsowych eksponowanych w taki sposób, że można wszelki szczegół, wszelki detal technologiczny odtworzyć. Właściwie z projektów otwartych, nowych epok to wszystko.

- Bardzo ciekawie prezentują się także tworzone przez Ciebie wystawy. Po obejrzeniu dwóch z nich mogę powiedzieć, iż przybliżają one materialną stronę życia w dawnych czasach w sposób niespotykany. Która z wystaw okazała się największym wyzwaniem?

- Zdecydowanie Miecze Europy stanowiły największe wyzwanie8. Przy Świecie Słowian i Wikingów powiem szczerze, że nie do końca wiedziałem co robię. Tak naprawdę dostałem do zaaranżowania pierwsze pomieszczenie i strzelałem- tu zrobimy wał, tutaj chatę. Potem zastanawiałem się jak zaaranżować część materialną. Wiedziałem mniej więcej co chcę opowiedzieć i co będzie atrakcyjne dla publiczności - rzeczy, których nie widać normalnie. Nie miałem zupełnie na czym się wtedy wzorować, bo - śmiem twierdzić - że Świat Słowian i Wikingów był pierwszą wystawą odtwórców, która najpierw po takim prywatnym wcieleniu zaczęła objazd po muzeach. W tym najlepszych w kraju, zbierając dobre recenzje9. Natomiast Miecze Europy to projekt, który siedział mi w głowie ładnych kilka lat. Chodziło o przekazanie pewnych kierunków rozwojowych miecza oraz samej idei z tą bronią związanych. Pokazać w jaki sposób idee, zarówno technologiczne, jak i duchowe, rozprzestrzeniały się po kontynencie, nawet w epokach tak odległych, jak epoka brązu, o których często nieprzygotowany odbiorca sądzi, że to „głusza i dzikusy”. A to jednak niesamowicie wyrafinowana forma, znajomość materiału, użytkowość połączona z pięknem przedmiotu oraz cała duchowość pokazuje przez miecz jakże zaawansowane to były społeczeństwa. Z drugiej strony jak głęboko potrafiły przeżywać najważniejsze elementy ludzkiego życia, jak chociażby odbieranie go drugiemu człowiekowi. To nie był kałasznikow, który był po prostu tani czy Maxim, który ma po prostu siec masy zupełnie anonimowo. Tutaj za mieczem szła pewna cała rozbudowana idea…

- Gdzie dziś odtwórcy poszukują wiedzy potrzebnej im do pracy? Wiem, że sam wydawałeś pewne materiały, które mają pomóc początkującym rekonstruktorom.

- Znowu jest tak, że stwierdziłem kiedyś, że jest pewna nisza. Z domu mam wyniesioną ogromną miłość do książek i temat Słowiańszczyzny fascynuje mnie już od tak dawna, że od lat buduję swoją bibliotekę dotyczącą tematu. Kiedyś nie było takich możliwości komunikacji jak teraz. W 2007 słyszałem głosy, że ludzie nie wiedzą gdzie szukać materiałów. Wiedziałem, jednak, że one są na wyciągnięcie ręki, jednak potem zdałem sobie sprawęm- ci ludzie mają pracę, mają szkołę, nie wiedzą gdzie szukać. Trzeba chodzić po bibliotekach, ale też nawet jeżeli chcieliby mocno wejść to, to jakoś nie wszyscy mają tego badacza gdzieś tam w sobie. Więc chciałem im to ułatwić i w taki sposób powstał taki katalog pierwszy. Wybrałem prawie trzysta wzorów z rysownikiem siedzieliśmy, omawialiśmy każdy jeden wzór w jaki sposób przedstawić, w jaki sposób wyciąć trzeci wymiar i przedstawić w postaci grafiki tak, żeby był otwarty i gotowy do ponownego zastosowania. No i okazało się, że potrzeba jest ogromna. Wydałem to wyłącznie w języku polskim, a okazało się, że za moment kupowali to ludzie ze Szwecji, Danii, Islandii, Niemiec. Czegoś takiego do tej pory nie było10. Potem pojawiła się potrzeba wydania jakiejś następnej pracy, już nie mojej. No i tak się znowu potoczyło jak kula śnieżna. Ja napisałem Borka11. Kolejne tomy zostały wyrysowane, kolejni autorzy, już naukowcy. Teraz jesteśmy świeżutko po kolejnych targach książki historycznej w Warszawie. No i było bardzo duże uznanie. Już pomijam zwiedzających targi czytelników, ale także innych wystawców, którzy przychodzili, chwalili, a nie mieli żadnego w tym celu. Podnosili jakość wykonania tych książek, także kwestii edytorskich. Mówili, że się wyróżniamy pod względem estetycznym, że te okładki coś mówią. A poza tym, że jesteśmy w stanie prowadzić to wydawnictwo, tak wysoce niszowe, o tak ściśle sprecyzowanym polu zainteresowań. Mało tego, możemy się chwalić tym, że to, co wydajemy jest sprzedawane na czterech kontynentach. W zasadzie w całej Europie mamy swoich odbiorców, książki sprzedawane są w Australii, trzech krajach Ameryki Północnej, pojawiły się nawet w Ameryce Południowej.

- Do sporej ilości Twoich osiągnięć należy również dopisać stworzenie wschodniego odłamu armii Jomsborga. Czy mógłbyś powiedzieć więcej o tej organizacji?

- W latach 80’ w Londynie powstała grupa Jomsborgelag, która przerodziła się w Jomsvikingów, którzy pierwotnie jako grupa anglo-duńska stali się bardzo szybko elitarnym bractwem międzynarodowym, gdzie ta międzynarodowość była szczególnie podkreślana. Odwołująca się etosem do sagi- Jomsvikingasaga12- a także do coraz bardziej historycznego, a coraz mniej mitycznego Jomsborga. Ci ludzie bardzo często byli zaangażowani w inne grupy, bardzo często będąc ich szefami w różnych krajach i z założenia była to elitarna grupa skupiająca najlepszych albo w jakiś sposób wyróżniających się wikingów z różnych krajów. Wokół tego okazało się, że ci różni Jomsvikingowie mają też swoje drużyny. Wszystkich tych ludzi nie można wkomponować w bractwo, bo straciłoby to swój charakter, więc powstał poniekąd ponownie Jomsborgelag, czyli prawo Jomsborga, czy też związek Jomsborga. No i ja się stowarzyszyłem, wszedłem do tej organizacji jako Wojewoda Grodu Trygława w 2002 roku składając przysięgę w Danii na wierność jarlowi Ulfowi - Erikowi. I byliśmy jednym z tzw. elagów13. Potem to przekształciło się w inną organizację, bardziej zmilitaryzowaną o nazwie Armia Jomsborga. Okazało się, że ta armia uzależniona była od wielu wikingów, z których część nie miała z tymi drużynami nic wspólnego, mało tego - oni częściowo są też członkami drużyn, które nie są sprzymierzone, a nawet są przeciwnikami Armii Jomsborga, więc trzeba było to przeorganizować, żeby wszyscy byli zadowoleni. Ja stroniłem od bycia Jomsvikingiem przez lata uważając, że moje jedyne pełne członkowstwo to może być tylko Drużyna Grodu Trygława, ale w końcu dorosłem do zmiany decyzji i od 2010 roku po zdaniu specjalnego bardzo ciężkiego testu zostałem Jomsvikingiem. I tak - to są moi przyjaciele, jeżdżę z nimi po całym świecie odpoczywając od moich dzieci, czyli od mojej drużyny. Kiedy zostałem Jomsvikingiem mniej więcej w podobnym Jomsborg czasie okazało się, że stało to się organizacją największą na świecie. Tak rozległa terytorialnie, że zarządzanie centralne nie ma sensu. Mało tego, z pierwotnej grupy anglo-duńskiej ona zaczęła obejmować ludzi różnych kultur, niekoniecznie chcących zmieniać swoje przyzwyczajenia, nawet styl walki. Są różne style walki tzw. styl zachodni, styl wschodni bardziej brutalny o innym polu trafienia, ale też o innym podejściu do obrzędowości, innym podejściu do etosu wojownika. Trzeba było to tak przeorganizować. Powstało pytanie więc jak to zrobić? I pojawiła się idea Stormów, czyli Burz rozumianych geograficznie. A więc wschodnia, zachodnia, północna i południowa. No ja w sposób naturalny zostałem tą Burzą Wschodu, czyli East Storm. I z założenia to ja odpowiadałem nie tylko za grupę, ale za wszystkie działania, które podejmuje Jomsborg na wschód od Odry. Okazało się, że to co my robimy, że grupy powstają w różnych częściach świata, które się inspirują właśnie naszą stroną. Zwłaszcza Drużyną Grodu Trygława, naszym sposobem organizacji, naszą mentalnością, naszą rytualnością, naszym rozumieniem roli wodza, naszym rozumieniem etosu wojownika i braterstwa, tego właśnie drużestwa, wynikającego z bycia w drużynie. No i okazało się, że także Kanadyjczyka, więcej łączy go z dzikim Polakiem, niż - jak to Phil mówił o sobie - Skinny English. Nagle okazało się, że te pojęcia geograficzne stały się pojęciami kulturowymi. I w ten sposób mamy w tym momencie w East Storm cztery grupy w Polsce, które od ponad dekady są ze sobą zaprzyjaźnione, ale również Vinlandelag z Kanady, która swoją drogą ma również oddział w Teksasie i podbija też północne stany USA. Wiele osób i grup, będąc tam daleko, za oceanem, chce wstąpić do Jomsborga, tyle, że chce mieć wybór, do którego ze Stormów. Do której kultury bliżej, i koniecznie chcieliby być w East Storm, bo to jest to! To jednak nie jest jest takie proste, a nawet nie ma takiej możliwości, bo z ich wojewodą muszę być w przyjaźni. My na tyle się znamy, że gościmy w swoich domach, znamy swoje rodziny, tylko tacy ludzie mają możliwość przyłączenia się do East Storm. W ten sposób musimy po prostu na sobie polegać. Poszczególni wojewodowie mają natomiast swoich ludzi i pododziały, np. Kanadyjczycy, mają Teksańczyków, razem są w East Strom. Do tego obrazka dochodzą Francuzi z okolic Strasburga i spod Paryża. Bardzo duża i bardzo bitna grupa. Do tego samo centrum niegdysiejszego Jomsborga, czyli Londyn. Wspaniała szybko rozwijająca się Miklagard Ulflag14 z Londynu. Również jest ona niemal moją prawą ręką w ramach East Storm. I razem stanowimy niemal połowę wojowników Armii Jomsborga. Ale powtarzam, to rzekomo „wschodnia” gałąź - East Storm, a obejmujemy oś od Montrealu, przez Londyn i Francję. To magnetyzm kutóry, którą reprezentujemy i promujemy.

- Ilu wojowników liczy Armia Jomsborga?

- Tak Jomsvikingów, tej grupy elitarnej jest nas około 40, zaś Jomsborczyków w armii jest około 600-700 wojowników.

- A ile liczy samo East Storm?

- Około 250 wojowników

- Dostrzegam kolejny ciekawy wzorzec formowania się grupy. I znowu wydaje się, że proces był samorzutny.

- Tak, to nie jest tak, że my wyczytujemy - jak to zrobić?. Naturalne metody działania w takich strukturach są takie, że nagle z takiego systemu wodzowskiego zaczęło to przechodzić w stronę wczesnego feudalizmu. Czyli dokładnie jesteśmy w tym momencie, w którym usadawiamy się jako drużyna. Ja na to zwróciłem uwagę w 2009 roku, kiedy ten proces międzynarodowy nie poszedł tak do przodu z East Stormem. W czasie gdy przeżywaliśmy dziesięciolecie drużyny, pisząc jej historię rok po roku, nadając tytuły związane z historią tutejszych Słowian. No i to faktycznie tak było - państwo się wzmacnia, potem robimy porządek na miejscu, potem wychodzimy na Bałtyk - to już coś czytelnikowi przypomina. Następnie zwinięcie, trzeba zrobić reorganizację, potem sojusz na zachodzie, potem nagle rozpad państwa, problemy, potem odrodzenie, inwestycja w kulturę. Po prostu wyszła nam historia wczesnośredniowiecznej Polski w ciągu 10 lat.

- W swojej ostatniej książce podkreślasz niespotykany wręcz profesjonalizm i realizm odtwórczy niektórych europejskich grup odtwórstwa historycznego, jak na przykład Silver Wolf15 z Moskwy. Jak skomentujesz fakt częstej krytyki ze strony środowisk akademickich?

- Trudno zarzucać brak profesjonalizmu grupie, której przewodzi doktor, szef katedry zajmującej się właśnie tym tematem. Tak jak powiedziałem wcześnie - poziomy są bardzo różne. Ja natomiast, co podkreślam w swojej książce, unikam słowa rekonstrukcja. Rekonstruować to można przedmiot. Natomiast my nie jesteśmy w stanie zrekonstruować chociażby bitew. Musielibyśmy przecież wyrżnąć taką samą ilość ludzi, musielibyśmy ją stoczyć w tym samym miejscu - niezmienionym. W swojej książce ukuwam takie drobne powiedzonko, że szereg drobnych rekonstrukcji składa się na odtwórstwo, ale to odtwórstwo to jest tylko to, co pokażemy publiczności. Sam siebie zaś nie określam mianem odtwórcy, jestem rzeczywiście słowiańskim wojownikiem. Czy na potrzeby rekonstrukcji światowej przyjmuje zawód wikinga. To jest bowiem pewien stan ducha, pewne podejście do życia, postawa wobec wyzwań, odkrycia, sięganie poza horyzont znany.

11004139_848402015206225_1687150095_n

Igor w jednej z wielu produkcji w których brał udział z drużyną. fot. Katarzyna „Amari” Klimowicz

- Lokujcie się jako drużyna w Grodzie Trygława, czyli Szczecinie. Jak oceniasz swój wkład w promocję miasta? Jak grupy rekonstrukcyjne mogą wpływać na ten proces?

- Mam dosyć stereotypowej polskiej postawy, która z jednej strony polega na pokazywaniu nieuzasadnionej wyższości względem wschodu i nieuzasadnionego kompleksu wobec zachodu. To jest obrzydliwe, to jest - nie chcę nikogo obrażać - taka postawa małomiasteczkowa. Pewna maniera podniesiona do skali postawy narodowej. Dlatego właśnie jestem prawdziwy, bo do tego się przyznaje nasza własna kultura, która stała się quod me nutrit me destrukt16. Nasze cechy, buntowniczość i nieprzewidywalność w czynach, powodują, że z jednej strony jesteśmy wzorem, z drugiej własnym przekleństwem. Akceptując wszystkie te elementy czuję, że jestem prawdziwy. Jestem sobą, mam swoje miejsce na ziemi, nie uważam się za lepszego ani gorszego, jednakże podkreślam swoją unikatowość. Moją unikatowość jako jednostka, moja unikatowość jako region w kraju i unikatowość mojego kraju w Europie.

- Trzeba było wyzbyć się tego kompleksu, aby działać na taką skalę?

- Kompleksy znikały, bo ja tego chciałem, lecz wiele rzeczy powstrzymywało ten proces. Gdy zacząłem działać na całym świecie, co pozwoliło mi sięgać głębiej w tę kulturę oraz doświadczenie społeczne należne odtwórcy, dały mi nową wartość. To wszystko sprawia, że powoli zanikają ograniczenia, kompleksy, a jednocześnie mam poczucie ważności tego co robimy.

- Jak wiele jest grup mogących pochwalić się podobną metryką jak Drużyna Grodu Trygława?

- W Wolinie, w latach 90‚ pojawiło się to najstarsze pokolenie zajmujących się rekonstrukcją wczesnośredniowieczną. Pochodzili z wielu miast Polski: Trójmiasta, Poznania, Krakowa, Bydgoszczy, Torunia, Warszawy i ze Szczecina. Do dziś stanowią trzon współczesnym polskich Słowian i wikingów.

Dziękuję za rozmowę.

  1. Phil Burthem (1961-2012)- wieloletni jarl Jomsvikingów, specialista w dziedzinie odtwórstwa, konsultant walk między innymi przy Gladiatorze. Jeden z założycieli braterstwa Jomsvikingów. http://www.jomsvikings.com/ulf-eirik%E2%80%99s-legacy, dostęp: 18.12.2014. []
  2. http://www.jomsvikings.com/home, dostęp: 18.12.2014. Strona organizacji Jomsviking zrzeszającej wojowników na całym świecie. Najbardziej prężna i elitarna organizacja tego typu na świecie. []
  3. Festiwal Wikingów i Słowian w Wolinie, który odbył się w 1999 roku rozmówca określa jako pierwszy polski festiwal. []
  4. Jose Ortega y Gasset, Bunt mas, przekład P. Niklewicz, Warszawa 2002. []
  5. I.D. Górewicz, Mieczem pisane. Odtwórcologia., Szczecin 2014. []
  6. Tj. uchwyt tarczy. []
  7. http://www.tryglaw.org/goci, dostęp: 18.12.2014. []
  8. https://www.facebook.com/MieczeEuropy; http://www.polska-zbrojna.pl/home/articleshow/12204?t=Wystawa-Miecze-Europy-, dostęp: 18.12.2014. []
  9. I.D.Górewicz, op.cit., r. X. []
  10. Mowa o książce I.D.Górewicza, Zdobnictwo wczesnego średniowiecza. Katalog graficzny, Szczecin 2007. http://www.triglav.com.pl/oferta/zdobnictwo/zdobnictwo-wczesnego-sredniowiecza-katalog-graficzny-szczegoly.html, dostęp: 21.12.2014. []
  11. I. D. Górewicz, Borek i bogowie Słowian. http://www.triglav.com.pl/oferta/literatura/igor-d-gorewicz-borek-i-bogowie-slowian-1-szczegoly.html, dostęp: 02.01.2015. []
  12. The Saga of the Jomsvikings, przekład N.F.Blake, Nowy Jork 1962. []
  13. Sprzymierzona drużyna poglegająca pod większe zrzeszenie. []
  14. Broszura do pobrania pod adresem- http://www.triglav.com.pl/oferta/do-pobrania.html, dostęp: 18.12.2014. []
  15. http://www.silverwolf.ru/news/, dostęp:18.12.2004. []
  16. Łac. To co mnie żywi, zabija mnie. []

Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick i wysłać komentarz. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum. Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

2 komentarze

  1. Jark napisał(a):

    „W moim przekonaniu szkolne uczenie o historii zraża młodych ludzi do jej poznawania. Być może jest za dużo faktografii, brakuje polotu w jej przedstawianiu.” Zapytam na serio, to jak? Mamy 45 minut, gdzie musimy przedstawić takze wiedze encyklopedyczna co, gdzie i kiedy. To przedmiot pamięciowy.

    • Tomasz napisał(a):

      Da się, po prostu nie trzeba nudzić. Wystarczy ciekawie opowiadać o faktach. I nie zgodzę się - historia to nie pamięciówka. Daty tak, ale sama historia to ciąg logiczny przyczynowo-skutkowy, w którym zapamiętanie da tylko ocenę na sprawdzianie, a nie wiedzę. I to jest kolejny problem naszego szkolnictwa.

Zostaw własny komentarz