Mała Polska w Indiach – wywiad z Andrzejem Janem Chendyńskim – prezesem Koła Polaków z Indii z lat 1942–1948


Każdy z nas słyszał zapewne w szkole o powstaniu armii gen. Władysława Andersa w ZSRR oraz o okolicznościach ewakuowania żołnierzy tej formacji na teren Bliskiego Wschodu w 1942 r. Niewiele natomiast wiadomo o ludności cywilnej, która po podpisaniu 30 lipca 1941 r. układu Sikorski-Majski opuściła łagry, więzienia i miejsca zesłania rozlokowane na terytorium państwa Stalina. Ludność cywilna na skutek porozumień nawiązywanych przez Rząd Rzeczpospolitej na uchodźstwie z władzami innych krajów świata zaczęła trafiać w różne egzotyczne miejsca. Jednym z nich były Indie. O losie naszych rodaków w tym kraju oraz o organizacji i funkcjonowaniu największego skupiska Polaków w Valivade-Kolhapur z Andrzejem Janem Chendyńskim rozmawia Paweł Cichocki.

IMG_9609

Andrzej Jan Chendyński i Paweł Cichocki

Paweł Cichocki: Jakie są Pana pierwsze wspomnienia związane z Indiami? Znalazł się Pan tam jako mały chłopiec, półsierota w 1942 r.

Andrzej J. Chendyński: Moje pierwsze wspomnienia? Jestem w jakiejś dziwnej scenerii; budzi mnie nagle gong, po prostu gong. I co ja widzę wokół? Jestem w dużej sali, a wokół mnie dzieciaki w moim wieku. Gonią nas do mycia, jedzenia, do szkoły. Później się okazuje, że jestem w sierocińcu, w osiedlu Valivade-Kolhapur w Indiach. Ale jak to się stało, że ja tam się znalazłem? Znamy naszą historię. W 1939 r. wybuchła II wojna światowa. Z zachodu napadły na nasz kraj hitlerowskie Niemcy, a 17 września od wschodu wkroczył ZSRR. Ja oczywiście bardzo mało z tamtych dni pamiętam, a to, czego nie zapamiętałem, dopiero po latach starałem się odtworzyć.

- Podczas II wojny światowej, we wrześniu 1939 r., do Lwowa, w którym Pan mieszkał razem z rodzicami, wkroczyła Armia Czerwona. Wkrótce też zaczynają się deportacje ludności polskiej w głąb ZSRR. Czy pamięta pan cokolwiek z tego okresu?

- Dwa, czy może trzy lata temu, wybrałem się w daleką podróż nad Bajkał. Najpierw samolotem do Moskwy, a później słynną Koleją Transsyberyjską do Irkucka. Po drodze (to trwało dobre cztery doby) byłem z towarzystwem; co można było robić w takiej podróży? Jakieś wspominki i oczywiście, jak to w Rosji – wieczorem piliśmy. A mnie nawiedzały sny. Pierwszy sen był taki: huknęła bomba, spadła jakaś okiennica i przygwoździła mi palec i ja krzyczałem – mamo, mamo boli! A mama mnie wzięła i pocałowała – synku, to zaraz przejdzie, to drobiazg. Potem wstał dzień, przebudziłem się. Znowu jechaliśmy, wkoło zielona Syberia, olbrzymie przestrzenie. Pejzaż stale powtarzający się. Wieczorem zasypiam; nawiedza mnie sen drugi. Ruszył pociąg. Przeraźliwy krzyk kobiety: „Dziecko, Kasia została!„. ”Małczat!” – krzyczy czerwonoarmiejec. Wstaje nowy dzień. To samo, jak wczoraj, znowu ta olbrzymia syberyjska przestrzeń. Po co ja tam pojechałem? Chciałem sobie przypomnieć moją podróż, kiedy to nas z 12 na 13 kwietnia 1940 r. wywozili na Syberię. Tego nie pamiętałem w ogóle. Mój mózg zarejestrował jedynie urywki.

- Jak wyglądało życie deportowanych rodzin w ZSRR, do jakiego miejsca Pan trafił?

- Pozwoli pan, że zrobię dygresję, a zarazem przeskok w czasie i przestrzeni. Po wojnie studiowałem w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (dzisiejsza Szkoła Główna Handlowa), zacząłem naukę w 1959 r. Mój ojciec drugi raz się wtedy ożenił i mieszkaliśmy w Paczkowie. Było bardzo biednie, a ja na te studia pojechałem dosłownie w portkach. Mieszkałem w akademiku w Warszawie i któregoś razu dostałem list z Czerwonego Krzyża. Otwieram zdziwiony, okazuje się, że poszukuje mnie niejaka pani Serbeńska. Od razu to nazwisko skojarzyłem, bo o niej mówiła mi moja opiekunka, która była z moją mamą i z tą panią Serbeńską na Syberii. W tym liście napisała, że jest w posiadaniu pewnej pamiątki. Zaczęliśmy korespondować. Najpierw poinformowała mnie o zdjęciach, które zaczęła mi z czasem przysyłać, potem dowiedziałem się o pierścionku mamy. Moja opiekunka wcześniej mówiła mi, że pani Serbeńska zabrała ten pierścionek. Opiekunka chciała go sprzedać, ale mama zmarła na tyfus, zaś przedmiot na handel zachowała pani Serbeńska. Mój ojciec zmarł z kolei w 1960 r. Był najpierw skatowany przez hitlerowców, a później po wojnie przez Urząd Bezpieczeństwa.

- Właśnie, nie powiedział Pan nic na temat tego, kim byli Pana rodzice.

- Mój ojciec przed wojną był zawodowym oficerem w stopniu majora. Między innymi uczył w szkole kadetów we Lwowie. Gdy wybuchła wojna, został zmobilizowany i poszedł na front. Mama została wtedy sama z trójką dzieci. Pod koniec kampanii wrześniowej ojciec został internowany na Węgrzech, a później dostał się do niewoli niemieckiej i osadzono go w jednym z obozów pod Berlinem. Po wojnie wrócił schorowany do kraju. Po 1945 r. nowe władze komunistyczne chciały, aby został wykładowcą w jakiejś szkole wojskowej. On odmawiał, obawiał się szczególnie poligonów, z których wielu jego kolegów po wyjeździe już nie wracało. To były czasy okrutne. Pamiętam, jak któregoś dnia mój tata wrócił z Namysłowa, wezwany uprzednio przez UB. Pokazał mi plecy – całe pokrwawione. Tak go urządzili!

valivade

Polskie osiedle w Valivade. Fot. Polacy w Indiach 1942-1948 w świetle dokumentów i wspomnień, red. L. Bełdowski.

- Z Pana wspomnień z okresu powojennego moglibyśmy, jak widzę, zrobić osobny wywiad, ale wróćmy może do sprawy pani Serbeńskiej.

- Korespondencja z panią Serbeńską w pewnym momencie się urywa. I dopiero w latach 90. odnowią się za sprawą listu od jej syna – Józefa Serbeńskiego. Napisał do mnie z Włoch, że będąc w Londynie, porządkował mieszkanie po swojej zmarłej matce i znalazł korespondencję ze mną. Dzięki niemu dowiedziałem się m.in., jaką drogę przebyliśmy po ewakuacji ze Lwowa, i że trafiliśmy do Kazachstanu. W dalszej korespondencji opisał całą podróż, jak już po amnestii w 1941 r. jechaliśmy z okolic Semipałatyńska na południe. W rezultacie znaleźliśmy się na terenie Uzbekistanu, a konkretnie w Kattakurganie. Tam też na początku 1942 r. zmarła młodsza siostra pana Serbeńskiego oraz mój starszy brat Ziuk. W kwietniu tego samego roku zmarła również moja mama, a ja z młodszym bratem Michałem trafiliśmy do sierocińca.

- Rozumiem więc, że cały pobyt na terenie ZSRR odtworzył Pan sobie dopiero później, dzięki m.in. korespondencji z panią Serbeńską i jej synem?

- Dokładnie tak. Później jeszcze, kiedy starałem się o uprawnienia kombatanckie, z dokumentów w Archiwum Akt Nowych dowiedziałem się, że informacje zawarte w listach pana Serbeńskiego były prawdziwe. Jak przed chwilą wspomniałem, po śmierci mamy dostałem się razem z młodszym bratem Michałem do sierocińca. I jego, i sam sierociniec bardzo dobrze pamiętam, natomiast mamy i Ziuka nie.

- Zrobił Pan dygresję, ale może powie Pan coś więcej na temat miejsca swego pobytu w ZSRR.

- Najpierw w ZSRR trafiłem do wsi Saratow poczta Rudnik, obwód Semipałatyńsk, to jest na granicę Syberii i Kazachstanu. Mam takie przebłyski, to chyba pamięć dziecka. Wiem, że mieszkaliśmy w drewnianych barakach, po kilka rodzin w każdym. Wokół step, gdzieś dalej na widnokręgu góry. Moja mama pracowała w kołchozie im. Lenina. Ta nazwa zresztą będzie mnie prześladowała jeszcze przez długi czas, bo już po wojnie mieszkałem w Paczkowie przy ul. Lenina 4 i później w Kattakurganie też mieszkaliśmy przy ul. Lenina 4. W kołchozie wypasano dzikie krowy, które ściągano z gór, odchowywano je i zabijano na mięso dla wojska walczącego na froncie. Tam któregoś dnia one mnie tak pobodły, że ledwo przeżyłem.

- Dnia 22 czerwca 1941 r. wybucha wojna niemiecko-sowiecka, a 30 lipca 1941 r. dochodzi do podpisania układu Sikorski-Majski, na mocy którego łagry i obozy pracy opuszczają tysiące Polaków. Formuje się armia generała Władysława Andersa, ale olbrzymi problem stanowi wtedy ludność cywilna, a przede wszystkim polskie dzieci, które na Wschodzie utraciły rodziców. Kiedy podjęto decyzję, że cywile zostaną ewakuowani na teren Indii?

- Stop, stop. Bo tu zaczyna się polityka. Mianowicie amnestia. Co to znaczy amnestia? To znaczy, że jesteś wolny. Nic poza tym! Armia to jest zupełnie odrębna sprawa, przecież układ generalnie obejmował zorganizowanie wojska, a nie kwestię ludności cywilnej. Ludzie garnęli się do armii Andersa, przede wszystkim mężczyźni, zostawiali wtedy nawet żony. Natomiast cywile rozumieli, że przy wojsku istnieje możliwość przeżycia i nie możemy mieć im tego za złe. Generał Anders ponadto nie chciał doprowadzić do tego, że nieprzygotowane wojsko – złożone z ludzi, którzy jeszcze kilka miesięcy temu byli więźniami łagrów albo powychodzili z więzień – zaraz zostanie rzucone do walki z wrogiem. Rosjanie też mieli własne kłopoty i niechętnie chcieli dozbrajać Polaków. Sami potrzebowali broni, którą dostawali od USA.

- Na czym polegała więc umowa wyjścia ludności cywilnej na teren Bliskiego Wschodu?

- Wynegocjowano przejście armii generała Władysława Andersa na południe, to oczywiście mogło się odbyć wyłącznie za zgodą Stalina. Kiedy wszyscy już wiedzieli, że dojdzie do ewakuacji wojska do Iranu (wtedy Persji), to Anders zaczął upominać się również o cywilów. Starania te doprowadziły do tego, że ok. 40 tys. Polaków mogło opuścić ZSRR. Wojsko i ludność cywilna były ewakuowane dwiema drogami. Pierwsza wiodła lądem z Aszchabadu do Meszhedu, druga natomiast przez Krasnowodsk i Morze Kaspijskie prowadziła do Pahlevi (dzisiaj Bandar-e Anzali) na terenie Iranu. Nie pamiętam momentu, w którym dostałem się do sierocińca. Pamiętam za to ciemną salkę i to, że dostawaliśmy chleb z marmoladą. Coś okropnego! Przed ewakuacją odnalazła nas niania ze Lwowa – Maria Stawicka, która pracowała w pobliżu w kantynie oficerskiej jako praczka. Odwiedzała nas co pewien czas, dlatego też, nie mając nikogo innego na świecie, tęskniliśmy za nią.

valivade_2

Kościół w Valivade. Fot. Polacy w Indiach 1942-1948 w świetle dokumentów i wspomnień, red. L. Bełdowski.

- Czy w Persji, Uzbekistanie lub Indiach zdarzały się przypadki ciężkich zachorowań?

- W sierocińcu w Kattakurganie mój brat Michał zapadł na dyzenterię, dlatego tam został, a mnie przetransportowano z grupą dzieci do Meszhedu. Po przyjeździe do tego miejsca, z kolei ja poważnie się rozchorowałem i nie mogłem razem z innymi kontynuować podróży do Indii. W Meszhedzie przebywałem jeszcze jakiś czas. Pamiętam z tego okresu willę i piękny zielony ogród, za którego płotem maszerowało i ćwiczyło polskie wojsko. Po wyleczeniu zorganizowano nam transport do drugiego obozu w Teheranie. Jechaliśmy przez góry ciężarówkami, kurzyło się niesamowicie. Później dostałem się do obozu piątego. Moi starsi koledzy po wojnie zaprzeczali, mówiąc, że nie było pięciu obozów tylko cztery, więc jeżeli już, to musiałem trafić do „trójki”. Ale ja mam dobrą pamięć i upierałem się, że byłem w piątym. I teraz ostatnio odnalazłem w Archiwum Akt Nowych dokumenty potwierdzające, że jednak było pięć obozów! Tylko ludzie nie wiedzą, że czwarty obóz nie był ulokowany w Teheranie, ale w Isfahanie!

- Dobrze, ale skąd się wziął pomysł przeniesienia polskiej ludności na teren Indii?

- W Teheranie wszyscy czekali na to, które państwo zaoferuje pomoc i przyjmie do siebie ludność cywilną. Praktycznie decydowali o tym Anglicy, ponieważ najpierw w porozumieniu ze Stalinem doprowadzili do ewakuacji wojska z ZSRR do Iranu, a później nie zgadzali się przez pewien czas na wyjście ludności cywilnej. Władze Wielkiej Brytanii przekonał generał Anders, który w rozmowach poruszał kwestie morale polskich żołnierzy mających walczyć z myślą, że ich najbliżsi umierają w ZSRR.

Trzeba jednak dodać, że jak już Anglicy się zgodzili to, mówiąc dzisiejszym językiem – z pełną logistyką. Oni dobrze zdawali sobie sprawę, co biorą na swoje barki. Musieli ludność cywilną, a więc dzieci, kobiety i młodzież (ok. 40 tys. osób), rozlokować po całym świecie. Wielka Brytania posiadała w tym czasie kolonie i dominia na różnych kontynentach. Kiedy przebywaliśmy w Teheranie, to pierwszą pomoc – jak się później okazało – zaoferowały Indie, które zgodziły się na przyjęcie 5 tys. Polaków. Na początku powstało niewielkie osiedle w Balachadi dla ok. 600 dzieci, a dopiero później w połowie 1943 r. założono, znacznie większe od tego, osiedle-miasteczko na ok. 5 tys. uchodźców w Valivade-Kolhapur. Ja trafiłem akurat do tego drugiego miejsca.

- W jaki sposób Polacy w Indiach byli traktowani przez miejscowych? Przecież Hindusi różnią się cywilizacyjnie i kulturowo od Europejczyków.

- Hindusi na samym początku dziwili się, że biali ludzie, tacy jak my, żyją w bardzo skromnych warunkach. Dla nich biali to byli przede wszystkim Anglicy, a więc kolonizatorzy. A Anglicy to była „kasta” najwyższej rangi, ponad braminami nawet. Ja byłem dzieckiem, ale widziałem wokół osiedla panującą biedę. W Valivade np. Hindusi obawiali się, że 5 tys. Polaków zachwieje ich rynkiem wewnętrznym. Ale trzeba też zaznaczyć, że wielu miejscowych znajdowało pracę przy obsłudze polskiego osiedla, np. jak komuś ciężko było nosić wodę, bo krany były w pewnym oddaleniu, to Hindusi nosili ją w dzbanach na głowie lub na specjalnych nosidłach, sprzątali, dezynfekowali prycze, mazali łajnem podłogi itp. Oferowali różne usługi – szewskie, krawieckie, pocztowe. Handlowali także z Polakami na założonych przez siebie bazarach, szczególnie owocami i warzywami.

- To może teraz kilka słów na temat organizacji samego Valivade…

- Osiedle Valivade było bardzo dobrze zorganizowane. Najpierw, gdy przewieziono nasz sierociniec do Teheranu, to przez Ahwaz i Karachi trafiliśmy do Maliru. Tam były właściwie dwa osiedla – Malir i Country Club. Pierwszym z nich zarządzał kapitan Władysław Jagiełowicz – kwatermistrz wojska polskiego. Później się okazało, że to był kolega mojego ojca. Ale do rzeczy, jak Anglicy z Hindusami zadecydowali o budowie, to hinduskie przedsiębiorstwo wzniosło całe osiedle w przeciągu trzech miesięcy. Te wszystkie zabudowania były oczywiście na podmurówkach, na słupach, a ściany pookrywano matami bambusowymi, ale można było w nich dość wygodnie mieszkać. Ponieważ kapitan Jagiełowicz był przeznaczony na komendanta obozu w Valivade, to od razu, jak objął tam kierownictwo, przeszedł do energicznych działań, co zaowocowało powstaniem różnych organizacji.

- Zapewne organizacja osiedla objęła także szkolnictwo. Jak dokładnie to wyglądało?

- Jeżeli chodzi o szkolnictwo, to powstały trzy szkoły podstawowe, gimnazjum i liceum, a oprócz tego szkoła kupiecka oraz spółdzielnia ogrodnicza. Oczywiście tych 5 tys. osób, o których mówi się często w przypadku Valivade-Kolhapur, nie umieszczono tam od razu. Na początku było 1,5 tys. Polaków, ale z czasem ludzi przybywało. Do 1945 r. było ich 3,5 tys., a później, jak zlikwidowano Country Club w Karaczi, to stan liczebny Valivade przekroczył 5 tys.

W Valivade najpierw znalazłem się w sierocińcu. Przebywałem tam jakieś dwa i pół roku. Prowadziła go pani Olga Sasadeusz i ona jednocześnie była kierowniczką Szkoły Powszechnej nr 3, do której uczęszczałem. A uczyła mnie nauczycielka – pani Figuła. W sierocińcu mieszkaliśmy w blokach, każdy blok miał dwie duże sale, a w środku znajdowało się pomieszczenie dla opiekunki. Rano z tych bloków wychodziliśmy, myliśmy się, jedliśmy śniadanie i ruszaliśmy do szkoły. Później starszą młodzież „wyłączano” z sierocińca i dawano im możliwość przejścia do tzw. cywila. Polegało to na tym, że o ile w sierocińcu było zbiorowe żywienie, to poza nim, w cywilu, już nie. Dostawało się pieniądze, rupie na utrzymanie – na dziecko 45 rupii, na starszą osobę 53.

Nie wiem, z czego to się wzięło, ale ja nie lubiłem szkoły. Nie znosiłem szkoły, po prostu. Byłem zagubiony i pamiętam, jak w pierwszej klasie miałem poprawkę z czytania. Przydzielono mi wtedy do nauki czytania harcerkę Zofię Dudkównę, która nie mogła sobie ze mną poradzić, bo stale jej uciekałem. Wtedy pani Wereszczakowa, która uczyła religii, przywiązywała mnie nitką do nogi stołu. Ja ryczałem, ale nitki bałem się zerwać. Świadectwo miałem „piękne”, same dostateczne. A dzisiaj wszyscy się z tego śmieją. A żeby było ciekawiej, to po powrocie do Polski pani Wereszczakowa stała się moją drugą matką.

- A z jakich podręczników uczyły się polskie dzieci w Valivade? Książki w języku ojczystym nie były chyba ogólnodostępne?

- Nie było żadnych elementarzy, tylko taka książka „Pan Tom buduje dom”. Dopiero później zaczęto drukować w Palestynie podręczniki w języku polskim. Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej zaczęło zajmować się tym i z biegiem czasu ukazywało się coraz więcej tytułów. W Teheranie pamiętam, że się pisało na takich tabliczkach rysikiem, to było wszystko bardzo prymitywne.

- Z tego co się orientuję, w Valivade funkcjonował prężnie Kościół katolicki i harcerstwo; mógłby Pan powiedzieć coś więcej na ten temat?

- Zaczęło się wszystko od tego, że z jednego z baraków, który był przeznaczony wstępnie na szkołę, zrobiono kościół – piękny, z intrygującą wieżyczką, zachowały się nawet jego zdjęcia. I ten kościół zaczął gromadzić wszystkich mieszkańców osiedla. Posługę kapłańską pełnił w tym miejscu fantastyczny ks. Leopold Dallinger. Tam przystępowałem też do pierwszej komunii i bierzmowania. Ruch harcerski również rozwijał się prężnie. Było ponad trzydzieści drużyn, a i zuchowych od groma. To były fantastyczne organizacje i zarazem bardzo atrakcyjne dla młodzieży. Widziałem autentyczny patriotyzm, który na co dzień był w Valivade kultywowany. Do harcerstwa wstąpiłem dopiero pod koniec swego pobytu w Valivade (przyjmowano po ukończeniu 11 lat). W drużynie byli chłopcy starsi ode mnie. Moim drużynowym był wtedy Jerzy Krzysztoń1. Ja z jego bratem Januszem trochę się kolegowałem.

- Powrócę jeszcze na chwilę do szkoły, do personelu, który tam nauczał. To byli zawodowi nauczyciele czy bardziej tacy z przymusu?

- Personel, który nauczał, był różny. Byli zarówno zawodowi nauczyciele, którzy swoją pracę wykonywali jeszcze przed wojną, ale byli i tacy, którzy zaczęli nauczać, bo taka była potrzeba chwili. Jako instruktorów harcerskich przysłano do Valivade w 1944 r. porucznika Zdzisława Peszkowskiego2 – do szkolenia drużynowych zuchowych, oraz kapitana Bronisława Pancewicza – do szkolenia drużynowych harcerstwa. Także armia polska dawała to, co miała najlepszego. Pani Handerek to była np. przedwojenna magister i ona uczyła w gimnazjum.

- A w jaki sposób ludzie spędzali czas wolny?

- Było kino i był teatr. Do kina, żeby wejść, to trzeba było zapłacić. Myśmy oczywiście, jako dzieci, nie mieli żadnych pieniędzy, ale robiliśmy sobie dziurki w ścianie i patrzyliśmy, co wyświetlają. Wchodziliśmy też na gapę.

georgic

Georgic. Fot. Polacy w Indiach 1942-1948 w świetle dokumentów i wspomnień, red. L. Bełdowski.

- A pamięta Pan jakie filmy wtedy puszczano?

- O Tarzanie przede wszystkim. To bardzo działało na wyobraźnie, bo myśmy mieli podobną scenerią zaraz pod nosem. Bawiliśmy się w berka na drzewach mangowych. Trzeba było uważać, bo one maja kruche gałęzie i bardzo łatwo o wypadek. Takie to były zabawy. Jak był film o Zorro, to później każdy chciał być Zorro i wszyscy lataliśmy z kijami. Jak na filmie była pokazana hodowla zwierząt, to my zaraz to chcieliśmy naśladować. Hodowaliśmy wiewiórki, papugi, małpki, mangusty oraz osy.

- W trakcie naszej rozmowy padły już dwa znane nazwiska – Jerzy Krzysztoń i Zdzisław Peszkowski. Czy podczas pobytu w Indiach w latach 40. zetknął się Pan jeszcze z jakimiś fascynującymi postaciami?

- Oczywiście, jedną z takich osób, którą zapamiętałem, a która nas odwiedzała w Valivade, była Wanda Dynowska3, czyli Umadevi. Ona przyjaźniła się z Mahatmą Gandhim. Niezwykła osobowość! Polka, która od przed wojny przebywała w Indiach. W dosłownym tłumaczeniu Umadevi to jest Świetlista Dusza. Opowiadała mi koleżanka, jak kiedyś wracała z nią z Bombaju pociągiem i siedziały przy oknie, a gdy pociąg stanął w Punie, to Hindusi, przechodząc obok wagonu, oddawali Dynowskiej cześć. Ona była bardzo znana, bo też wiele na rzecz Indii zrobiła. W Valivade między innymi głosiła nowatorskie prądy współistnienia religii, młodzież się do niej garnęła.

- W jakich okolicznościach Polacy zaczęli opuszczać Valivade?

- Dopóki istniało polskie Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej w Londynie, to wszystkie polskie osiedla na całym świecie były finansowane przez nasze władze na różnych zasadach kredytowych. Indie nie były tutaj żadnym wyjątkiem. W momencie, w którym rząd stracił akredytację i poparcie aliantów zachodnich, to była bodaj jesień 1945 r., pojawił się problem. Na szczęście później powstała UNRRA4 i ona przejęła finansowanie, więc wszystko się trochę uspokoiło. Zaczęli przyjeżdżać do Valivade emisariusze rządu ludowego i agitowali za powrotem do kraju. Ja wtedy nie zdawałem sobie sprawy, na jakich zasadach będzie się to odbywać, ale starsi wiedzieli, że w kraju rządzą komuniści związani z ZSRR. Nie było też żadnej wyraźnej deklaracji, czy inne kraje nas przyjmą. Według prawa międzynarodowego rząd ludowy upomniał się o dzieci do 16. roku życia, które przebywały w sierocińcach, ponieważ podlegały one prawu państwa macierzystego. W Valivade wszystkimi możliwymi sposobami zapobiegano możliwości powrotu polskich dzieci z sierocińców do kraju. Pojawiły się wtedy akcje adopcji zbiorowych, rozpisywano listy, które podpisywali nauczyciele, księża, a nawet sami Hindusi.

- Czy chętnie decydowano się na powrót do kraju?

- Większość nie interesowała się powrotem, dlatego że to była ludność Kresów Wschodnich, a te tereny po II wojnie światowej utraciliśmy. Więc tak naprawdę nie było do czego wracać. Decydowały też różne rodzinne powiązania z tymi krewnymi, którzy walczyli w armii Andersa. Trzeba pamiętać, że wiele osób przebywających w Indiach miało w wojsku swoich ojców, braci i to motywowało ich do dalszych działań. Powtarzano wtedy pytanie, co będzie z żołnierzami? Kto ich przygarnie po wojnie? Anglicy początkowo nie chcieli się zgodzić nawet, żeby na ich terytorium pozostali ci, którzy walczyli w 2. Korpusie Polskim. Sprawa żołnierzy wpływała w sposób znaczący na podejmowane decyzje.

- A w jaki sposób Pan powrócił do Polski?

- W 1947 r. zaczęła się kształtować moja świadomość, miałem prawie 12 lat. Niania, która się wtedy mną opiekowała, zaczęła mi opowiadać o ojcu i nawiązała z nim kontakt. On był w niewoli niemieckiej, ale po wojnie znalazł się już w Polsce. Mniej więcej w tym samym czasie Polacy w Indiach zaczęli zastanawiać się: co dalej? Oczywiście dzieci patrzą na to zupełnie inaczej niż dorośli. W chwili, w której dowiedziałem się, że mój ojciec żyje, w ogóle nie wiedziałem, co mam ze sobą począć. Było mi wstyd, bo dla mnie był to zupełnie obcy człowiek, którego nawet nie pamiętałem. Ojciec zadecydował najpierw, żeby wysłać mnie do USA, ale później zmienił zdanie i stanęło na tym, że mam wracać do kraju. W rezultacie wróciłem do Polski statkiem „Georgic” w lutym 1948 r.

- Może pan dokładniej opisać swoją podróż?

- Wyruszyłem przedostatnim transportem z Valivade. Najpierw podróżowałem pociągiem do Bombaju, pamiętam te wszystkie tunele po drodze. W Bombaju statek stał na redzie. Na drugi dzień, stoję oparty o balustradę, nagle słyszę komunikat – zamordowali Gandhiego! To ja się prawie popłakałem, dosłownie mnie zatkało. Ci starsi, to oni w ogóle tak tego nie przeżywali. Oni cały czas zajęci byli tylko utraconą ojczyzną i krzewieniem polskiego patriotyzmu. W szkołach cały czas opisywali, jak wygląda wiosna, lato, jesień i zima, ale nie w Indiach, tylko w Polsce! Dopiero dzisiaj niektórzy z nich zastanawiają się, jak te Indie wyglądały? Dla mnie miłość do ojczyzny też była ważna, ale ja miałem zupełnie inne odczucia i skojarzenia związane z samym pobytem w Indiach. Ja zamiast do szkoły często chodziłem na wagary i stale podpatrywałem życie Hindusów.

- Niesamowita sprawa, więc był Pan świadkiem historycznego wydarzenia! Mógł Pan też zaobserwować na żywo różne reakcje ludzi. Moglibyśmy tu przystanąć, ale interesuje mnie, jak wyglądał dalszy ciąg Pana podróży.

- „Georgic” płynął dalej przez Kanał Sueski, zatrzymał się na moment w Port Saidzie, ale celem podróży statku była Anglia. My wysiedliśmy po drodze w Neapolu i koleją dotarliśmy do Rzymu. Później wsiedliśmy w kolejny pociąg, pamiętam, że wtedy był środek zimy, a my przejeżdżaliśmy przez Alpy. Ostatnią stacją już w Polsce był Kędzierzyn-Koźle. Tam musieliśmy odbyć kwarantannę. W Kędzierzynie po raz pierwszy odwiedził mnie mój ojciec. Przyjechał i pierwsze moje wrażenie było takie, że jest mały, niski i trochę zgarbiony. Nie czułem praktycznie nic, poznałem po prostu nowego człowieka. Po odbyciu kwarantanny ojciec mnie zabrał. W Katowicach pamiętam, że jak była przesiadka, to poszliśmy na obiad i smak tamtego mielonego zapamiętam chyba do końca życia. W końcu dotarliśmy do dziadków mojej mamy w Krakowie.

- W toku wywiadu powiedział Pan, że pani Wereszczakowa, która uczyła pana religii w Valivade, została w Polsce Pana drugą matką. Jak do tego doszło?

- Kiedy mieszkaliśmy już z ojcem w Paczkowie, pojawiła się tam moja niania, opiekunka z Indii. Ojciec załatwił jej pracę sprzątaczki w przedszkolu, dostała też małe mieszkanko. Co jest ważne, ona ojca zaznajomiła z panią Wereszczakową. Ojciec do niej jeździł w zielonogórskie i wnet się pobrali. Ja zyskałem, bo panią Wereszczakową – którą nazywałem maminką – znałem lepiej niż ojca. To była złota kobieta, ona miała fantastyczny charakter. Przez ożenek ojca powiększyła się moja „hinduska” rodzina, więc byłem bardzo zadowolony. Pani Wereszczakowa miała córkę Irenę i wychowanicę Janinę, które znałem jeszcze z czasu swego pobytu w Indiach.

- Jest Pan prezesem Koła Polaków z Indii z lat 1942–1948. W jaki sposób doszło do powstania tej organizacji?

- Oficjalnie organizacja powstała najpierw w Londynie w Wielkiej Brytanii, a później dopiero w Polsce. W kraju takie nieoficjalne zjazdy „Indian” odbywały się jeszcze w okresie komunizmu. Najbardziej znaczące spotkanie miało miejsce w latach 80. w Częstochowie. Zjechało tam wtedy blisko 300 osób. Wszystko było oczywiście nielegalne, ale myśmy zostali zmobilizowani przez ks. prałata Zdzisława Peszkowskiego, naszego Druha Rysia z Valivade.

Po 1989 r. najpierw powstało Koło Polaków z Indii w Londynie, a później powołaliśmy podobną organizację w Polsce w 1991 r. Czuliśmy wtedy potrzebę upamiętnienia naszej historii, chcieliśmy także zadbać o zabytki i świadectwa bytności naszych rodaków w Indiach. Jednocześnie zależało nam, żeby upamiętnienia przyjmowały formę nie tylko papierową, ale i pomnikową. W latach 80. ubiegłego wieku odsłonięto najpierw tablicę upamiętniającą Polaków w Balachadi, a potem członkowie Koła Polaków z Indii, za własne pieniądze, wznieśli Pomnik Wdzięczności w Valivade-Kolhapur. Postanowiliśmy także, że będziemy co dwa lata urządzać światowe zjazdy. Najwięcej z nich odbyło się w Polsce. Najpierw była Warszawa, a później m.in. Wasilków pod Białymstokiem, Polanica, Nałęczów, Waplewo i Będlewo. I wreszcie najbardziej udany według mnie dwunasty zjazd w Szczawnicy. Wtedy wszystko nam się udało, a oprócz tego, że się spotkaliśmy, to jeszcze rozpropagowaliśmy nasz kraj wśród hinduskiej dyplomacji. Na tego typu imprezę przyjeżdża najczęściej ambasador Indii, ale jest zwykle tylko podczas rozpoczęcia. A w Szczawnicy akurat udało mi się zachęcić panią ambasador, żeby na drugi dzień wzięła z nami udział w spływie Dunajcem. Zrobiłem dobra reklamę temu miejscu, tak że dzisiaj wielu hinduskich dyplomatów tam przyjeżdża.

- Dziękuję za wywiad.

 

 

Andrzej Jan Chendyński (ur. 1936 r. we Lwowie) – ukończył ekonomię w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (dzisiaj Szkoła Główna Handlowa), od 2007 r. prezes Koła Polaków z Indii z lat 1942–1948. Wcześniej pełnił funkcję wiceprezesa tego stowarzyszenia. Główny organizator światowych zjazdów Polaków z Indii, które odbywają się co dwa lata (ostatni miał miejsce w Londynie w 2014 r.). Sybirak, kombatant. Odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Zesłańców Sybiru, a przez Ministra Spraw Zagranicznych Odznaką Honorową „Bene Merito” za międzynarodową współpracę z Indiami.

  1. Jerzy Krzysztoń (1931–1982) – polski prozaik, dramaturg, reportażysta oraz tłumacz. W 1956 r. został kierownikiem Redakcji Słuchowisk Polskiego Radia. W latach 1979–1981 w Polskim Radiu prowadził audycję „Poczta Literacka”. []
  2. Zdzisław Peszkowski (1918–2007) – prezbiter katolicki, doktor filozofii, kapelan Jana Pawła II, harcmistrz oraz kapelan „Rodzin Katyńskich” i pomordowanych na Wschodzie. Pochodził z rodziny szlacheckiej herbu Jastrzębiec. Po maturze podjął studia i służbę w Szkole Podchorążych Kawalerii w Grudziądzu. Brał udział w kampanii wrześniowej podczas II wojny światowej jako podchorąży kawalerii. Na wschodzie dostał się do niewoli sowieckiej i był więźniem Kozielska. Ocalony od śmierci w Katyniu. Oficer I Pułku Ułanów Krechowieckich w Korpusie Armii Polskiej. Przeszedł szlak wojenny przez Rosję, Iran, Palestynę, Irak, Egipt, Indie, Syrię, Liban, Włochy oraz Anglię. Po zakończeniu II wojny światowej studiował w Oxfordzie, później w Polskim Seminarium w Orchard Lake, na Uniwersytecie Wisconsin, University of Detroit i Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie. []
  3. Wanda Dynowska (1888–1971) – polska pisarka, tłumaczka, działaczka społeczna, popularyzatorka teologii i filozofii hinduizmu w Polsce oraz kultury polskiej w Indiach. Ambasadorka kultury indyjskiej i polskiej, karma jogini, założycielka i organizatorka Biblioteki Polsko-Indyjskiej. []
  4. United Nations Relief and Rehabilitation Administration (z ang. Administracja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy) – organizacja międzynarodowa utworzona w 1943 r., w Waszyngtonie z inicjatywy USA, Wielkiej Brytanii, ZSRR i Chin w celu udzielenia pomocy obszarom wyzwolonym w Europie oraz Azji po zakończeniu II wojny światowej. []

Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick i wysłać komentarz. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum. Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

3 komentarze

  1. Anonim napisał(a):

    Wielkie doświadczenie Polsko -Indyjskie <3

  2. krystyna napisał(a):

    To bardzo ciekawa historia,polskie dzieci,sieroty przeżyły koszmar wojny, szczęśliwie, otoczone troską w obcym Kraju.A może nasz rząd obecnie stworzył by taki sierociniec dla syryjskich dzieci....To byłoby coś wielkiego !!!

  3. Bilbo napisał(a):

    Polski rząd mógłby stworzyć sierociniec dla syryjskich dzieci, mógłby spokojnie przyjąć jakąś liczbę matek z dziećmi z Syrii, tylko jest jeden problem. Nacisk na Polskę ze strony Unii Europejskiej w związku z tzw. relokacją uchodźców jest tak olbrzymi (dochodzi jeszcze nacisk części polskiej opozycji z PO na czele), że nasz rząd tak naprawdę był zmuszony usztywnić swoje stanowisko w tej sprawie z bardzo prostego powodu. Gdybyśmy odpuścili chociaż o milimetr to Unia wymusiłaby na nas kolejne żądania. I o to chodzi. Nie o 7, 10 czy ileś tam tysięcy uchodźców w Polsce (notabene, chyba trzymanych w obozach pod strażą, bo inaczej przecież większość szybko zwieje na Zachód), tylko o złamanie polskich władz. Dlatego Pani Premier Szydło nie godzi się na żadnych uchodźców.

Zostaw własny komentarz