Polska stalowa dama. Wywiad z Kamilą Henkelman


Na co dzień jest promienną i uśmiechniętą filigranową kobietą prowadzącą sklep dla rekonstruktorów. Wszystko się zmienia, kiedy wychodzi na ubitą ziemię. Wtedy Kamila Henkelman przeradza się w rasowego wojownika oraz reprezentantkę Polski na arenie międzynarodowej w sportowych walkach rycerskich. W rozmowie z nami przedstawia kulisy tego fascynującego sportu oraz historię walki o pozycję kobiet w ruchu rekonstrukcyjnym.

Kamil Kaniuka: Jesteś bardzo młodą osobą. Kiedy zaczęła się twoja przygoda z rekonstrukcją historyczną?

13569004_1079146045513261_5728085364531095200_o

fot. zbiory Kamili Henkelman

Kamila Henkelman: Można powiedzieć, że był to rok 2008. Trenowałam już dziesięć lat szermierkę sportową, w czasie, kiedy trenowaliśmy typowo technicznie, chodziłam również na siłownię, dodatkowo sama ćwiczyłam w domu. W tym okresie uczęszczałam do klubu szermierczego SALUT. W klubie poznałam ludzi, którzy powiedzieli mi, czym jest rekonstrukcja, i uświadomili, że szermierka to nie jest jedyna możliwość. Z tym okresem wiążę się także postać Bartka Ligockiego1 . „Ligi” zaczął przynosić szable i miecze, wtedy stwierdziłam, że chciałabym tego spróbować. Na Grunwald pierwszy raz pojechałam w 2010 roku, po imprezie zaś poznałam kilka dziewczyn. Wtedy tak naprawdę zrozumiałam, że kobiety mogą walczyć.

Jak wyglądają treningi, podczas których przygotowujesz się do turniejów?

Spotykamy się w Centrum Walk Historycznych „Esillon” w Poznaniu2 . Poza sezonem, czyli od września do okolic maja, mamy treningi dwa do czterech razy w tygodniu – w zależności od liczby osób i zaangażowania w przygotowania do sezonu. W tym sezonie musiałam odpocząć po kontuzjach, ale w moim pierwszym „zawodowym sezonie” miałam cztery treningi w tygodniu trwające od dwóch do czterech godzin w zależności od tego, ile zdołaliśmy wytrzymać.

Zajmujecie się także rekonstrukcją historyczną?

– Teraz już coraz mniej, jednak od tego zaczynałam. Oczywiście jest kilka imprez, których nie odpuszczam, ponieważ bardzo je lubię, ale głównie zajmuję się sportowymi walkami rycerskimi. Rekonstrukcja jest pomocą marketingową dla sklepu, ale nie jest naszym głównym celem.

Czy jeśli jedziesz na imprezę typowo rekonstrukcyjną, zrzucasz zbroję? Czy mimo wszystko nadal bierzesz udział w walkach?

944918_1023372257757307_1563516498448208334_n

fot. zbiory Kamili Henkelman

Nawet jeśli nie ma turniejów dla kobiet, to wychodzę do męskich, w inscenizacjach także uczestniczę. Wychodzę, gdzie się da, niezależnie od tego, czy jest to turniej w małej miejscowości, czy ogromne zawody. Nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi, poza tym zawsze można się nauczyć czegoś nowego. Inscenizacja świetnie uczy, czym jest orientacja w terenie. Każdy turniej jest świetną okazją do treningu i nauki.

Jak publika reaguje w momencie, gdy zauważa, że pod zbroją kryje się kobieta? Okazuje zdziwienie?

– Tak, szczególnie wtedy, gdy kobieta uczestniczy w męskim turnieju. Miałam taką sytuację we Francji, gdzie jestem w pierwszej piątce, jeśli chodzi o męskie turnieje. Natomiast w Niemczech na czterdzieści pięć osób byłam siódma. W Rosji kobiety mają dużo większe doświadczenie, jeśli chodzi o kobiece walki rycerskie. Tatiana Gusiewa wygrała teraz pierwszą Bitwę Narodów, ale ona trenuje od ponad dziesięciu lat.

Pozwól, że dopytam: jak walczące kobiety zostały odebrane przez ruch rekonstrukcyjny?

– Maja Olczak w ruchu była ewenementem – walcząca kobieta była czymś egzotycznym. Sporo osób to zaakceptowało, jednak nie brakowało też takich, którzy byli przeciwko tej idei, twierdzili, że to nie jest zajęcie dla kobiet, ponieważ są one na to za słabe. Na początku było jedynie pięć walczących dziewczyn. Nie były to profesjonalne walki rycerskie. Odbierano to jako zabawę. Sytuacja zmieniła się dopiero wtedy, gdy liczba kobiet chętnych do walki się zwiększyła. Dopiero Bitwa Narodów trzy lata temu wprowadziła oficjalną kategorię kobiet.

Jaka jest więc rola kobiet w ruchu rekonstrukcyjnym? Mam na myśli średniowiecze, gdyż właśnie w tej epoce się obracasz. Jako obserwatorowi wydawało mi się, że jest uważana za Hestię.

13490784_1073450552749477_8059813731451171707_o

fot. zbiory Kamili Henkelman

– Tak było do pewnego momentu. Sytuacja zmieniła się właśnie trzy lata temu. Przed oficjalnym zatwierdzeniem kobiety były traktowane po macoszemu. Na turniejach pojawiały się tylko w trakcie festynowych zabaw, w których czasie mogły jedynie dla rozrywki spróbować swoich sił. Profesjonalne walki rycerskie były zajęciem typowo męskim. Nawet jeśli znalazły się kobiety, które naprawdę chciały trenować, to jednak stanowiły bardzo niewielki odsetek. Ja w tamtym okresie poznałam trzy takie osoby.

Wyłania nam się zatem obraz emancypacji samego ruchu. Czy wzorem był zachód Europy, gdzie udział kobiet w ruchu średniowiecznym były czymś normalnym?

– W ruchu wczesnośredniowiecznym nigdy nie było problemu, kobiety zawsze mogły walczyć.

Mam jednak nieco inne wrażenie.

– Gdy pięć lat temu zaczęłam jeździć na imprezy wczesnośredniowieczne, znałam przynajmniej siedem dziewczyn, które walczyły. Wtedy też poznałam swojego obecnego narzeczonego, w którego ekipie także była walcząca kobieta. We „wczesnym„ było to dużo bardziej normalne niż w ”późnym”. Oczywiście są zawsze ekipy, w których się twierdzi, że kobieta ma swoje określone role i w żadnym wypadku nie nadaje się do walki. Jednak takie opinie zawsze będą, bez względu na sytuację.

A może mężczyźni się boją, że mogą zostać pokonani przez kobietę?

– Niejednokrotnie spotkałam się z sytuacją, w której mężczyzna odmawiał walki, tłumacząc, że jak wygra, to ludzie będą mówić, że bije kobietę, ale jak przegra, to będzie jeszcze gorzej. Na początku właśnie tak było, jednak teraz już coraz częściej pytają, kiedy mogą liczyć na wspólny pojedynek. W takich sytuacjach trzeba udowodnić, że jest się walczącym, a nie kobietą.

Ja teraz widzę przed sobą delikatną kobietę, co zdecydowanie kłóci się z wizerunkiem twardzielki zakutej w blachę i tłukącej facetów po głowach.

– Kobiety walczące powinno się traktować poważnie. Ubieramy się w zbroję i wchodzimy w szranki tylko dlatego, że chcemy – to starałam się wszystkim przekazać przez ostatnie trzy lata swojej działalności w ruchu rekonstrukcyjnym kobiet. Chcemy sobie coś udowodnić, ale też zdajemy sobie sprawę z tego, co się dzieje. Na początku mężczyźni byli w szoku, jednak to zmieniło się po wspólnych treningach i walkach. Zaczęliśmy normalnie ze sobą rozmawiać, wspólnie ćwiczyć na wyjazdach – okazało się, że jest to możliwe. Trzeba jednak zaznaczyć, że do teraz się zdarza, że dziewczyna po dostaniu tzw. mocniejszego strzała zaczyna płakać. Właśnie tych sytuacji mężczyźni chcą uniknąć. Natomiast jak zobaczą, że dziewczyna daje z siebie wszystko podczas walki i nie odpuszcza, to mają do niej zupełnie inne podejście.

 Zmieńmy nieco temat. Rosjanie doszli już do pewnego punktu rozwoju sportowych walk rycerskich – robią z nich produkt marketingowy. Jaka jest Twoja opinia na ten temat?

– Moim zdaniem to bardzo dobrze. Ma to na celu uświadomienie społeczeństwu, że walki rycerskie są sportem, mimo tego, że pewnie w najbliższym czasie nie będą uznawane za takowy, gdyż trzeba by najpierw ujednolicić wszystkie zasady i parametry, atesty musiałyby zostać opisane. Jednak myślę, że wszelkie działania marketingowe pokazują, że jest to produkt, który można sprzedać, na którym można zarobić i który można propagować. To nie jest tylko zabawa – w to można inwestować.

Ruch rekonstrukcyjny bardzo się komercjalizuje, ja uważam, że to dobrze. Ludzie zajmują się tym latami, a za umiejętności i doświadczenie się płaci.

– Tak samo tutaj, a dwa następne lata będą przełomowe. Okaże się, w którą stronę pójdzie Europa Zachodnia, gdyż to wschód kontynentu nadaje tempo. Nie wiadomo jednak, czy Zachód pójdzie za nowym trendem. Tu chodzi też o rycerską kadrę Polski. Byliśmy w telewizji wielokrotnie, pokazywano nasze ostatnie osiągnięcia – przez minione dwa lata naprawdę nam się poszczęściło. Skompletowaliśmy świetnych zawodników, teraz trzeba pokazać, że w to można inwestować. Żeby być najlepszym na świecie, trzeba mieć pieniądze, a jeśli się tego odpowiednio nie sprzeda, to nikt nic nie dołoży, bo nie będzie w tym widział jakiejkolwiek korzyści finansowej. Świetnym przykładem jest Ukraina i ich klub KNIAŹ. U nich większość zawodników ma zbroje wypożyczone z klubu, opłacane wszystkie wyjazdy , po pięć treningów w tygodniu (po dwie–trzy godziny, w zależności od stopnia zaawansowania). Natomiast u nas trudno jest zorganizować choćby kilka spotkań w ciągu roku dla całej kadry Przez brak wsparcia finansowego nigdy nie będziemy tak dobrzy, nawet jak zbierzemy najlepszych zawodników.

Wiem, jak to wygląda w męskiej kadrze, ale czy wy kobiety hodujecie w sobie zaplecze w postaci nowego narybku?

– Dopiero od tego roku, kiedy ja zostałam kapitanem. Wcześniej walczyły średnio trzy– cztery dziewczyny, które często się zmieniały. Na stałe w kadrze były dwie–trzy. Natomiast kiedy ja zostałam kapitanem, okazało się, że nagle mamy piętnaście walczących, z czego pełnozbrojnych mamy osiem dziewczyn! To jest kapitał, na którym można budować. Teraz złożyłyśmy podstawową piątkę, wszystkie pojedynki także mamy obstawione. W przyszłym roku konieczne będą eliminacje, gdyż jest więcej chętnych niż miejsc. Wyciągam dziewczyny, gdzie się da: planujemy jechać do Danii, Niemiec, Hiszpanii, na Ukrainę. Ja osobiście bardzo lubię Hiszpanię, tam jest trochę inna mentalność, ludzie są o wiele bardziej otwarci, pozytywni, natomiast u nas, jeśli ktoś rzeczywiście się w to nie wdroży, to czuje się jak obcy. Od zeszłego roku to się na szczęście zmienia. Zaczęłam jeździć na Zachód i w sumie przez te dwa lata objechałam ponad trzydzieści turniejów. Z większości coś przywiozłam, nawet jednorożca.

O co chodzi z tymi jednorożcami?

13528167_1074090879352111_4181702538893456043_o

fot. Kamil Kaniuka

– Wszystko zaczęło się od szukania wzoru na tarczę. Moje tło na tarczy jest związane z herbem rodzinnym. To jest herb Heinzców. Po ewolucji nazwiska może być powiązane z Henkelman. Mnie zależało, żeby na tarczy było cos jeszcze, coś tylko mojego, wskazującego konkretnie na moją osobę. Zaczęło się od znajomego tatuażysty, który stwierdził, że można by skorzystać z postaci jakiegoś stworka, którego kiedyś tatuował, no i wybrał zombie-jednorożca. Pomysł bardzo mi się spodobał, jednorożec nawiązuje do średniowiecza, ale jednocześnie jest to też coś innego. Trochę go uwspółcześniliśmy, ale przez samo to, że stoi na tylnych nogach, nawiązuje do tej epoki. Znajomy zrobił projekt i wrzuciliśmy go na tarczę, a namalował mi to Łukasz Zwierzyński. Ten wzór na początku wzbudzał spore kontrowersje, ale potem ludzie zaczęli mnie rozpoznawać. Dodam, że na początkowych turniejach nie miałam swojego sprzętu i moje przygotowywania do nich nie były na najwyższym poziomie, a jednak mimo tego dwa turnieje wygrałam, dlatego uznałam, że fajnie by było to kontynuować.

Ile średnio waży twoje oporządzenie?

– Średnio szesnaście kilogramów. Moja blacha jest wykonana ze stali sprężynowej, być może stopniowo będę zmieniała niektóre elementy na tytanowe, żeby zmniejszyć wagę, ale jednak nie jestem do tego przekonana. Przy pojedynkach mam na sobie z kolei czternaście kilogramów, plecy mam okrojone, jeśli chodzi o ilość blaszek. Oczywiście to ma związek z tym, że jestem mała, dlatego mam na sobie mniej materiału. Chłopaki często noszą około dwudziestu sześciu kilogramów, wszystko zależy od gabarytów człowieka. Ja jestem prawie najmniejsza ze wszystkich walczących kobiet – tylko jedna Ukrainka jest mniejsza ode mnie.

Ale, że dzięki temu jesteś szybsza i bardziej mobilna. Wydaje mi się jednak, że to twoja budowa ciała może być problemem w aspekcie zasięgu ramion.

– Największy problem jest z samą wagą. W zeszłym sezonie ważyłam nieco ponad pięćdziesiąt kilogramów. W Malborku walczyłam z Nowozelandką, która w blachach ważyła sto pięć kilogramów, w Bitwie Narodów zaś – z Argentynką, która ważyła sto piętnaście, co daje aż pięćdziesiąt kilogramów różnicy.

Nie masz problemów z utrzymaniem się na nogach po mocniejszych ciosach?
– Mnie przewrócić jest bardzo trudno. Oczywiście na początku na każdym turnieju leżałam, ale to była wina postawy, która została mi po szermierce sportowej. Potem jednak, po wielu treningach, połączyłam ze sobą te dwie techniki. Moja postawa teraz mieści się gdzieś pomiędzy, przez co dziewczyna z Hiszpanii, ważąca ponad sto kilogramów, nie była w stanie mnie przewrócić. Postawa w ogóle jest niezwykle istotna. Najważniejsze są właśnie dopasowanie zbroi i postawa. Dlatego nie jest oczywiste, że osoba dużo cięższa ode mnie zwycięży – wiadomo, że będzie mi ciężko podczas walki, ale również mam szansę. Najważniejsze to ciągle się uczyć.

Wracając do Twoich osiągnięć: z pierwszego sezonu przywiozłaś ponad dwadzieścia medali. Co było później?

13645318_1084402151654317_3127688023378906803_n

fot. zbiory Kamili Henkelman

– Potem trenowałam całą zimę, miałam trzy lub cztery treningi w tygodniu. Im bliżej sezonu, tym więcej. Na pierwszym turnieju się spaliłam – chyba dlatego że za bardzo chciałam. Po tym turnieju nadal mi bardzo zależało, nie nastawiałam się jednak na zwycięstwo za wszelką cenę. Przede wszystkim to powinna być dobra zabawa, a nie próba spełnienia oczekiwań innych ludzi. We Francji miałam już zupełnie inne nastawienie. Oczywiście też się stresowałam, zresztą do dzisiaj, gdy wychodzę w szranki, strasznie się stresuje, mimo że mam za sobą już ponad trzydzieści turniejów. Jak już zamknę hełm, to emocje opadają – nieważne, czy się wygra, czy się przegra, najważniejsza jest radość z walki. Dodam, że przed walką jestem straszną marudą, ludzie powinni wtedy ode mnie uciekać. Ostatnio Maja Olczak musiała mną potrząsnąć, bo zaczynałam tak marudzić. Dziewczyny już się nauczyły ze mną obchodzić.

Wróćmy jednak do poprzedniego tematu. Co się działo po zimie treningowej?

– Potem odbył się turniej w Bernau, następnie w marcu byłam na turnieju we Francji, skąd wreszcie przywiozłam championa. Głównie uczyłam się walki na miecz i tarczę, wtedy we Francji zaś pierwszy raz wyszłam do triatlonu, tak na zasadzie próby. W kwietniu pojechałam do Czech – wyjazd miał być treningiem, ale się okazało, że był tam turniej, w którym wygrałam na miecz i tarczę. Następnie Bitwa Narodów, pojechałam na nią w ciemno – wzięli mnie do kadry, więc pomyślałam: „zobaczymy, co z tego wyjdzie”. Udało mi się zdobyć wtedy czwarte miejsce. Nie ukrywam, że ludzie byli zdziwieni, gdyż to był mój pierwszy oficjalny sezon. Wtedy walczyłam z Rosjankami, przez co się bliżej poznałyśmy, dodatkowo obgadałyśmy metody treningowe, co było dla mnie ogromną motywacją, aby coś ze sobą robić dalej. Kopa motywacyjnego dały mi też pierwsze warsztaty dla kobiet, które odbyły się w marcu. Potem już w każdym miesiącu jeździłam wszędzie, gdzie się dało: Niemcy, Francja, Hiszpania... I tak aż do listopada. Miałam wtedy problemy zdrowotne, dlatego musiałam nieco odpuścić zimę.

Jak wypadłaś w tegorocznej Bitwie Narodów?

11885106_901578996603301_8417803383273475991_n

fot. zbiory Kamili Henkelman

– Tegoroczna bitwa była dość kontrowersyjna, głównie jeśli chodzi o trójki kobiece, a ja byłam w tym roku kapitanem. Pojawiło się nieco problemów w relacjach zawodnicy–sędziowie. Wynikało to z faktu, że wtedy kobiety pierwszy raz wychodziły na trójki w Bitwie Narodów. Nie wiedziano, jak potraktować walki kobiet, jak potraktować zagrywki, przez co były nieporozumienia i niejasności w sędziowaniu. Dlatego wcześniej tłumaczyłam dziewczynom, że to jest eksperyment i nie da się przewidzieć, co się tam będzie działo. Majka dostała czerwoną kartkę. Niestety było widać, że trafiła w niedozwolone miejsce, oczywiście nie celowo. Nie ukrywam, że to nas bardzo zdemotywowało, gdyż musiałyśmy do wszystkiego wychodzić we dwie przeciw trzem przeciwniczkom. Przez to nie miałyśmy szans na wyższą lokatę. W pojedynkowaniu się przegrałam tylko jednym punktem w ćwierćfinale. Może to była kwestia niedotrenowania, a może braku szczęścia, które także jest potrzebne. W walce z Ukrainką sklinowała mi się broń, przez co przegrałam, mimo że technicznie byłam lepsza, no ale tak się potoczyło.

Mam wrażenie, że przedstawiasz obraz środowiska męskiego jako tego bardziej skonfliktowanego w porównaniu ze środowiskiem kobiecym. Mam rację?

– To wynika z tego, że jest nas mniej. Pewnie, że między nami też są spory, ale jednak są one znacznie rzadsze. Na forum polskiej kadry jest 120 walczących, a u nas na całym forum w ogóle kobiet walczących jest niespełna 230. Wspólne cele pomagają nam się dogadać, pomagają we współpracy. U nas panują raczej koleżeńskie relacje, co było widać na IMCF-ie, gdzie atmosfera była świetna, nawet pomimo przegranej. U mężczyzn rywalizacja jest dużo ostrzejsza, czego powodem jest wyższa stawka. My walczymy po to, żeby się pokazać, i dla medali, faceci zaś mają dużo cenniejsze nagrody: zarówno pieniężne, jak i rzeczowe. Ja z turniejów przywiozłam ponad dwadzieścia medali, ale nagrody tylko z trzech czy czterech. To wynika z tego, że walki kobiet dopiero raczkują, wciąż można usłyszeć na niektórych turniejach, że ktoś nie chce oglądać walk kobiet, bo są słabsze, mniej dynamiczne i agresywne, a ponadto jest to inny styl walki, co wynika z tego, że mężczyźni podchodzą do walki dużo bardziej siłowo i agresywnie, my zaś bardziej technicznie. W walkach MMA także widać różnicę między walkami kobiet i mężczyzn. Kobieta nigdy nie odpuszcza, nawet wtedy, gdy powinna.

12274772_941684855926048_8714592503570840376_n

fot. zbiory Kamili Henkelman

Wróćmy do kadry. Jak wygląda wasza piątka oraz kiedy i gdzie macie największe zgrupowanie?
– Nie mamy czegoś takiego jak największe zgrupowanie z tego względu, że to się usystematyzowało dopiero od tego roku, kiedy zaczęłam być kapitanem. Wcześniej kobiety robiły bardziej dodatkiem. Teraz wyszło na jaw, że kobiety mają lepszą średnią, jeśli chodzi o wgrywanie, przez co teraz wygląda to trochę inaczej. Staramy się organizować zgrupowania przynajmniej raz w miesiącu, poza tym spotykamy się na turniejach, o ile jest taka możliwość. Zawodniczki pochodzą z różnych miast, dlatego ciężko nam się spotykać. Jedna zawodniczka jest nawet z Izraela – to Ira Rogozowsjaka która, będąc na wakacjach w Polsce, spotkała jednego z naszych zawodników i od tego czasu walczy razem z nami, ale w barwach Izraela. W kadrze oprócz Iry i mnie w roli kapitana jest Dominika Badowska z Poznania, która walczy nieco dłużej ode mnie, a od trzech lat trenujemy razem. Mamy też nową dziewczynę – Małgorzatę Zięblińską, która w rekonstrukcji działa już dziesięć lat. Po długich przejściach wróciła i jest z nami w ekipie.

Czy utrzymujesz się z warsztatu i ze sklepu, które prowadzisz? Co tworzysz i w jakim zakresie?

– Sklep rozpoczął działalność pięć lat temu, założyliśmy go wspólnie z moim partnerem. Najpierw sprzedawaliśmy rzeczy związane z rekonstrukcją, czyli ubrania i uzbrojenie. Naszym pierwszym wyjazdem była Bitwa Narodów w Warszawie w 2012 roku, po nim zaczęliśmy szukać innych imprez tego typu. Okazało się, że bardziej dochodowe jest sprzedawanie uzbrojenia i broni, zaczęliśmy więc współpracę z innymi rzemieślnikami. Dochody nie były duże, aby coś zarobić trzeba było naprawdę dużo sprzedać. Na początku mieliśmy mały warsztat, który stopniowo się rozrastał. Rozpoczęliśmy współpracę z kowalami, którzy uczyli nas, jak robić pewne rzeczy, przez następne lata biznes się rozwijał. W momencie, kiedy zaczęłam walczyć, bardziej się w to zaangażowałam. Dzięki temu miałam też lepszy kontakt z walczącymi, wiedziałam, co jest ludziom potrzebne – wrzucałam to do sklepu. Im dłużej walczę, tym bardziej się z tym utożsamiam. Często pomagam chłopakom w warsztacie. Mój narzeczony zajmuje się robieniem głównie broni, ale też projektuje. Rzeczy związane z rekonstrukcją sprzedajmy już tylko głównie na zamówienie, jeździmy już przede wszystkim z uzbrojeniem i bronią. Ludzie mają większe zaufanie do osoby, która też walczy i się na tym zna. Gdy ktoś do mnie przychodzi, najpierw mówi mi, co chce robić na polu, zaś ja staram się do tego dopasować odpowiedni sprzęt. Na początku patrzono na mnie sceptycznie – no bo co kobieta może wiedzieć o rodzajach stali i walce? Dopiero gdy zaczęłam walczyć i wygrywać, ludzie spojrzeli na mnie inaczej . Dorobiłam się zaufania społecznego. Dzięki temu przełamałam stereotyp kobiety, która nie wie, o czym mówi. Niektórzy twierdzili, że mam wyuczoną regułkę tego, co powinnam powiedzieć. Korespondowałam kiedyś mejlowo z jednym klientem. Kiedy spotkaliśmy się na imprezie, klient podszedł do mojego ówczesnego narzeczonego i powiedział mu, że rozmawiał z nim na temat hełm. Odpowiedział od razu powiedział, że korespondował ze mną, na co klient odpowiedział: „niemożliwe” – to było bardzo urocze3 .

Przełamywanie stereotypów jest trudne, a mimo tego jakoś ci się udaje. Robisz świetne rzeczy, jesteś w tym dobra, masz wiele osiągnięć. No ale niestety, to jest droga krzyżowa...

12140813_921314614629739_1458493560214165676_n

fot. zbiory Kamili Henkelman

– To prawda, szczególnie wtedy, gdy jako pierwszy musisz przecierać szlaki. Niejednokrotnie jest to bolesne – bije zarówno po kieszeni, jak i po psychice. Bardzo się namęczyłam, aby przeforsować pewne rzeczy: i jako walcząca, i jako właścicielka sklepu – mój wiek w tym wcale mi nie pomaga. Początki były dla mnie niezwykle trudne. Potem dziewczyny się na mnie mocno oparły, zarówno w HMB, jak i w IMCF-ie zaczęłyśmy naciskać na to, aby kobiety też miały swoje miejsce na mistrzostwach świata. Teraz zarządzam ligą kobiecą w HMB, jestem reprezentantem, mocno się angażuje w struktury federacji, ponieważ im więcej człowiek wie, tym więcej może zdziałać. To oczywiście też nie było proste. Nie wystarczy tylko wygrywać, aby stać się oparciem dla innych, trzeba mieć niewątpliwie charakter lidera. Mimo tego, że robię, co mogę, to jednak nie zawsze jestem w stanie sprostać oczekiwaniom dziewczyn. Nie ukrywam, że sklep mi wiele rzeczy ułatwia, bo mogę z tego żyć, ale niejednokrotnie ucierpiały na tym dziewczyny albo moje życie prywatne. Raz jest dobrze po jednej stronie, raz po drugiej.https://www.youtube.com/watch?v=b_6jTHEVfh4

To świetne podsumowanie naszego spotkania. Życzę dalszych sukcesów i dziękuję za rozmowę.

– Ja również dziękuję.

Transkrypcja wywiadu: Jagoda Marek

Poniżej turniej kobiet na miecze długie, który odbył się na tegorocznych dniach Grunwaldu:

Korekta: Anna Rzepniewska

Czytaj także:

  1. Bartosz Ligocki jest członkiem Polskiego Stowarzyszenia Łucznictwa Konnego, https://historia.org.pl/2015/08/07/lucznictwo-konne-to-tradycja-sztuka-sport-i-wolnosc-ktora-uosabia-kon-wywiad-z-bartoszem-ligockim-i-borysem-zalewskim/ []
  2.  https://www.facebook.com/Esillon/?fref=ts []
  3.  https://www.facebook.com/Historicum/?pnref=lhc []


Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick i wysłać komentarz. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum. Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

Zostaw własny komentarz