Marcin Baryczka - natrętny wikariusz, którego Kazimierz Wielki kazał utopić w Wiśle |
W grudniu 1349 roku w Krakowie zginął ksiądz Marcin Baryczka, wikariusz katedry na Wawelu. Utopiono go w Wiśle, a winą za tę śmierć źródła obciążyły Kazimierza Wielkiego - władcę, którego pamiętamy jako budowniczego państwa, reformatora prawa i ostatniego Piasta na polskim tronie. To jeden z najtrudniejszych epizodów w jego panowaniu i zarazem przykład tego, jak z lakonicznej notatki kronikarskiej narodziła się rozbudowana legenda.
Kim był Marcin Baryczka?
O samym Baryczce wiadomo niewiele. Nie znamy daty jego urodzenia ani rodziny, z której pochodził. Pewne jest tylko to, że był wikariuszem katedry krakowskiej i że zginął gwałtowną śmiercią. Do historii przeszedł wyłącznie z powodu tej śmierci.
Nie był ani biskupem, ani możnowładcą, ani politykiem pierwszego planu. Naprzeciw monarchy stanął duchowny niższej rangi, bez własnego zaplecza politycznego - i właśnie ta dysproporcja sił sprawiła, że jego historia tak mocno zapadła w pamięć.
Dlaczego Kazimierz Wielki popadł w konflikt z Kościołem?
Tłem sprawy był spór gospodarczy i fiskalny między królem a biskupem krakowskim Bodzantą. Z polecenia króla Otto z Pilczy zaczął wymuszać daniny i robociznę ze Złotej pod Sandomierzem - wsi należącej do biskupa krakowskiego. Bodzanta, dbający o dochody biskupstwa, odpowiedział karami kościelnymi - najpierw obłożył klątwą Ottona, a następnie sięgnął po nie wobec samego Kazimierza.
Do napięcia dokładał się drugi wątek, czyli życie prywatne króla. Kazimierz znany był z licznych związków poza małżeństwem, a duchowieństwo wypominało mu rozwiązłość. Tę dwoistość - spór o majątek Kościoła i zarzuty natury moralnej - odnotowały już najwcześniejsze przekazy.
Relacja między królem a biskupem była zresztą napięta od początku. Bodzanta otrzymał nominację na biskupstwo krakowskie w Awinionie, z pominięciem woli Kazimierza, i święcenia przyjął za granicą, umacniając pozycję dzięki przychylności papieża Klemensa VI.
Co mówią źródła o sprawie Baryczki?
Najstarszą relację o śmierci Baryczki przekazał Janko z Czarnkowa w swojej Kronice. Przekaz jest krótki i powściągliwy:
Po powrocie z tryumfem pomyślności do Krakowa, gdzie był wspaniale przez kler i naród przyjęty, zdarzyło się, że za podszeptem diabła, niejaki Marcin Baryczka, wikariusz katedry krakowskiej, został przed królem fałszywie oskarżony przez jego przybocznych, w dzień św. Łukasza uwięziono go, a następnej nocy utopiono w rzece Wiśle, bez żadnej przyczyny, zupełnie niewinnego. Odtąd, niestety, wszelka pomyślność odstąpiła króla, który pierwej nad nieprzyjaciółmi szczęśliwie tryumfował.
W tej najwcześniejszej wersji nie ma więc ani sceny rzucenia klątwy, ani misji powierzonej Baryczce przez biskupa. Jest fałszywe oskarżenie przez ludzi z królewskiego otoczenia, uwięzienie i utopienie niewinnego duchownego. To trzon, który można uznać za pewny. W 1349 roku, po powrocie króla z wyprawy ruskiej, wikariusza krakowskiego pojmano i utopiono w Wiśle, a tradycja obciążyła odpowiedzialnością króla, ale rozkaz miał wykonać jego sługa Kochan.
Pełniejszą i znacznie bardziej dramatyczną wersję podał dopiero Jan Długosz, piszący około sto lat później. To u niego Baryczka staje się wysłannikiem biskupa Bodzanty, który ostrymi słowami przekazuje królowi informację o karach kościelnych grożących mu w związku ze sporem o daniny. Kazimierz miał najpierw zareagować jedynie gniewną reprymendą, a dopiero później - podburzany przez dworzan - przyzwolić na śmierć duchownego.
Różnicę między oboma przekazami warto nazwać wprost. W najstarszej relacji Baryczka jest bezpodstawnie oskarżoną ofiarą. U Długosza staje się odważnym obrońcą praw Kościoła i moralności publicznej, który śmiało wystąpił przeciw królowi - wzorcem postawy duchownego. To właśnie ta późniejsza, wzbogacona wersja utrwaliła się w powszechnej pamięci.
Z datą dzienną także wiąże się rozbieżność. Kronika Janka z Czarnkowa łączy uwięzienie Baryczki z dniem św. Łukasza, czyli 8 października. Z kolei Długosz odnotował to wydarzenie pod dniem św. Łucji, czyli 13 grudnia, i to ta druga data przyjęła się jako powszechnie powtarzana.
Klątwa - fakt czy późniejszy dodatek?
Najbardziej znany obraz - duchowny rzucający klątwę w twarz monarsze - nie pochodzi z najstarszego źródła. Kronika Janka z Czarnkowa mówi o fałszywym oskarżeniu, nie o klątwie ogłoszonej przez Baryczkę. Motyw doręczenia królowi kościelnej kary pojawia się dopiero w późniejszych przekazach i u Długosza.
Nie znaczy to, że scena jest czystym zmyśleniem - mogła opierać się na lokalnej tradycji krakowskiej. Ostrożność każe jednak rozdzielić to, co poświadczone, od tego, co dopisane. Pewne jest, że za karami kościelnymi wobec króla stał biskup Bodzanta. To, czy ich wykonawcą wobec monarchy był osobiście Baryczka i w jakiej formie, należy już do tradycji późniejszej niż same wydarzenia.
Dla ludzi średniowiecza klątwa była realnym narzędziem władzy duchownej. Wyłączała człowieka ze wspólnoty Kościoła i uderzała w jego autorytet, a w przypadku monarchy mogła mieć poważne skutki polityczne. Król, który budował swój majestat na sile państwa i sakralnym znaczeniu korony, nie mógł potraktować takiego gestu tylko jak prywatnej zniewagi.
Pokuta króla
Król słał do kurii awiniońskiej supliki o rozgrzeszenie i dopiero zgoda papieża Klemensa VI zdjęła z niego kościelną karę. W ramach pokuty Kazimierz miał wznieść kilka murowanych kościołów w diecezji krakowskiej. Późniejsza tradycja rozbudowała ten wątek, wiążąc z pokutą cały zespół świątyń (m.in. w Wiślicy, Sandomierzu, Stopnicy, Szydłowie, Zagości i Kargowie), wskazywanych jako zadośćuczynienie za śmierć duchownego.
Tu potrzebny jest umiar. Kazimierz był wielkim fundatorem kościołów niezależnie od tej sprawy - budował z pobożności, z politycznej kalkulacji i z potrzeby organizowania przestrzeni państwa. Nie każdą jego fundację da się sprowadzić do pokuty.
Ciemna karta wielkiego panowania
Sprawa Baryczki nie pasuje do szkolnego portretu Kazimierza Wielkiego, kojarzonego z murami, zamkami, statutami i Akademią Krakowską. A jednak polityczna wielkość nie wyklucza gwałtowności.
Średniowieczni kronikarze widzieli w dziejach moralny porządek - ciężki grzech władcy mógł sprowadzić karę nie tylko na niego, ale i na państwo. Stąd uwagi Janka z Czarnkowa i Długosza, że po śmierci Baryczki szczęście odstąpiło króla, który wcześniej zwyciężał nieprzyjaciół. Dziś nie potrzebujemy takiego wyjaśnienia, przecież najazdy litewskie i problem sukcesji miały przyczyny polityczne i militarne. Dla ludzi epoki związek między winą monarchy a losem królestwa był jednak oczywisty.
Jak narodziła się legenda
Z czasem Baryczkę zaczęto przedstawiać jako męczennika. Pochowano go w kościele św. Mikołaja w Krakowie, gdzie na przełomie XV i XVI wieku postawiono mu nagrobek, dziś już nieistniejący. W XVII wieku, gdy kult przybrał na sile, pojawiły się relacje o cudach towarzyszących wydobyciu ciała i pogrzebowi, a także obrazy utrwalające pamięć o utopionym wikariuszu.
Kult nigdy nie stał się jednak zjawiskiem powszechnym. Rozwijał się późno i lokalnie, głównie w Małopolsce, a Kościół go nie promował - prawdopodobnie ze względu na poważanie, jakim cieszył się jedyny polski władca z przydomkiem Wielki. Mimo podobieństwa losów Baryczki do biografii Jana Nepomucena, utopionego z rozkazu Wacława IV, Baryczka nie zajął w polskiej wyobraźni miejsca porównywalnego choćby ze świętym Stanisławem, który mimo zdrady stanu dzięki działaniom Kościoła stał się patronem Polski.
Bibliografia:
- Jana Długosza Roczniki czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego, ks. 9, oprac. D. Turkowska i M. Kowalczyk, Warszawa 2009.
- Kronika Janka z Czarnkowa, Kraków 2016.
- Kaczmarczyk Z., Polska czasów Kazimierza Wielkiego, Kraków 1964.
- L. Łbik, Legenda o Kazimierzu Wielkim i męczeńskiej śmierci księdza Baryczki, „Zapiski Kazimierzowskie” 10/2013.
- J. Wyrozumski, Kazimierz Wielki, Wrocław 2004.
Lubisz czytać nasze historie?
Na historia.org.pl codziennie opowiadamy dzieje Polski i świata tak, jak na to zasługują - rzetelnie, pasjonująco, z szacunkiem do faktów. Ale żadna opowieść nie przetrwa bez tych, którzy chcą jej słuchać i ją wspierać.
Postaw nam wirtualną kawę - to darowizna, która realnie pomaga nam działać dalej. To dzięki takim gestom możemy nadal pisać o zwycięstwach, bohaterach i wydarzeniach, które zbudowały naszą tożsamość.






