Recenzja Odysei Nolana. Film przegrywa w detalach, ale zwycięża jako całość


Przed premierą Odysei zobaczyliśmy niemal wszystko, co w tym filmie najgorsze: karykaturalne zbroje, dziwaczne kostiumy, wikingopodobne okręty i bohaterów jakby wyrwanych z zupełnie innych światów. Po seansie okazuje się jednak, że Christopher Nolan nakręcił film znacznie lepszy, niż zapowiadały materiały promocyjne. I zarazem dokładnie tak nierówny, jak można było się obawiać. W szczegółach Odyseja potrafi być irytująco zła. Jako widowisko, filmowa interpretacja mitu i opowieść o odpowiedzialności człowieka za własne czyny jest jednak bardzo dobra.

To szczególny przypadek filmu, którego największe słabości zostały właściwie ujawnione jeszcze przed premierą. Oficjalne zdjęcia, zwiastuny i materiały krążące po internecie konsekwentnie pokazywały Odyseję od najgorszej strony. Po seansie trudno powiedzieć, że odbiorcy niesłusznie się ich obawiali. Wszystkie te rzeczy naprawdę znajdują się w filmie i rzeczywiście wyglądają źle. Tyle że nie są całym filmem.

Czy to naprawdę musiało wyglądać tak źle?

Lajstrygonowie kontra Odyseusz w Odysei Nolana / fot. Universal

Największy problem Odysei stanowią detale wizualne, przede wszystkim kostiumy i część scenografii. Nolan stworzył świat potężny, monumentalny i efektownie sfotografowany, ale momentami zaludnił go postaciami wyglądającymi tak, jakby ktoś nie zdążył dokończyć ich projektów.

Karykaturalni Lajstrygonowie, ubrani w równie karykaturalne pancerze, są jednym z najbardziej jaskrawych przykładów. Trudno zrozumieć, czemu właściwie ma służyć ich wygląd. Nie tylko nie niesie ze sobą żadnej ciekawej myśli dotyczącej świata przedstawionego, ale sprawia też wrażenie taniego i przypadkowego. Zamiast twórczej interpretacji kultur antycznego Morza Śródziemnego otrzymujemy ich wizualne wypaczenie.

Jeszcze gorzej wypada Agamemnon. Pomysł, aby pokazywać go właściwie wyłącznie w hełmie przypominającym skrzyżowanie zbroi Batmana z maską Dartha Vadera, jest skrajnie nieudany. Agamemnon wygląda tak, jakby przybył do Odysei z innego filmu, nakręconego według zupełnie odmiennego projektu artystycznego. Nie pasuje nawet do stylistyki, którą Nolan sam stworzył.

Wojownik trojański w Odysei Nolana / fot. Universal

Do tego dochodzi sposób, w jaki przedstawiono jego relację z Odyseuszem. Odyseusz niemal demonstracyjnie się przed nim korzy, podobnie jak inni wojownicy. Być może miało to podkreślić pozycję naczelnego wodza wyprawy trojańskiej, ale w połączeniu z groteskowym kostiumem daje efekt bliższy spotkaniu z komiksowym tyranem niż z królem Myken.

Zbroje Trojan, a zwłaszcza ich hełmy, wyglądają natomiast jak świeżo zdjęte z drukarki 3D. Są gładkie, sztuczne i pozbawione materialności. Nie widać w nich ani ciężaru, ani zużycia, ani historii. Nie wyglądają jak przedmioty wykonane rękami rzemieślników i noszone przez ludzi, którzy od lat prowadzą wojnę.

Nolan w tej kwestii zwyczajnie odpuścił.

Kostiumy jak kamizelki kuloodporne

Podobny problem powraca w scenie polowania Telemacha z Menelaosem. Sam dialog podczas polowania jest bardzo ciekawy i dobrze oddaje charakter spartańskiego króla: człowieka zmęczonego, doświadczonego i naznaczonego tym, co wydarzyło się pod Troją, ale jednocześnie o dobrotliwym usposobieniu.

Po pierwsze, trudno powiedzieć, dlaczego Nolan postanowił przedstawić Menelaosa jako łysego, skoro Homer konsekwentnie określa go jako jasnowłosego. Oczywiście reżyser nie ma obowiązku mechanicznego kopiowania każdego homeryckiego epitetu. Taka zmiana powinna jednak czemuś służyć. Tutaj trudno dostrzec jej znaczenie.

Jeszcze gorzej wyglądają kostiumy uczestników polowania. Przypominają kamizelki kuloodporne albo ciężkie fartuchy używane w hucie. Nie chodzi nawet o to, czy są historycznie poprawne. One po prostu źle wyglądają. Są toporne, mało wiarygodne i ponownie sprawiają wrażenie przedmiotów przeniesionych z innej epoki.

Właśnie tutaj najlepiej widać zasadniczą różnicę między Odyseją a prawdziwie dopracowanymi filmowymi światami. Gdy słyszę, że film Nolana jest arcydziełem, myślę o Władcy Pierścieni. Tam każdy miecz, fragment pancerza, ornament i element garderoby został przemyślany oraz podporządkowany wewnętrznej logice przedstawionego świata. Przedmioty wyglądały tak, jakby miały własną historię i istniały na długo przed rozpoczęciem filmu.

W przypadku Odysei nawet przeciętny serial platformy streamingowej potrafiłby chwilami zaproponować bardziej przekonujące kostiumy niż jedna z największych superprodukcji ostatnich lat.

Nie jest to drobiazg, który należy przemilczeć tylko dlatego, że film ma zachwycające zdjęcia i wielkiego reżysera za kamerą. Kino tworzy świat również za pomocą materiałów, faktur, przedmiotów i ubiorów. Pod tym względem Odyseja zwyczajnie przegrywa.

Helena Trojańska jako kosztowna paprotka

Jon Bernthal jako Menelaos oraz Lupita Nyongo jako Helena (?)

Jedną z najbardziej niewykorzystanych postaci jest Helena Trojańska, grana przez Lupitę Nyong’o. Pojawia się na ekranie prawdopodobnie przez kilkadziesiąt sekund, może niewiele dłużej. Sama decyzja, aby pokazać ją u boku Menelaosa, jest jak najbardziej zrozumiała. Zgodnie z tradycją homerycką Helena po upadku Troi wróciła z nim do Sparty, a Menelaos ostatecznie jej przebaczył.

Problem polega na tym, że film z tego pomysłu nie robi właściwie nic.

Helena stoi w tle niczym dekoracja. Nie wpływa na scenę, nie rozwija Menelaosa, nie otrzymuje znaczącego dialogu i nie wnosi nic istotnego do fabuły. Równie dobrze mogłoby jej tam nie być. W takim przypadku nie ma nawet większego znaczenia, kogo Nolan obsadził w tej roli, ponieważ aktorka nie dostała materiału pozwalającego stworzyć postać.

Tym bardziej niezrozumiałe było eksponowanie Lupity Nyong’o podczas promocji filmu, jak gdyby grała jedną z ważniejszych bohaterek. Można odnieść wrażenie, że bardziej niż o znaczenie Heleny w opowieści chodziło o wywołanie dyskusji wokół samego obsadzenia roli. Fabularnie jest to rozwiązanie kompletnie niewykorzystane.

Gdzie podziała się Grecja?

Matt Damon jako Odyseusz w Odysei Nolana / fot. Universal

Listę zarzutów można ciągnąć dalej. Odyseusz płynie okrętem, który jest jednostką wikingów, a nie okrętem bohatera greckiego eposu. Na pokładzie trudno poczuć ducha greckiego świata. Zresztą tej Grecji jest w całym przedsięwzięciu zaskakująco mało.

Rozumiem frustrację greckich widzów. Nie chodzi wyłącznie o brak pocztówkowego słońca, białych skał i błękitnego morza. Nolan nie miał obowiązku kręcić reklamy greckiej turystyki. Problem jest głębszy: film jedynie w ograniczonym stopniu wyrasta wizualnie z kultury, która stworzyła opowieść o Odyseuszu.

Argument, że Odyseja nie jest dziełem historycznym, niczego tu nie rozstrzyga. To oczywiście mit, w którym występują cyklopi, bogowie, czarodziejki i potwory. Nie oznacza to jednak, że można całkowicie zignorować kulturowe źródła opowieści.

Byłoby to równie przekonujące jak stwierdzenie, że skoro Władca Pierścieni jest fantasy, Legolas mógł ścigać orków razem z Aragornem i Gimlim w BMW M5. W końcu w tej historii występują smoki, czarodzieje i magiczne pierścienie. Tyle że obecność fantastyki nie unieważnia reguł świata przedstawionego.

Dla przeciętnego widza, zwłaszcza amerykańskiego, te kwestie prawdopodobnie nie będą miały większego znaczenia. Możliwe, że Nolan świadomie poszedł właśnie tą drogą, tworząc uniwersalny, trudny do jednoznacznego umiejscowienia świat mitu. Nie zmienia to faktu, że Odyseja została w ten sposób częściowo wykorzeniona z greckiej kultury.

Nolan nie opowiada historii. Nolan interpretuje mit

Na tym jednak kończy się najostrzejsza część krytyki, ponieważ kiedy przestaniemy przyglądać się hełmom, kamizelkom i okrętom, Odyseja zaczyna działać.

Nolan rzeczywiście pokazał mit - a mit ma tę właściwość, że można interpretować go na wiele sposobów. Każda epoka, każdy twórca i każdy widz odnajduje w nim coś innego. Film nie jest zatem prostym przeniesieniem poematu Homera na ekran. Jest osobistą interpretacją opowieści o powrocie, odpowiedzialności, winie i konsekwencjach własnych decyzji.

Największą zmianę przeszedł sam Odyseusz.

Homerycki bohater jest pewny siebie, pyszny, przebiegły i świadomy własnej wielkości. Lubi mówić o swoich czynach, pragnie sławy i nie potrafi pogodzić się z myślą, że jego zwycięstwo mogłoby pozostać anonimowe. To zarazem wybitny dowódca i człowiek, którego pycha wielokrotnie sprowadza nieszczęście na niego oraz jego towarzyszy.

Odyseusz Nolana jest inny. Nadal pozostaje sprytny, ale nie jest już niezachwianym wodzem, arogancko przekonanym o własnej wyjątkowości. Jest człowiekiem targanym wyrzutami sumienia. Wraca myślami do tego, co uczynił podczas wojny trojańskiej, i zastanawia się, czy postąpił słusznie.

Jego troska o załogę może wynikać właśnie z poczucia winy. Skoro nie może cofnąć zniszczenia Troi, próbuje przynajmniej ocalić ludzi, których prowadzi do domu. Nie zawsze mu się to udaje. Często sam podejmuje decyzje, które obracają się przeciwko niemu. Ale właśnie ten ciężar odpowiedzialności staje się jedną z najważniejszych osi filmu.

Nie bogowie, lecz nasze własne decyzje

Odyseusz i Atena w Odysei Nolana / fot. Universal

W poemacie Homera bogowie są aktywnymi uczestnikami wydarzeń. Atena pomaga Odyseuszowi, Posejdon go prześladuje, a człowiek pozostaje uwikłany w spór sił potężniejszych od niego.

U Nolana akcent przesuwa się wyraźnie w stronę ludzkiej odpowiedzialności. Możemy prosić bogów o pomoc, przeklinać los albo obwiniać siły, których nie kontrolujemy. Film sugeruje jednak, że ostatecznie to ludzie są kowalami własnego losu.

Bohaterowie nie są bezwładną masą rzucaną przez przeznaczenie z jednego nieszczęścia w drugie. Podejmują decyzje, a te decyzje mają konsekwencje. Ich tragedie nie wynikają wyłącznie z boskiego kaprysu. Są również skutkiem pychy, tchórzostwa, chciwości, nieposłuszeństwa i braku umiaru.

Tę interpretację można uznać za odejście od ducha poematu albo za próbę przełożenia jego problematyki na współczesny język. Bez względu na ocenę jest to koncepcja spójna i interesująca. Film pozostawia wystarczająco dużo przestrzeni, aby każdy widz mógł zobaczyć w tej podróży coś innego.

 Gościnność jako miara cywilizacji

Odyseja Nolana / fot. Universal

Nolan bardzo wyraźnie akcentuje również prawo gościnności, jeden z najważniejszych tematów homeryckiej Odysei. W świecie poematu przyjęcie wędrowca, nakarmienie go i zapewnienie mu bezpieczeństwa nie było zwykłym gestem uprzejmości. Stanowiło religijny oraz społeczny obowiązek chroniony przez samego Zeusa.

Film pokazuje tę zasadę z różnych stron.

Nad znanym światem wisi zagrożenie ze strony tajemniczych Ludów Morza - obcych, którzy nie przestrzegają prawa gościnności i podważają porządek cywilizacji. Mogłoby się więc wydawać, że podział jest prosty: po jednej stronie znajdują się cywilizowani mieszkańcy świata śródziemnomorskiego, po drugiej barbarzyńcy przybywający z morza.

Nolan nie pozwala jednak na tak wygodne rozróżnienie.

Okazuje się, że również ludzie uważający się za przedstawicieli lepszego, uporządkowanego świata łamią zasady, na których rzekomo opierają swoją wyższość. Nie wszyscy gospodarze szanują przybyszów. Nie wszyscy członkowie wspólnoty zachowują się honorowo. Najbardziej jaskrawym przykładem są oczywiście zalotnicy okupujący dom Odyseusza. Ludzie wywodzący się z elity, którzy sami naruszają święte prawo gościnności, pasożytują na cudzym majątku i próbują przejąć władzę.

Barbarzyństwo nie przychodzi więc wyłącznie z zewnątrz. Może rozwijać się również w samym centrum cywilizacji, szczególnie wtedy, gdy jej mieszkańcy zaczynają traktować własne zasady jako dekorację obowiązującą jedynie innych.

Nietrudno odnieść ten motyw do współczesności. Inny widz może jednak zobaczyć w nim coś zupełnie odmiennego. I właśnie tutaj objawia się jedna z największych zalet filmu: Odyseja daje materiał do interpretacji, zamiast podawać jednoznaczną tezę.

Kirke zredukowana do przystanku

Nolan opowiada zasadniczy szkielet mitu, ale część epizodów musiał znacząco skrócić. Najbardziej odczuła to historia Kirke. Pobyt Odyseusza na jej wyspie został zredukowany do krótkiego, jednodniowego  przystanku, podczas gdy w poemacie trwa rok.

Sam epizod jest przedstawiony ciekawie, ale pozostaje wyraźnie wykastrowany. Kirke nie ma czasu, aby stać się kimś więcej niż kolejną niezwykłą postacią spotkaną podczas podróży. Jej relacja z Odyseuszem oraz znaczenie całego pobytu zostają podporządkowane tempu filmu.

To zrozumiała decyzja adaptacyjna, lecz pozostawia niedosyt. Odyseja”jest tak rozbudowaną opowieścią, że każda próba zamknięcia jej w jednym filmie musi prowadzić do podobnych cięć. Nolan wybrał dynamikę podróży kosztem pogłębienia niektórych jej etapów.

Polifem: znakomity horror, niepełny mit

Polifem w Odysei Nolana / fot. Universal

Zupełnie inaczej wypada epizod z Polifemem. Pod względem artystycznym, sposobu budowania napięcia i filmowego rzemiosła wydarzenia w jaskini cyklopa są fantastyczne. Nolan na chwilę zmienia Odyseję w niemal czysty horror. Polifem jest przerażający, jego obecność fizyczna, dźwięki i sposób filmowania przestrzeni wywołują autentyczny niepokój.

To jedna z najlepiej zrealizowanych sekwencji filmu.

Równocześnie Nolan zrezygnował z jednego z najsłynniejszych forteli homeryckiego Odyseusza. W poemacie bohater przedstawia się Polifemowi jako „Nikt”. Gdy oślepiony cyklop woła o pomoc, może jedynie krzyczeć, że krzywdzi go Nikt, przez co pozostali nie spieszą mu na ratunek.

Po ucieczce Odyseusz nie potrafi jednak zachować anonimowości. Owładnięty pychą wyjawia swoje prawdziwe imię. Nie może znieść myśli, że pamięć o jego zwycięstwie mogłaby zaginąć. To właśnie dzięki temu Polifem dowiaduje się, kto go pokonał, i może poprosić Posejdona o zemstę.

Nolan przedstawia tę historię inaczej. Być może chodziło o zachowanie grozy Polifema. Gdyby cyklop od początku prowadził z bohaterami dłuższą rozmowę, zostałby w pewnym stopniu uczłowieczony i przestałby być nieznanym, przerażającym potworem czającym się w ciemności.

Filmowo ta decyzja jest zrozumiała. Mitologicznie pozostaje błędem, ponieważ znika scena, która najlepiej ujawnia fundamentalną cechę Odyseusza: jego pychę i potrzebę sławy.

Tyle że taki moment rzeczywiście nie pasowałby do Nolanowskiej koncepcji bohatera. Reżyser musiał więc wybierać między zachowaniem jednego z najważniejszych elementów poematu a spójnością własnej interpretacji postaci. Wybrał to drugie.

Można się spierać, czy słusznie. Mnie zdecydowanie bliższy jest Odyseusz homerycki. Jest bardziej wyrazisty, niebezpieczny i pełen sprzeczności. Lepiej odpowiada też duchowi całej opowieści. Wersja Nolana pozostaje jednak artystycznie dozwoloną interpretacją, a nie niezrozumieniem materiału źródłowego.

Anne Hathaway i Robert Pattinson kradną film

Anne Hathaway jako Penelopa w Odysei / fot. Universal

W obsadzie są dwie osoby, które właściwie kradną każdą scenę, w której się pojawiają.

Pierwszą jest Anne Hathaway jako Penelopa. To aktorski popis najwyższej klasy. Hathaway oddaje całą skalę emocji swojej bohaterki: tęsknotę, gniew, bezsilność, frustrację i narastającą wściekłość. Jej Penelopa nie jest pomnikiem wiernej żony biernie czekającej na powrót męża. Jest kobietą, która przez lata samotnie mierzy się z rozpadem własnego świata, presją otoczenia i ludźmi próbującymi zawłaszczyć jej dom.

Każdy gest, spojrzenie i chwila milczenia mają znaczenie. To rola, za którą powinna przynajmniej pojawić się nominacja do Oscara. Dla mnie jest to kreacja oscarowa.

Robert Pattinson jako Antinoos w Odysei Nolana / fot. Universal

Drugim wielkim zwycięzcą filmu jest Robert Pattinson jako najważniejszy z zalotników. Zagrał człowieka perfidnego, fałszywego, przebiegłego, a pod powierzchnią również tchórzliwego. Nie potrzebuje wielkich monologów. Buduje postać mimiką, drobnymi gestami i sposobem, w jaki obserwuje innych.

Jego bohater jest niebezpieczny nie dlatego, że dysponuje nadludzką siłą, lecz dlatego, że potrafi manipulować, wyczuwać słabości oraz ukrywać własne intencje. Pattinson jest rewelacyjny. To dla mnie zdecydowanie rola zasługująca na Oscara za występ drugoplanowy.

Znakomicie wypada również sama końcówka na Itace. Rozprawa Odyseusza z zalotnikami została pokazana z ogromnym napięciem, a finał nie jest tylko mechanicznym odhaczaniem kolejnych śmierci, lecz długo budowaną eksplozją przemocy i skumulowanych emocji. Nolan ponownie zmienia jednak porządek znany z mitu: Antinoos, który u Homera ginie jako pierwszy z zalotników, tutaj ponosi śmierć w odwrotnej kolejności. Nie osłabia to samej sceny, ale jest kolejnym przykładem świadomego podporządkowania materiału źródłowego własnej koncepcji dramaturgicznej.

Znacznie słabiej wypada Telemach. Być może częściowo jest to problem samego scenariusza, ponieważ postać pozostaje dość nijaka. Nie czuć jednak w jego historii emocjonalnego ciężaru, który powinien wynikać z dorastania bez ojca, życia pod presją zalotników i próby odnalezienia własnego miejsca. Tom Holland nie porwał mnie i nie sprawił, że los Telemacha naprawdę chwytał za serce. Przy Hathaway i Pattinsonie ta różnica jest szczególnie widoczna.

Zdjęcia i dźwięk na poziomie Oscarów

Koń trojański w Odysei Nolana / fot. Universal

Tam, gdzie Odyseja przestaje skupiać się na nieszczęsnych hełmach i kostiumach, zaczyna zachwycać jako kino.

Jedną z najlepiej pomyślanych sekwencji jest również zdobycie Troi. Nolan pokazuje je z perspektywy żołnierzy zamkniętych we wnętrzu konia trojańskiego, a zarazem logicznie i prawdopodobnie przedstawia sposób, w jaki konstrukcja trafia do miasta. Następujące później sceny walki są pełne napięcia, brutalności i inscenizacyjnego rozmachu, którego nie powstydziłby się Ridley Scott. To jedna z tych chwil, gdy Nolan nie tylko interpretuje mit, ale sprawia, że jego najbardziej nieprawdopodobny element zaczyna na ekranie wyglądać niemal wiarygodnie.

Zdjęcia są fenomenalne. Nolan znakomicie operuje przestrzenią, krajobrazem, skalą i ruchem. Morze nie jest jedynie tłem podróży, ale żywiołem: pięknym, obojętnym i nieustannie groźnym. Świat przedstawiony wydaje się jednocześnie rozległy i klaustrofobiczny. Bohaterowie mogą płynąć przez bezkresną wodę, a mimo to pozostają uwięzieni w konsekwencjach swoich decyzji.

Równie imponujący jest dźwięk. Szum morza, trzask drewna, oddechy w ciemności, uderzenia i cisza budują napięcie równie skutecznie jak obraz. Szczególnie sekwencja z Polifemem pokazuje, jak ogromne znaczenie ma tutaj warstwa dźwiękowa.

Jeżeli Odyseja nie otrzyma przynajmniej nominacji za zdjęcia i dźwięk, trudno będzie to racjonalnie wyjaśnić.

Trzeba jednak raz jeszcze podkreślić paradoks filmu: ogólna wizja świata jest znakomita, natomiast jego poszczególne elementy bywają zaskakująco niedopracowane. Z daleka Odyseja imponuje. Z bliska potrafi wyglądać tanio.

Film bardzo dobry, choć zbyt niedopracowany, by nazwać go arcydziełem

Draken Harald Hårfagre na planie Odysei Nolana / fot. Universal

Odyseja Christophera Nolana jest artystyczną interpretacją mitu, a nie wierną ekranizacją poematu Homera. Reżyser zmienia Odyseusza, przesuwa akcent z boskiej ingerencji na ludzką odpowiedzialność i wykorzystuje prawo gościnności jako temat pozwalający mówić o granicy między cywilizacją a barbarzyństwem.

To film, z którego można wyciągać bardzo różne wnioski. Jedni zobaczą opowieść o winie wojennej, inni o odpowiedzialności przywódcy, jeszcze inni o społeczeństwie, które domaga się przestrzegania zasad od obcych, samo jednocześnie je łamiąc. Właśnie ta otwartość interpretacyjna jest jedną z największych sił filmu.

Rzemiosło filmowe stoi na najwyższym poziomie. Zdjęcia, dźwięk, budowanie napięcia i większość scenariusza działają znakomicie. Anne Hathaway i Robert Pattinson dają kreacje, które powinny zostać zauważone w sezonie nagród.

W detalach film jednak przegrywa. Kostiumy, część zbroi, hełmy, okręty i wizualne wykorzenienie historii z greckiego świata nie są drobnymi potknięciami. To elementy, które regularnie wyrywają widza z opowieści i każą pytać, dlaczego przy tak ogromnym budżecie oraz ambicjach zostały wykonane w tak nieprzekonujący sposób.

Nie wiem, czy wynikało to ze specyficznego gustu Nolana, który zupełnie do mnie nie trafia, czy z niedostatecznego zainteresowania tym aspektem produkcji. Być może reżyser świadomie szukał kontrowersji i chciał, aby jego antyk był obcy, niepokojący oraz pozbawiony pocztówkowej greckości. Jeżeli tak, efekt nie zawsze broni się na ekranie.

Dlatego nie nazwę Odysei arcydziełem. Arcydzieło nie powinno wymagać od widza ciągłego przymykania oczu na elementy, które wyglądają gorzej niż w przeciętnym serialu.

Jest to jednak film bardzo dobry. Nierówny, momentami irytujący, często dyskusyjny, ale ambitny, świetnie zrealizowany i pozostający w głowie po wyjściu z kina. Wszystko, co najgorsze, zobaczyliśmy jeszcze przed premierą. Dopiero podczas seansu można natomiast dostrzec to, co w Odysei najlepsze: nie gotową odpowiedź na pytanie, kim był Odyseusz, lecz kolejne zaproszenie do sporu o jeden z najważniejszych mitów europejskiej kultury.

Zobacz także:

O filmach historycznych i kostiumowych przeczytasz klikając tutaj lub na poniższą grafikę:

Lubisz czytać nasze historie?
Na historia.org.pl codziennie opowiadamy dzieje Polski i świata tak, jak na to zasługują - rzetelnie, pasjonująco, z szacunkiem do faktów. Ale żadna opowieść nie przetrwa bez tych, którzy chcą jej słuchać i ją wspierać.
Postaw nam wirtualną kawę - to darowizna, która realnie pomaga nam działać dalej. To dzięki takim gestom możemy nadal pisać o zwycięstwach, bohaterach i wydarzeniach, które zbudowały naszą tożsamość.

Postaw nam kawę za:


Opcja dodawania komentarzy została wyłączona.