Zbrodnia połaniecka 1976. Ofiary, sprawcy i proces


Zbrodnia połaniecka miała wyglądać jak wypadek drogowy. W noc z 24 na 25 grudnia 1976 r. na drodze między Połańcem a Zrębinem sprawcy zamordowali ciężarną Krystynę Łukaszek, jej męża Stanisława i młodszego brata Mieczysława Kalitę. Przemoc widzieli pasażerowie autobusów, których groźbami, pieniędzmi i przysięgą na krzyż zobowiązano do milczenia. Matka ofiar miesiącami szukała ludzi gotowych powiedzieć prawdę. W grudniu 2026 r. minie pięćdziesiąt lat od tamtej nocy.

Krystyna, Stanisław i Mieczysław

Wisła w okolicy Połańca / fot. IchibanPL

Krystyna miała 18 lat, jej mąż Stanisław 25, a brat Mieczysław 12. Łukaszkowie pobrali się kilka miesięcy wcześniej, w sierpniu. Krystyna była w piątym miesiącu ciąży. Stanisław pracował jako ślusarz w tym samym przedsiębiorstwie, w którym jego teść, Wacław Kalita, był cieślą.

Mieszkali w Zrębinie, kilka kilometrów od Połańca, w okolicach Wisły, na terenie dzisiejszego województwa świętokrzyskiego. W pobliżu powstawała Elektrownia Połaniec. Budowa przyciągała pracowników, a mieszkańcy okolicznych wsi łączyli gospodarowanie na roli z zatrudnieniem w przemyśle.

Przed świętami Krystyna piekła ciasta. Rodzina pamiętała później, jak dobrze jej wyszły. Zjedli je ludzie, którzy przyszli na pogrzeb. Wacław Kalita zamówił trzy trumny, a zakład, w którym pracował z zięciem, pomógł pokryć koszty i udostępnił samochód do przewozu. Zdzisława i Wacław stracili jednej nocy córkę, syna i zięcia.

Jan Sojda i awantura na weselu

Jan Sojda należał do zamożnych gospodarzy. Miał ciągnik i zarabiał na usługach dla sąsiadów. Bano się go i potrzebowano jego sprzętu. Przylgnęło do niego określenie „król Zrębina”.

W zbrodni uczestniczyli jego najbliżsi. Józef Adaś, kierowca PKS, był mężem siostry Sojdy. Stanisław Kulpiński i Jerzy Socha byli jego zięciami. Socha pracował jako taksówkarz i jeździł fiatem 125p.

Kilka miesięcy przed zabójstwem obie rodziny spotkały się na weselu Krystyny i Stanisława. Siostra Sojdy, żona Adasia, pomagała w kuchni. W trakcie przyjęcia doszło do awantury o wynoszone jedzenie. Zdzisława Kalita zwróciła jej uwagę na zabierane mięso i wędliny. Zarzut kradzieży dotknął rodzinę Sojdy, a po weselu do Kalitów zaczęły docierać pogróżki.

W późniejszych opowieściach o zbrodni wracały także dawne porachunki między krewnymi obu rodzin. Sami Kalitowie zeznawali jednak w sądzie, że kłopoty zaczęły się dopiero od wesela.

Podstęp podczas pasterki

Połaniec. Kościół św. Marcina / fot. Gorofil, CC-BY-SA 4.0

Na pasterkę w Połańcu mieszkańcy Zrębina i okolic przyjechali dwoma autobusami PKS, Sanem i Autosanem. Sana przywiózł pod kościół inny kierowca PKS, ale w drogę powrotną poprowadził go Adaś. Część przyjezdnych weszła do kościoła, inni zostali w autobusach i pili alkohol. Wśród uczestników nabożeństwa byli Krystyna, Stanisław i Mieczysław.

Sojda polecił kuzynce Krystyny i Mieczysława, córce siostry ich ojca, żeby wywołała krewnych z kościoła. Dziewczyna początkowo odparła, żeby poszedł sam. Dopiero po jego naleganiach poszła i przekazała wiadomość, że w domu Kalitów trwa awantura. Krystyna chciała wrócić Sanem do Zrębina, ale Sojda nie pozwolił jej wsiąść.

Ruszyli pieszo w stronę Zrębina. Niedługo potem za nimi wyjechały autobusy oraz fiat Jerzego Sochy. Sana prowadził Adaś, a za nim jechał Autosan.

Atak na drodze do Zrębina

San H100A z przodu / fot. Travelarz, CC-BY-SA 3.0

Około dwóch kilometrów za Połańcem Socha potrącił fiatem Mieczysława. Chłopiec upadł na drogę z obrażeniami nogi. Za samochodem zatrzymały się autobusy. Sojda i Adaś wysiedli z Sana i zaatakowali Stanisława. Bili go po głowie ciężkimi kluczami do odkręcania kół.

Krystyna próbowała uciec w pole. Napastnicy dopadli ją i również bili kluczem. W pościgu pomagał im Henryk Witek z Wolicy. Kierował światło latarki na uciekającą kobietę. Mieczysław nadal leżał na jezdni. Socha przejechał go samochodem. Chłopiec zginął.

W autobusie znajdowało się kilkudziesięciu ludzi. Kulpiński, drugi zięć Sojdy, pilnował drzwi i groził pasażerom, że jeśli spróbują wyjść, spotka ich los zaatakowanej rodziny. Wśród podróżnych byli sąsiedzi i krewni. Znali ofiary i napastników.

Autobus w rowie miał wyjaśniać wszystko

Sprawcy kazali pasażerom przesiąść się do drugiego autobusu, a ofiary załadowali do Sana. Przy przenoszeniu pomagał Witek. Następnie przewieźli je ponad kilometr bliżej Zrębina i ułożyli w przydrożnym rowie, niedaleko pierwszych zabudowań. Milicjanci mieli trafić w inne miejsce niż to, w którym rozpoczął się atak.

Krystyna jeszcze żyła, choć była nieprzytomna. Adaś wjechał autobusem do rowu i przejechał po leżących tam ofiarach. Następnie cofnął i najechał tylnym kołem na Krystynę.

Autobus stojący przy ciałach miał przekonać śledczych, że kierowca stracił panowanie nad pojazdem i potrącił pieszych. Sprawcy obnażyli też Krystynę od pasa w dół, aby upozorować gwałt i podsunąć dodatkowy, fałszywy trop.

Przysięga na krzyż i własną krew

Enea Elektrownia Połaniec / fot. Tarniak08, CC-BY-SA 4.0

Jeszcze tej nocy, przed powrotem pod kościół, Sojda odebrał od świadków pierwszą przysięgę milczenia w drugim autobusie, Autosanie. Klękali, całowali podsuwany krzyż, a nakłute agrafką palce zostawiały krwawe ślady na kartce. Sprawcy grozili zemstą za ujawnienie tego, co wydarzyło się na drodze.

Część sprawców wróciła potem pod kościół. Chcieli, żeby ktoś ich tam zobaczył.

Za milczenie płacono. Jeden z pasażerów, pracownik elektrowni, otrzymał od Sojdy medalik z Matką Boską Częstochowską i 10 tysięcy złotych - ponad dwie przeciętne miesięczne pensje z 1977 r. Sojda wsunął mu je do kieszeni podczas spotkania w Połańcu, gdy mężczyzna wracał z drugiej zmiany. Dopiero w domu zobaczył, co dostał.

Naciski trwały przez kolejne miesiące. Po wyjeździe na Jasną Górę Sojda rozdawał medaliki i różańce. Następne zaprzysiężenie odbyło się w prywatnym domu. Ludzie mieli podtrzymywać opowieść o wypadku także podczas przesłuchań. Rodzina podejrzanych zapewniała przy tym, że zatrzymani wkrótce wyjdą na wolność.

Kto dostał wezwanie na milicję, wiedział, że po przesłuchaniu wróci do wsi, w której mieszka Sojda. Niektórzy zaprzeczali, że w ogóle byli w autobusie. Inni opowiadali o zabójstwie, po czym wycofywali wcześniejsze słowa.

Matka ofiar i milicjant, który nie wierzył w wypadek

Milicja Obywatelska w PRL / fot. Krzysztof Mokrzyszewski - „W Służbie Narodu” Tygodnik Milicji Obywatelskiej nr 2(1609) 13.01.1985 s. 1.

Zdzisława Kalita chodziła po wsi, wypytywała sąsiadów i przekazywała milicji zasłyszane informacje. Szukała też prawnika, który pomógłby jej występować w sprawie. Podjął się tego tarnobrzeski adwokat Rajmund Aschenbrenner. Kalitowie pozostawali osamotnieni wśród ludzi, z których wielu wiedziało, co stało się z ich dziećmi.

Śledztwo początkowo dotyczyło wypadku drogowego. W lutym 1977 r. Józef Adaś trafił do aresztu pod zarzutem jego spowodowania. Milicja podejrzewała właściwego człowieka, lecz wciąż badała tylko część jego czynów.

Janusz Ragan, funkcjonariusz pracujący nad sprawą, przyglądał się obrażeniom Stanisława. Rany na czubku głowy wyglądały jak ślady uderzeń narzędziem. Zwracał też uwagę na uszkodzony oczodół przy nietkniętym nosie. Trudno było pogodzić taki układ obrażeń z potrąceniem, ale opinia lekarza po pierwszej sekcji wskazywała na wypadek.

Tymczasem Sana zezłomowano, zanim śledczy przeprowadzili potrzebne szczegółowe badania. Również ślady na miejscu zdarzenia zabezpieczono niedostatecznie.

Ragan dowiedział się o chłopcu, który po pasterce oskarżał pod oknami sprawców o zabicie jego kolegi. Był nim Stanisław Strzępek, kolega Mieczysława. Jego wypowiedzi przeczyły temu, co opowiadali dorośli. Sojda próbował je podważyć na własną rękę. Nagrał chłopca, gdy ten zaprzeczał, że wie coś o zabójstwie, i zaniósł taśmę prokuratorowi. Chciał odsunąć podejrzenia od Adasia.

Ekshumacja i pierwsze zeznania

W maju 1977 r. zatrzymano Sojdę, początkowo za utrudnianie śledztwa. W tym samym miesiącu ekshumowano ofiary. Ponowne badanie w Krakowie ujawniło obrażenia pominięte podczas pierwszej sekcji. W toku procesu wyszło na jaw, że lekarz nie wykonał części nacięć, które pozwoliłyby je rozpoznać. Biegli z medycyny sądowej zakwestionowali wersję wypadku: ani ran, ani ułożenia ciał nie można było wyjaśnić samym potrąceniem. Ktoś przeniósł ciała.

Już w maju 1977 r. Henryk Witek opowiedział prokuratorowi, jak wyglądał atak, i przyznał, że sam ścigał Krystynę i pomagał przenosić ofiary. Później odwoływał tę relację i ponownie ją potwierdzał. Odwołanie wyjaśnień tłumaczył strachem przed krewnymi sprawców, którzy pozostawali na wolności. Gdy wrócił do obciążającej relacji, mówił, że nie chce już dalej utrudniać sprawy. Przed sądem znów zaprzeczył, że cokolwiek widział.

Zatrzymanie podejrzanych nie zakończyło nacisków na mieszkańców. Świadkowie nadal zmieniali zeznania. Jedni mówili o strachu przed rodziną Sojdy, inni zarzucali milicjantom wymuszanie obciążających wypowiedzi. Ten spór przeniósł się później na salę sądową.

Proces w Sandomierzu

W listopadzie 1978 r. w Sandomierzu rozpoczął się proces przed Sądem Wojewódzkim w Tarnobrzegu. Na ławie oskarżonych zasiedli Sojda, jego szwagier Adaś, zięciowie Socha i Kulpiński oraz Witek. Postępowanie trwało około roku. Sąd przesłuchał ponad dwustu świadków.

Zdzisława Kalita przychodziła na rozprawy przygotowana. Pamiętała, co ludzie mówili we wsi, i porównywała to z ich odpowiedziami przed sądem. Sama zadawała pytania. Słuchała, jak ludzie, którzy widzieli zbrodnię, mówią, że nic nie wiedzą.

Wśród wycofujących wcześniejsze zeznania znalazła się kuzynka, która wywołała całą trójkę z kościoła. Na sali odtworzono nagranie jej przesłuchania. Kobieta twierdziła, że zeznania wymuszono, a przesłuchujący ją funkcjonariusz zaprzeczał.

Oskarżeni zaprzeczali winie i wielokrotnie odmawiali odpowiedzi: „nie oświadczam się”. W tym samym czasie inne sądy rozpatrywały sprawy o fałszywe zeznania i nakłanianie do nich. W lutym 1979 r. w Sandomierzu zapadł wyrok czterech i pół roku więzienia za namawianie dwóch świadków do kłamstwa.

Cztery kary śmierci i rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego

W listopadzie 1979 r. sąd skazał Jana Sojdę, Józefa Adasia, Jerzego Sochę i Stanisława Kulpińskiego na śmierć. Henryk Witek otrzymał pięć lat więzienia. Sąd uwzględnił też żądanie odszkodowania, z którym Zdzisława i Wacław Kalitowie wystąpili w tym samym procesie.

Obrońcy złożyli rewizję, czyli ówczesny środek odwoławczy od wyroku, odpowiadający dzisiejszej apelacji. Zarzucali między innymi wymuszanie zeznań. Sąd Najwyższy rozpoczął rozpoznawanie sprawy na początku 1981 r. 16 marca zamiast wyroku zapadła decyzja o dodatkowej ekspertyzie. Instytut Ekspertyz Sądowych i Zakład Medycyny Sądowej w Krakowie miały porównać wersję wypadku z dwiema wersjami zabójstwa. Różniły się one odpowiedzią na pytanie, czy pierwszy potrącił Mieczysława autobus, czy fiat.

Po blisko roku Sąd Najwyższy wrócił do sprawy. Eksperci wykluczyli wypadek drogowy jako wyjaśnienie śmierci całej trójki. Za najbardziej prawdopodobną uznali wersję, w której Mieczysława najpierw potrącił fiat. Sąd nie uznał za udowodnione, że Socha zrobił to celowo. Uznał jednak, że później Socha przejechał chłopca samochodem i go zabił. W lutym 1982 r. sąd utrzymał kary śmierci dla Sojdy i Adasia, natomiast Kulpińskiemu obniżył karę do 15 lat, a Sosze do 25 lat więzienia.

O losie dwóch skazanych na śmierć mogła jeszcze zdecydować Rada Państwa, pełniąca w PRL funkcję zbiorowej głowy państwa i dysponująca prawem łaski. Nie ułaskawiła Sojdy ani Adasia. Obu stracono w listopadzie 1982 r.

Dziesięć lat później do sprawy wrócił Zbigniew Dyka, jeden z dawnych obrońców. W 1992 r., już jako minister sprawiedliwości i prokurator generalny, wniósł na korzyść skazanych rewizję nadzwyczajną, pozwalającą zakwestionować prawomocny wyrok. 17 lutego 1993 r. Sąd Najwyższy oddalił rewizję nadzwyczajną.

Bibliografia:

Publikacje:

  1. J. Pac., Policyjne kalendarium, „Policja 997” 2(95)/2013, s. 41.
  2. Krall H., Nieuwiara [w:] tejże, Sześć odcieni bieli i inne historie, Warszawa 2015.
  3. Łuka W., Nie oświadczam się, wyd. 3, Warszawa 2025.
  4. PAP, 126 świadków w procesie o zabójstwo 3 osób pod Połańcem, „Głos Wielkopolski” 260/1978, 16 listopada 1978 r., s. 4.
  5. PAP, Proces w sprawie morderstwa pod Połańcem, „Życie Radomskie” 34 R/1979, 13 lutego 1979 r., s. 2.
  6. PAP, Przesłuchania świadków w procesie o morderstwo 3 osób pod Połańcem, „Głos Wielkopolski” 273/1978, 1-3 grudnia 1978 r., s. 2.
  7. PAP, Sprawcy zbrodni pod Połańcem skazani na karę śmierci, „Głos Wielkopolski” 258/1979, 15 listopada 1979 r., s. 4.
  8. PAP, Wykonanie kary śmierci, „Głos Wielkopolski” 201/1982, 29 listopada 1982 r., s. 2.
  9. Woch A., Medialny wymiar „sprawy połanieckiej” - głośnego morderstwa z czasów PRL-u, „iNFOTEZY” 1(14)/2023, s. 27-55.

Źródła internetowe:

  1. Grzywacz M., Najeżdża fiatem na głowę małego Kality. Chłopiec już nie jęknie, „Newsweek” z 24 października 2025 r., newsweek.pl (dostęp 17 października 2026 r.).
  2. Kacak P., Cicha noc…, „Policja 997” 33/2007, grudzień 2007 r., fragment opublikowany w serwisie redakcji, gazeta.policja.pl (dostęp 17 października 2026 r.).
  3. Klich J., 25.12.1976. Zbrodnia połaniecka, „Podkarpacka Historia”, przedruk rozdziału książki Parada złoczyńców. Pitaval podkarpacki, Rzeszów 2006, podkarpackahistoria.pl (dostęp 17 października 2026 r.).
  4. Sąd Rejonowy w Tarnobrzegu, Historia Sądu, tarnobrzeg.sr.gov.pl (dostęp 17 października 2026 r.).
  5. Wysocki G., Wiesław Łuka: zbrodnia połaniecka przeraża do dzisiaj. Trudno uwierzyć, że to się naprawdę wydarzyło, rozmowa z W. Łuką, „Wirtualna Polska” z 31 sierpnia 2015 r., wiadomosci.wp.pl (dostęp 17 października 2026 r.).

Lubisz czytać nasze historie?
Na historia.org.pl codziennie opowiadamy dzieje Polski i świata tak, jak na to zasługują - rzetelnie, pasjonująco, z szacunkiem do faktów. Ale żadna opowieść nie przetrwa bez tych, którzy chcą jej słuchać i ją wspierać.
Postaw nam wirtualną kawę - to darowizna, która realnie pomaga nam działać dalej. To dzięki takim gestom możemy nadal pisać o zwycięstwach, bohaterach i wydarzeniach, które zbudowały naszą tożsamość.

Postaw nam kawę za:


Opcja dodawania komentarzy została wyłączona.