Warszawa okryta kirem


9 czerwca 1860 r. gruchnęła w Warszawie wieść o śmierci Katarzyny Sowińskiej. Wdowa po generale Józefie Sowińskim, bohaterskim obrońcy Woli z 1831 r., znana była ze swego patriotyzmu i dobroci, a w pamięci mieszkańców stolicy zapisała się jako założycielka kobiecego Towarzystwa Pomocy Dobroczynnej po Domach, które w ukryciu niosło pomoc ofiarom Powstania Listopadowego i ich rodzinom.

„Niemka z pochodzenia lecz Polka z duszy, miłująca gorąco kraj, w którym się urodziła„ – trafnie scharakteryzował jej sylwetkę Tadeusz Michał Nittman, a Józef Ignacy Kraszewski, nazywając „zacną jenerałową„, podkreślał, że „żyła świątobliwie, w kątku, cała wylana na dobre uczynki”. Na jej pogrzeb, 11 czerwca, stawiło się kilka tysięcy żałobników (niektórzy mówili o dwudziestu tysiącach), w głównej mierze młodzież akademicka i rzemieślnicza, która sama poniosła trumnę na cmentarz ewangelicki. Przed spuszczeniem do grobu obcięto tren z sukni, w jaką odziana była nieboszczka, pocięto na kawałki i rozdano zgromadzonym niczym najcenniejszą relikwię. Tłum, wznosząc patriotyczne pieśni, podążył potem na zroszone krwią generała okopy, a następnie rozszedł się w spokoju do domów. ”Duch się ocucił i myśl o niepodległości w młodych duszach się rozżarzyła” – zapisała w swym Dzienniku Bibianna Moraczewska.

Namiestnictwo było zszokowane. Wprawdzie, jak podawał Mikołaj Berg, wytropiono „głównych aranżerów manifestacji„, ale obyło się bez aresztowań, gdyż władze, w obawie przed Petersburgiem, wolały zatuszować sprawę, uznając ją za „wybryk nie zasługujący na uwagę„. Przyjęcie tego punktu widzenia było być może wygodne, ale nie ulegało wątpliwości, że jeśli nawet ów wybryk był spontaniczny, to został zręcznie wyzyskany przez rodzącą się organizację spiskową. Agaton Giller przypisał autorstwo przedsięwzięcia swojemu przyjacielowi Mateuszowi Gralewskiemu, byłemu oficerowi wojsk kaukaskich, w których służbie znalazł się w ramach represji za ”przewinienia szkolne”. To m.in. on stać miał za akcją kolportowania w dzień pogrzebu ulotek z odezwą generała Ludwika Mierosławskiego. Czy otoczony aureolą nieustraszonego obrońcy swobód skazaniec z Moabitu mógł domagać się tej manifestacji? Czy miał w ten sposób sondować nastroje w Warszawie, by wyrobić sobie zdanie na temat świadomości narodu? Stefan Kieniewicz, badając okoliczności zdarzenia, nie znalazł potwierdzenia tej tezy i przypisał inicjatywę środowisku spiskowemu Szkoły Sztuk Pięknych.

Nastało lato. Młodzież uniwersytecka Warszawy rozjechała się do domów. Po wsiach i miasteczkach całego Królestwa rozchodziły się echa pogrzebu generałowej, a w ślad za nimi przewidywania co do dalszych losów ojczyzny. Snucie planów wzmagały wiadomości dochodzące z południa Europy i wyczyny garibaldczyków. Wydawało się, że wybuch wielkiej wojny, która wywróci do góry nogami układ sił na kontynencie, jest tylko kwestią czasu. Młody Franciszek Józef, monarcha austriacki, miał świeżo w pamięci obraz kirasjerów tratujących cesarskie wojsko pod Magentą oraz Solferino i wciąż nie mógł przeboleć utraty Piemontu na rzecz Sardynii. Przenosząca się z Królestwa do Galicji atmosfera spisku i ożywienie wśród patriotycznej młodzieży musiały wzbudzać niepokój o losy cesarstwa, zwłaszcza, że niespokojnie było w podległych prowincjach bałkańskich, a na okazję do kolejnego zrywu niepodległościowego wyczekiwali Węgrzy. Franciszek Józef posyła zatem adres do Aleksandra II z propozycją spotkania w Warszawie. Mniema, że wewnętrzny ferment w jego kraju nie powinien ujść uwagi caratu, bo z całą pewnością sprzyja nastrojom populistycznym w pozostałych zaborach. Aleksander podzielał te obawy i nie dość na tym, że odpowiedział pozytywnie, to jeszcze doprosił regenta pruskiego księcia Wilhelma I Hohenzollerna (wobec choroby króla Fryderyka Wilhelma IV de facto sprawującego rządy w Prusach). Odżywał, wydawałoby się zapomniany, cień Świętego Przymierza.

Warszawa przygotowała się na zjazd w sposób adekwatny do intencji zaborców. W miarę zbliżania się terminu przyjazdu monarchów rosło napięcie w kołach spiskowych i pośród rewolucyjnie nastawionej młodzieży. Przy pomocy rozrzucanych ulotek, kartek naklejanych na murach, głównie zaś „propagandy podawanej z ust do ust„, nawoływano do nie brania udziału w uroczystościach przygotowywanych z tej okazji. „Niech gród nasz w czasie pobytu naszych ciemięzców przybierze na się postać grobu, okrytego kirem; niech on na każdym kroku przypomina im zbrodnię na nas popełnioną; niech wszelką radość całun śmiertelny pokryje„ – głosiła odezwa, którą kolportowano wśród mieszkańców. Lud Warszawy posłuchał odezw. Ulice opustoszały, a jeżeli gdzieś na trasie orszaku pojawiała się grupa przystrojonych widzów, lotne patrole spiskowców wdzierały się w tłum tnąc poły fraków i damskie krynoliny. Berg, skrupulatny w opisie wszystkich zdarzeń poprzedzających powstanie, zanotował szereg innych „najnieprzyzwoitszych wybryków„. Oblanie loży cesarskiej w teatrze „czemś cuchnącem”, gaszenie iluminacji, oblewanie sukni dam kwasem siarkowym. ”Policja, już po części dotknięta tą zarazą spisku, patrzała na te wybryki przez palce, z rzadka tylko kogoś aresztując” – oburzał się autor ”Zapisków o powstaniu polskiem…”.

Zjazd nie przyniósł żadnego przełomu ani w relacjach między zaborcami, ani w ich stosunku do sprawy polskiej. Car – na wieść o chorobie matki – szybko opuścił stolicę, nazajutrz to samo uczynił Wilhelm I. Osamotnionemu Franciszkowi Józefowi nie pozostało nic innego jak wrócić do Wiednia i kontynuować zapoczątkowaną już wcześniej politykę ustępstw wobec narodów wchodzących w skład jego monarchii. Panujący niepodzielnie do 1916 r. Franciszek Józef uznał, że pokojowe uspokojenie nastrojów – na wypadek jednoczesnego zrywu Polaków, Węgrów, Serbów i Czechów – będzie najlepszym rozwiązaniem. Postanowił wyrzec się zapędów absolutystycznych i złożyć część odpowiedzialności za trwanie dynastii w ręce środowisk konserwatywnych reprezentujących te nacje. Ta propozycja udziału we władzy, której potwierdzeniem był tzw. dyplom październikowy, oznaczała przede wszystkim poluzowanie polityki narodowościowej (m.in. repolonizacja uniwersytetów i urzędów) i przyznanie większych swobód obywatelskich. „Zaczął się ruch umysłów […]. Przywdziano stroje narodowe, dzienniki odezwały się głosem śmielszym, wysłano do Wiednia adres, dopominający się instytucji narodowych; inteligencja, tak jak w Królestwie Polskim i na Litwie zaczęła bratać się z mieszczaństwem i Żydami„ – napisze w książce „Galicya w Powstaniu Styczniowem„ Jan Stella-Sawicki. ”Poczucie potrzeby zbliżenia się i organizacji ogarnęło całe społeczeństwo polskie”.

Nic dziwnego, że Królestwo patrzyło na rodzącą się autonomię galicyjską z nieskrywaną tęsknotą. 29 listopada 1860 r., w rocznicę Nocy Listopadowej, urządzono w Warszawie pierwszą manifestację uliczną o otwarcie politycznym charakterze. Wieczorem, pod kościołem na Lesznie, który mieścił się w pobliżu gmachu, gdzie trzydzieści lat wcześniej więziono członków Towarzystwa Patriotycznego, zebrał się kilkutysięczny tłum warszawiaków. Deszcz lał się rzęsistymi strugami, było przenikliwie zimno i mrocznie. Plac rozjaśniały jedynie iluminacje stojącej przed świątynią figury Matki Boskiej. Gdy Karol Nowakowski, spiskowiec z warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, zaintonował swym tubalnym głosem „Boże, coś Polskę…„ lud – nie bacząc na błoto – padł na kolana. Pieśń dawno zapomniana, gdyż nosiła pierwotnie lojalistyczny charakter, zyskała nowy refren. ”Ojczyznę, wolność, racz nam wrócić Panie”.

„Słyszałem i podziwiałem wszystkie arcydzieła muzyki religijnej i świeckiej, starożytnej i nowoczesnej, ale ani cudowne choć przechwalone dźwięki Kaplicy Sykstyńskiej, ani harmonie czarujące Glucka i Beethovena, tak mnie nie poruszyły do gruntu, jak ten śpiew natchniony gorącym powiewem wiary, cierpienia, patriotyzmu, śpiew nurtujący wszystkie głębiny szlachetnego uczucia. […] Jakżebym szczerze żałował tego, kto by mógł słuchać tych tonów bez rozdartego serca, bez powieki łzą zroszonej, gdy nuty żałosne jedna po drugiej wznoszą się i spadają w rytmie coraz gorętszym, wznioślejszym, aż do chwili, gdzie błaganie w końcu wybucha w niepowstrzymanym zapędzie żalu i miłości„ – wzruszał się słuchając tej pieśni francuski dziennikarz i historyk Charles de Montalembert, autor książki ”Naród w żałobie”1.

Tłum zgromadzony przed kościółkiem nie krył łez. Potem przyszła kolej na Suplikacje, Warszawiankę i wreszcie Mazurka Dąbrowskiego, który oficjalnie był pieśnią zakazaną. „Jeszcze Polska nie zginęła„ na ustach tysięcy ludzi sprawiały wrażenie piorunu. Fakt, że policja nawet słownie nie wezwała do rozejścia się, dodatkowo zmotywował mieszkańców. Wkrótce po wszystkich świątyniach zabrzmiały śpiewy, na czele z „Boże coś Polskę„ i fanatyczną antyaustriacką pieśnią „Z dymem pożarów„ do słów wiersza Kornela Ujejskiego. „Pójdziemy potem na wielki bój, i na drgającym szatana ciele zatkniemy sztandar zwycięski Twój” – pisał poeta. Nabożeństwa żałobne za dusze słynnych patriotów, obchody rocznic rozmaitych bitew, wspomnienia urodzin czy też zgonów wodzów stały się rzeczą powszednią. Inspiratorem akcji – jak twierdzi w swych ”Pamiętnikach” Zygmunt Feliński – miał być Mierosławski. ”Szczycił się swym ateizmem, nauczony wszakże poznańskim doświadczeniem, iż lud religijną tylko ideą pociągnąć się daje, podał plan kościelnych demonstracji, na których jego adepci patriotyczne pieśni śpiewać mieli” –notował warszawski hierarcha, ubolewając, że atmosferze tej poddawali się również niektórzy księża.

„Nie tylko lud, lecz i duchowieństwo wciągnięto łatwo do tych manifestacji, które mając pierwiastkowo tylko religijno-patriotyczny charakter, niczyjego sumienia nie trwożyły”.

Manifestacje były jednak coraz częstsze, a ich widownią stawała się również prowincja. Władze carskie, nawykłe dotąd jedynie do tropienia drobnych, inteligenckich grup spiskowych, poczuły się bezradne w obliczu liczniejszych, zbiorowych wystąpień. Atmosfera gęstniała z każdym dniem, z każdym nabożeństwem i z każdą procesją, by osiągnąć swe apogeum w lutym 1861 r. W środę 25 lutego, w trzydziestą rocznicę Bitwy pod Olszynką Grochowską, zaborcy po raz pierwszy rozpędzili taką demonstrację, atakując tłum wiernych wychodzących w orszaku z kościoła paulinów. Okupant poturbował i ranił czołowych demonstrantów, pozamykał część z nich w areszcie i skonfiskował niesione przez nich sztandary narodowe. Wśród aresztantów nie było jednak – jak stwierdza Berg – „wybitniejszych osobistości”. Znajdowano natomiast w ich rzeczach proklamację Mierosławskiego i obrazki z podobizną Kilińskiego.

Wzburzenie było ogromne. Spiskowcy różnych odcieni usiedli do stołu, by wypracować wspólny front działania. Efektem tych debat było zorganizowanie dwa dni później masowego wiecu w obronie aresztowanych studentów. Planując go chyba nikt nie przypuszczał jaki będzie efekt demonstracji, choć trudno przypuszczać, by lud nie wiedział na jak duże ryzyko się naraża. Myśl przewodnia brzmiała jednak: nie dać się zastraszyć!

  1. org. „Une nation en deuil, la Pologne en 1861” []

Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum.Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

Zostaw własny komentarz