Warszawa śladami Tadeusza Wiwatowskiego „Olszyny”


Piękna pogoda za oknem, okres wakacyjny... Żal siedzieć w domu. Jeśli nie ma się możliwości wyjechać gdzieś na urlop trzeba chociaż wyjść na spacer. Gdziekolwiek, byle się ruszyć. Warto jednak wykorzystać taki spacer, aby zobaczyć coś nowego... bądź też spojrzeć na dobrze znane miejsca z zupełnie innej perspektywy. I właśnie zamysł rzucenia nowego światła na pewne doskonale znane miejsca Warszawy towarzyszył mi podczas pisania tego tekstu. Nie będzie to jednak w żadnym wypadku klasyczny przewodnik po mieście, ale opowieść o pewnych miejscach i ludziach...

Dawne I Miejskie Gimnazjum Męskie im. gen. Józefa Sowińskiego, obecne III LO im. gen. Sowińskiego. Wejście od strony boiska / Fot. Rev.pl, ten plik udostępniony jest na licencji Creative CommonsUznanie autorstwa 3.0

Skąd pomysł

W 1946 r. profesor Tadeusz Mikulski w poruszającym szkicu biograficznym nt. swojego przyjaciela Tadeusza Wiwatowskiego napisał: Fakty biograficzne nie powiedzą wiele o człowieku. Trudno się nie zgodzić. Żeby poznać lepiej daną postać trzeba zagłębić się w jej przeżycia, myśli, w to co lubiła, co ją denerwowało. Pójść jej śladami... I właśnie śladami Tadeusza Wiwatowskiego „Olszyny” (1914-1944) ma poprowadzić Czytelnika ten tekst. Dlaczego akurat tego człowieka? Bo to postać niezwykła, nawet jak na warunki warszawskiej konspiracji okresu drugiej wojny światowej. A przecież warszawskie podziemie może pochwalić się wieloma fascynującymi osobowościami: Andrzej Romocki, Tadeusz Zawadzki, Jan Bytnar, Jan Mazurkiewicz, Krzysztof Kamil Baczyński, Stanisław Jankowski, Stanisław Leopold, Stanisław Sosabowski, Ryszard Białous... wymieniać można by długo. Wszystko to jednak są ludzie, o których mówi się i pisze stosunkowo często. Natomiast Tadeusz Wiwatowski pozostaje w cieniu, tak samo jak pozostawał w cieniu wykonawców największych i najlepiej znanych akcji dywersyjnych Warszawy pod okupacją niemiecką. Czemu tak się dzieje? Powód jest dość prosty. Nie ma swoim koncie żadnej spektakularnej akcji bojowej, nie napisał żadnych wspomnień, nie powstał o nim żaden tekst, który przebiłby się do szerszej świadomości ludzi... A pisać jest o czym. Żeby niepotrzebnie nie przedłużać polecam lekturę tego tekstu. Jest on co prawda dalece niedoskonały i wymaga licznych uzupełnień, niemniej pokazuje, z kim mamy do czynienia.

Od Wroniej po okupację...

Już na początku możemy wykonać krok w tył... w lata przed narodzeniem Tadeusza Wiwatowskiego, oraz do jego bardzo wczesnego dzieciństwa. Zaglądamy na ulicę Wspólną 23. Tam - przynajmniej w latach 1908-1909 - mieszkał Józef Wiwatowski, ojciec Tadeusza. Skąd wzięła się nazwa Wspólna? W dawniejszych czasach była to droga, która przebiegała między dwoma włokami: Burkat i Szeroką. W 1770 r. po raz pierwszy umieszczono Wspólną w dokumentacji urzędniczej1 .

Ze Śródmieścia zaglądamy na ulicę Kaczą na Woli, gdzie J. Wiwatowski był współwłaścicielem firmy produkującej m.in. pudełka. Taki niewielki zakład idealnie wpisywał się w krajobraz Woli. Dzielnicy pełnej kontrastów. Niewielkie firmy, wielkie fabryki, domy biedoty, piękne kamienice... W takim krajobrazie wychowywał się Tadeusz Wiwatowski.

Podróż warszawskimi śladami samego „Olszyny” zacząć możemy właśnie na Woli, w rejonie dawnego placu Kercelego, czy też zwyczajnie Kercelaka ((O samym Kercelaku więcej informacji znaleźć można m.in. w: B. Wieczorkiewicz, Gwara warszawska dawniej i dziś, Warszawa 1974; Warszawa naszej młodości, red. B. Kościukowa, Warszawa 1955.)), leżącego niemalże przy samej Kaczej. Czym ów Kercelak był? Największym bazarem przedwojennej i wojennej Warszawy. Rozciągał się od wylotu ulicy Chłodnej aż po Leszno. Dosłownie o rzut kamieniem od Kercelaka mieszkał przez całe lata Tadeusz Wiwatowski. Jeszcze w maju 1939 r. był zameldowany na Wroniej 59 m. 21. Jego dom stał w miejscu, gdzie dzisiaj przebiega Aleja Solidarności. Piętrowy, drewniany budynek wciśnięty między kamienice Wronia 57 i 61... Środowisko, w jakim „Olszyna” wychowywał się, mogło mieć ogromny wpływ na jego późniejsze życie. Profesor Mikulski pisał, że posiadał T. Wiwatowski instynkt urodzonego uciekiniera, zbiega. Tymczasem Kercelak, jak i ogólnie robotnicza Wola (czerwona Wola, rewolucyjna Wola), uczył właśnie takich zachowań. Królestwo „Taty Tasiemki” - najsłynniejszego warszawskiego gangstera 20-lecia międzywojennego - nie było miejscem dla „grzecznych chłopców”. Matki nie puszczały tam chętnie swoich dzieci. We wspomnieniach ludzi pamiętających Kercelak znajdujemy obraz miejsca kuszącego swoją tajemniczością, ale i niebezpiecznego. Umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach mogła być tutaj na wagę złota. A i na pewno można było się tam nauczyć tego słynnego, warszawskiego cwaniactwa. Oraz „nabyć” trochę nowego słownictwa, języka - soczystego, wręcz wulgarnego, o charakterystycznym brzmieniu... Bronisław Wieczorkiewicz, bodaj jeden z największych znawców gwary warszawskiej, pisał o Kercelaku jako o miejscu, gdzie kształtowała się ta gwara, uformowana z języka więziennego, konspiracyjnego, przestępczego i zapożyczeń z rosyjskiego i niemieckiego. Charakterystyczna składnia, słownictwo, intonacja... I tutaj znowu sięgamy do szkicu biograficznego autorstwa T. Mikulskiego, w którym to wspominał, jak już podczas okupacji Wiwatowski pojawiał się u niego w domu wieczorami z tęgą flaszą i prowadził dysputy, opowiadał... wszystko to przetykając warszawską metaforą. Ulubiony temat? Niemcy.

Collegium Novum, dawniej gmach Biblioteki Uniwerystetu Warszawskiego. Tutaj zapewne Tadeusz Wiwatowski - jako student - spędził wiele godzin.

Tadeusz Wiwatowski maturę zdał z wyróżnieniem w 1933 r. Od października tr. studiował na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Studia ukończył jednak dopiero w 1939 - a to z racji na szkolenie wojskowe i przymusowy pobyt w sanatorium. Z Uniwersytetem Warszawskim jest związana jego „kariera” studenta oraz wykładowcy. Jednak w gmachu Filologii Polskiej - dzisiaj umieszczonym w innym miejscu niż przed wojną - zajęcia odbywał jedynie jako student. Kiedy został w 1941 r. wykładowcą, na terenie należącym do Uniwersytetu zajęć prowadzić nie można było w żadnym wypadku. A kwestie językowe były Wiwatowskiemu szczególnie bliskie, jako że z wykształcenia był polonistą, historykiem literatury polskiej. Swoją edukację rozpoczął w gimnazjum im. gen. Józefa Sowińskiego na Woli. Przed wojną gmach szkoły przypisany był do ulicy Młynarskiej, obecnie zaś jego adres to Rogalińska 2. Budowa budynku szkolnego rozpoczęła się w 1912 r. Do użytku został on oddany w 1923 r. Autorami projektu byli dwaj wybitni architekci - Mikołaj i Tadeusz Tołwińscy, ojciec i syn. Jeden kształcił się w Warszawie i Petersburgu, drugi w Karlsruhe, natomiast w celu poszerzenia wiedzy i umiejętności dodatkowo odwiedził Włochy, Francję, Rosję, Niemcy, Anglię i USA. Obaj wykładali na Politechnice Warszawskiej. Tadeusz był m.in. autorem projektu budowy Muzeum Narodowego w Warszawie2. Gmach gimnazjum przed wojną budził zachwyt. Dzisiaj też nic nie stoi na przeszkodzie, aby uznać go za rzecz wartą zobaczenia. Bez wątpienia jest to jeden z najpiękniejszych budynków szkolnych w całej Warszawie. Na uwagę zasługuje znajdujące się w szkole popiersie gen. Józefa Sowińskiego - obrońcy Woli z roku 1831 - dłuta Konstantego Laszczki, a które odsłonięte zostało w 1935 r. Przed wojną szkoła była jeszcze w posiadaniu innego popiersia, również wykonanego przez K. Laszczkę. Chodzi o wizerunek Marszałka Józefa Piłsudskiego. Po wojnie trafiło ono w ręce Muzeum Narodowego i po dziś dzień nie wróciło do swojego właściciela. Z samą szkołą okresu przedwojennego i wojennego związane są takie postaci jak Paweł Bagiński „Pat”, Edmund Baranowski „Jur”, Janusz Bełza „Bernard”, Zdzisław Sierpiński „Świda”, Józef Ciszewski, Franciszek Zubrzycki „Mały Franek”, prof. Bogdan Suchodolski, Andrzej Romocki „Morro”, Bronisław Pietraszewicz „Lot” czy w końcu Jan Pękała.

Zanim jednak rozpoczął pracę na tajnym UW brał udział w walkach września 1939 r. Po powrocie do Warszawy podjął pracę robotnika w warszawskich Filtrach. Położone one są na sporych rozmiarów terenie ulokowanym między ulicami Koszykową, Krzywickiego, Filtrową i Raszyńską. Budowa filtrów rozpoczęła się w roku 1883. Prace zainicjował ówczesny prezydent Warszawy, Sokrates Starynkiewicz, Rosjanin. Nie ulega dzisiaj wątpliwości, że Sokrates Starynkiewicz zapisał się w dziejach miasta jako postać niezwykle pozytywna. Modernizował, odnawiał, pomagał...

Czym dokładnie Wiwatowski zajmował się w tej pracy oraz jak długo tam przebywał, tego nie wiadomo. Co do powodów zatrudnienia akurat w tym miejscu, to możemy ich szukać na Białobrzeskiej 39. Tam bowiem podczas okupacji „Olszyna” mieszkał razem ze swoją ciotką, oboje rodzice już wtedy nie żyli. A Białobrzeska nie leży specjalnie daleko od Filtrów. Czy Wiwatowski przeniósł się tam, żeby mieć bliżej do pracy, czy ze względu na ciotkę, czy też zwyczajnie jego dom na Wroniej - w końcu drewniany - ucierpiał podczas oblężenia Warszawy przez Niemców... tego nie wiadomo. Kiedy „Olszyna” szedł do Powstania w piwnicy domu przy Białobrzeskiej schował m.in. swój doktorat oraz spisaną przez siebie historię warszawskiej Tajnej Organizacji Wojskowej. Dzisiaj byłoby to dla historyków źródło o nieocenionej wartości. Najprawdopodobniej spłonęło jednak już na początku sierpnia 1944 r.

Przez Stawki na Powązki...

Z Ochoty wracamy na Wolę, do gimnazjum Sowińskiego. Tadeusz Wiwatowski ponownie pojawił się tam już w 1937 r. jako nauczyciel. Ze szkołą rozstał się najpóźniej na rok przed wybuchem Powstania. Przez jakiś czas prowadził tam zajęcia - tajne komplety - z języka polskiego. Nie odbywało się to zapewne przez cały czas w samym gmachu. Przygotowywano specjalne lokale udostępniane czy to przez nauczycieli, czy to przez rodziców uczniów.

Na Woli „Olszyna” prowadził jeszcze jedną „pracę edukacyjną”. Od 1941 roku był związany z polonistyką na tajnym UW. Zaprosił go do współpracy prof. Julian Krzyżanowski, promotor jego pracy magisterskiej, a później doktorskiej. Na Wroniej 82 - w mieszkaniu jednej ze studentek - odbywały się spotkania Wiwatowskiego ze studentami. Wanda Leopold, Władysław Bartoszewski, Tadeusz Gajcy, Zdzisław Stroiński, Andrzej Trzebiński, Zofia Świdwińska-Krzyżanowska... To tylko kilka nazwisk ludzi, którzy uczęszczali na te zajęcia. Co prawda nie tylko u Wiwatowskiego, jednak pokazuje to, z jakim pokoleniem mieli wówczas styczność wykładowcy.

Młody Wiwatowski był wspominany przez studentów jako osoba trudna w kontaktach, introwertyk. Zawsze i wszędzie gdzieś się spieszył. Szybko mówił, szybko działał. Choć to wszystko zazwyczaj było poprzedzane odpowiednimi przygotowaniami. W jego planie działań nie było miejsca na improwizację. Trudno się dziwić, biorąc pod uwagę to, w jak wiele inicjatyw był zaangażowany. Przy tym wszystkim starał się łączyć i wykorzystywać możliwości, jakie dawała mu praca w dywersji i tajnym nauczaniu. Kiedy zaistniała potrzeba ratowania Archiwum Elizy Orzeszkowej przed sprzedaniem do antykwariatu, gdzie trudno byłoby już śledzić jego losy, nie zawahał się pojechać na Złotą, gdzie było umieszczone, zabrać je siłą spod opieki żony jego przyjaciela, który zginął w Oświęcimiu, a następnie przewieźć na Brzozową 12, do tzw. domu profesorów. Tutaj archiwum zostało przejęte pod opiekę przez prof. Krzyżanowskiego. Później jeszcze Wiwatowski transportował je na Żabią, gdzie przetrwało Powstanie i po kolejnych przygodach wróciło do Warszawy. To już jednak odbyło się bez udziału „Olszyny”.

Dom przy Brzozowej 12, z charakterystycznym mostkiem, który do niego prowadzi z poziomu ulicy, jest jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc Starego Miasta. Powstał już w 1633 r. jako spichlerz należący do niejakiego Baltazara Strubicza. Budynek przebudowany został w 1920 r. i przekazany w ręce Kooperatywy Profesorów Uniwersytetu i Politechniki. Do dzisiaj nad wejściem widnieje tablica fundacyjna z herbami Strubicza i jego małżonki. Skąd nazwa ulicy? Nietrudno się domyślić - od brzóz. Miały one rosnąć na cmentarzu szpitala św. Łazarza, znajdującego się przy zbiegu ulic Brzozowej z Mostową.

Ulica Brzozowa w stronę Mostowej. Jedna z najbardziej urokliwych uliczek Starego Miasta.

Dom przy Brzozowej 12 jest miejscem szczególnym w okupacyjnym życiu Wiwatowskiego. Tutaj, w każdą pierwszą niedzielę miesiąca, zbierało się Towarzystwo Literackie im. Adama Mickiewicza. Pojawiali się tam oprócz profesora Krzyżanowskiego (gospodarz spotkań) także dr Zofia Szmydtowa, prof. Wacław Borowy, dr Tadeusz Mikulski czy też prof. Stanisław Pigoń. I w końcu Tadeusz Wiwatowski. Podczas tych spotkań czytał zebranym fragmenty swojej pracy doktorskiej, którą pisał w czasie okupacji. Poświęcona ona była właśnie twórczości Elizy Orzeszkowej. W nawale najróżniejszych zajęć musiał „Olszyna” wręcz wydzierać czas na to, aby praca nie stała w miejscu. Wszystko to sprawiało, że chodził nieludzko zmęczony, niewyspany. Jednak nie chciał żadnych urlopów - jego przełożony, dr Rybicki, wysyłał go na nie wręcz siłą, byle tylko mógł odsapnąć. Chciał pracować, rozwijać się. Pracę naukową traktował jako odskocznię od dywersji, jako psychiczny odpoczynek. Był przy tym wszystkim absolutnym perfekcjonistą. Zawsze wszystko chciał mieć rozpracowane na najdrobniejsze elementy. Szczególnie dobrze jest to widoczne wtedy, gdy „pod lupę” weźmiemy jego działalność w konspiracji.

Ponieważ przez prawie cały okres działalności - ten, o którym wiemy coś więcej niż wymienienie pełnionych funkcji - w dywersji odpowiadał za kwestie organizacyjno-administracyjne w Grupie „Andrzeja” i KeDywie OW AK, dlatego też ciężko jest wskazać konkretne miejsca na mapie Warszawy, które wiążą się z tą stroną jego aktywności. Jedyną akcję, co do której możemy mieć 100% pewność, że brał w niej udział, przeprowadził - ale też tylko jako obserwator - na ulicy Ratuszowej na Pradze. Tam w dniu 30 sierpnia 1943 r. niewielki patrol z Grupy „Andrzeja” spalił składy niemieckie, a w nich paliwo i samochody.

Przygotowania do tych akcji oraz rozmowy z drem Józefem Romanem Rybickim „Andrzejem”, którego był prawą ręką, odbywały się w lokalu konspiracyjnym na ul. Zielnej. Było to małe, ciemne mieszkanko, skromnie umeblowane... Przychodzili tam dowódcy poszczególnych oddziałów KeDywu OW AK. Dzisiaj ten dom już nie istnieje. Sama ulica wzięła swą nazwę od ogrodów, między którymi w XVIII w. przebiegała zielona alejka. Do rejestrów po raz pierwszy wpisano ją w 1770 roku. Wtedy używano jeszcze dwóch wersji: Zielna oraz Zielona.

Miejscem wartym uwagi jest na pewno tzw. Korbutianum, czyli Gabinet Filologiczny im. Gabriela Korbuta. Początki jego datowane są na 1917 r. Założycielem i kierownikiem był sam Gabriel Korbut, jeden z najwybitniejszych znawców historii literatury polskiej w dziejach. Jego to zbiory stały się podstawą do stworzenia tegoż Gabinetu Filologicznego, z czasem nazwanego właśnie Korbutianum. Pracownia była przeznaczona głównie dla zaawansowanych badaczy literatury. Około 1930 r. dzienna frekwencja odwiedzających i korzystających ze zbiorów wynosiła 10 osób. Do 1936 r. zbiory znajdowały się w gmachu Pałacu Staszica3, niedaleko Uniwersytetu Warszawskiego. Ze względu na brak miejsca na nowe pozycje, postanowiono przenieść całość do Pałacu Potockich4. Tam dostali, jak pisał prof. Krzyżanowski, „trzy ciemne pokoje”. W trakcie przeprowadzki w wieku 73 lat zmarł Gabriel Korbut. Z ramienia Towarzystwa Naukowego Warszawskiego kontrolę nad Korbutianum przejął prof. Julian Krzyżanowski. Opiekę powierzył dwóm osobom. Pierwsza z nich, to pracownik Biblioteki Narodowej, zamordowany przez Niemców w trakcie okupacji, Zygmunt Mann. Druga, to właśnie Tadeusz Wiwatowski. W 1938 r. zbiory liczyły blisko 4000 pozycji, 800 książek podręcznych i około 3000 odbitek. Wszystko to zostało zinwentaryzowane, skatalogowane i uporządkowane przez zespół, kierowany przez prof. Krzyżanowskiego, którego „Olszyna” był ważnym elementem. W trakcie okupacji odbywały się tam czasem zajęcia. Jednak Wiwatowski potrafił wykorzystywać to miejsce nie tylko do nauki. Pewnego razu prof. Krzyżanowski natknął się tam na grupkę kilku, nieznanych mu kompletnie ludzi. Cóż się okazało. Otóż „Olszyna” na krótko zamienił Korbutianum w „melinę” (!) dla swoich żołnierzy, którzy przygotowywali się do akcji.

Pałac Potockich przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Zdjęcie sprzed wojny. W czasie okupacji właśnie tutaj znajdowało się Korbutianum, a zajęcia ze studentami prowadzili m.in. Tadeusz Wiwatowski i Tadeusz Mikulski.

Sam Wiwatowski brał udział w kilku akcjach kolejowych pod Warszawą. Wychodził z miasta również do Kampinosu na ćwiczenia oddziału. Kiedy wracał do Warszawy pojawiał się nad ranem w mieszkaniu swojego przyjaciela, Tadeusza Mikulskiego, który mieszkał przy placu Wilsona na Żoliborzu. Zmęczony szedł spać. Rozmawiali wieczorami, głównie o Niemcach. Z lokalem T. Mikulskiego związany jest także bodaj najpiękniejszy opis, jaki ktokolwiek poświęcił Tadeuszowi Wiwatowskiemu:

„Gdzież byłby dziś Tadeusz Wiwatowski, gdyby przeżył? Za swoją siłą woli, brawurą intelektualną, junactwem w słowie i działaniu, byłby na pewno - przy książkach. Nie odwrócimy łuku, którym spadły na Stawki niemieckie granaty. Można już tylko wypisać datę życia i śmierci Tadeusza Wiwatowskiego. Wyliczyć tytuły kilkunastu prac, westchnąć melancholijnie nad spalonym rękopisem. Wydobyć go samego z pamięci, jak stał w oknie naszego domu, nieco pochylony, źle ubrany, z młodością w oczach, głosie, gestykulacji. ‚I jeszcze mi smutniej’”5.

Kiedy był w mieszkaniu prof. Mikulskiego po raz ostatni, tego nie sposób ustalić. Wiadomo jedynie, że nastąpiło to najpóźniej 1 sierpnia. Wtedy bowiem Tadeusz Wiwatowski poszedł ze swoim Oddziałem Dyspozycyjnym „A” do Powstania Warszawskiego. Musiał to być dla niego trudny moment. Nie był zwolennikiem rozpoczynania walki w mieście. Zdawał sobie sprawę z tego, że Rosjanie nie przyjdą Warszawie z pomocą. Wiedział, że uzbrojenie AK w Warszawie jest niewystarczające do tego, aby móc realnie myśleć o podejmowaniu wyrównanej walki z Niemcami. Jednak rozkaz był dla niego czymś, czemu należy się podporządkować. Taką zasadą kierował się przez całą okupację. Tego wymagał od siebie i od innych.

Powstanie rozpoczął na Stawkach, gdzie zdobywał magazyny niemieckie - w nich potem znaleziono m.in. panterki, w których chodzili później żołnierze Zgrupowania „Radosław” - oraz szkołę, z której uwolniono pewną grupę żydów. Na chwilę jednak zatrzymajmy się przy nazwie samej ulicy. Skąd akurat Stawki? Kiedyś krążyła teoria, że tereny te były swego czasu stawkami w grach karcianych. Jednak prawda jest zupełnie inna... i dość prozaiczna. Otóż w tamtym rejonie istniały dawniej stawy, które powstały przy spiętrzeniach rzeki Drny. Po raz pierwszy nazwa ulica Stawki pojawiła się już w roku 1784.

Powązki Wojskowe w Warszawie, ostatni przystanek na trasie śladami Tadeusza Wiwatowskiego... / Fot. Sebastian Pawlina

Po Stawkach przyszła kolej na następne walki. Kolonia Gizów, Żelazna, Leszno, Okopowa, Monopol Tytoniowy... Miejsca, które kilka lat wcześniej obserwował jako młody chłopak. Ulice, na których się wychowywał. W sierpniu 1944 r. przyszło mu bronić tego wszystkiego w walce, którą uważał za błąd. Na Stawki wrócił jeszcze raz. W dniu 11 sierpnia, kiedy Zgrupowanie „Radosław” szukało drogi wyjścia z zaciskającego się pierścienia niemieckiego na Stare Miasto. Jeszcze wieczorem 10 sierpnia w rozmowie z drem Bogdanem Kaczyńskim - lekarzem Oddziału Dyspozycyjnego „A” - rozmawiał o bezsensie Powstania. Miał wówczas powiedzieć, że ma złe przeczucia co do dnia następnego. Kilkanaście godzin później, około godziny 8:00, wyszedł do natarcia na Stawki, które zajmowali Niemcy. Prowadził lewe skrzydło uderzenia wykonywanego siłami batalionu „Miotła”. Po dojściu w rejon skrzyżowania Stawki i Dzikiej próbował przeskoczyć ulicę i poderwać w ten sposób oddział do szturmu po tym, jak ten zaległ przygnieciony ogniem nieprzyjaciela. Kiedy przebiegał ulicę eksplodował koło niego pocisk. Nie zginął od razu. Miał jednak urwane obie nogi na wysokości kolan. Potrafił zachować jeszcze na tyle trzeźwy umysł, aby móc wskazać swoim żołnierzom niemieckie stanowiska. Niestety nie było już dla niego szans na ratunek. Zmarł najprawdopodobniej około godziny 10:00 dnia 11 sierpnia 1944 r.

Jego ciało zostało pochowane w prowizorycznym grobie. Po wojnie ekshumowane 5 kwietnia 1945 r. przetransportowano na Powązki Wojskowe. Spoczął między żołnierzami „Miotły”. Tam też podróż warszawskimi śladami Tadeusza Wiwatowskiego kończy się na dobre...

  1. Zainteresowanych pochodzeniem nazw poszczególnych ulic Warszawy zachęcam do sięgnięcia po: K. Handke, Słownik nazewnictwa Warszawy, Warszawa 1998. []
  2. Więcej patrz: S. Łoza, Architekci i budowniczowie w Polsce, Warszawa 1954, s. 312. []
  3. Więcej patrz: T. S. Jaroszewski, Księga Pałaców Warszawy, Warszawa 1985, s. 147-149. []
  4. Więcej patrz: tamże, s. 107-111; M. I. Kwiatkowska, Pałac Potockich, Warszawa 1976. []
  5. T. Mikulski, Miniatury krytyczne, Warszawa 1976, s. 44. []

Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick i wysłać komentarz. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum. Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

2 komentarze

  1. Stanislaw Aronson " Rysiek " pisze:

    Akcja patrolu 2 osobowego „Grupy Andrzeja ” 30 sierpnia 1943 roku mial miesce na ul.Ratuszowej w Srodmiesciu nie na Pradze. Brali w niej udzial Stanislaw Aronson ” Rysiek ” i Alfred Bielecki „Mietek”.
    Tadeusz Wiwatowski „ Olszyna” przeprowadzil odprawe przed akcja i byl obserwatorem. Celem akcji byl centralny garaz I magazyny paliwa Poczty Niemieckiej

  2. Sebastian Pawlina pisze:

    Niezmiernie mnie cieszy, że postanowił Pan skomentować tekst. Być może będzie mnie Pan pamiętał. Rozmawialiśmy chwilę na bankiecie po uroczystości przejęcia przez Oddział Specjalny Żandarmerii Wojskowej w Warszawie tradycji Oddziału „A”, podpisywał nawet Pan dla mnie swoją książkę. Mówiłem wtedy, że mam w planach napisanie biografii Tadeusza Wiwatowskiego.

    Ale dobrze, do rzeczy. Mam dwa pytania.
    Czy jest Pan pewien, że ta akcja miała miejsce w Śródmieściu? Wszystkie znane mi plany Warszawy przedwojennej lokują Ratuszową na Pradze.
    Druga rzecz - jeśli „Olszyna” przeprowadzał wówczas odprawę i był obserwatorem, to znaczy, że miał Pan z nim kontakt, zapewne niewielki, ale jednak. Czy mógłby Pan opowiedzieć o „Olszynie” coś więcej? Jaki był, jak się zachowywał. Każdy szczegół jest tutaj na wagę złota, a takich relacji osób, które znały go osobiście, nie ma niestety zbyt wielu. Stąd gdyby udało się cokolwiek dopowiedzieć, to już byłoby dużo.

    Odpowiedź w razie czego może być tutaj, bądź też, gdyby to miała być wygodniejsza forma, na mój adres e-mail:
    sebastian.p44@gmail.com

    Z wyrazami szacunku,
    Sebastian Pawlina.

Zostaw własny komentarz