Uderzenia na niemieckie „budy” - Warszawa 1943


O akcji pod Arsenałem słyszał każdy. Uderzenie na niemiecki transport z więźniami, wśród których był m.in. Jan Bytnar „Rudy”, na trwałe wpisało się w dzieje warszawskiej konspiracji okresu drugiej wojny światowej. Podziemie nie ograniczyło jednak swoich działań w zakresie uwalniania ludzi z rąk niemieckich tylko do tej jednej historii. W samej Warszawie przeprowadzono jeszcze kilkanaście tego typu zadań. Kilka z nich przypadło w udziale oddziałom KeDywu Okręgu Warszawa AK.

Henryk Witkowski „Boruta”, starszy z braci Witkowskich, uznawany za jednego z najodważniejszych żołnierzy warszawskiego KeDywu. Autor jednej z najważniejszych prac poświęconych historii KeDywu OW AK / Fot.sww.w.szu.pl

Źródła

Dla czterech akcji KeDywu OW AK dysponujemy podobnym materiałem źródłowym - raportami, jakie sporządzili dowódcy poszczególnych grup. Zdecydowanie najdokładniejszy opis pozostawił nam Tadeusz Jaegermann „Klimek” kierujący mokotowskim oddziałem obwodowym (tzw. ODB-19) warszawskiego KeDywu. W oryginale trzy strony maszynopisu uzupełnianego przez samego „Klimka” ołówkiem. Znajdziemy tam informacje nt. uzbrojenia oddziału, zadań poszczególnych grup, a także szczegółowy przebieg wydarzeń. Dodatkowo z późniejszych pism jesteśmy w stanie odtworzyć smutny epilog akcji z 2 grudnia 1943 r. Sprawozdania z obu uderzeń 26 listopada i jeszcze jednego z 2 grudnia (Grupa „Andrzeja” i dwukrotnie Grupa „Kosy”) są już mniej dokładne, jednak mimo to można dzięki nim pokusić się o w miarę dokładne opisanie tego, co zaszło wówczas na ulicach Warszawy.

Jeszcze w październiku przeprowadzone zostały cztery podobne ataki (po dwa w dniach 22 i 24 października, przy czym nie udało mi się znaleźć żadnych dokumentów - poza krótkimi wzmiankami w miesięcznym raporcie KeDywu OW AK[1] - dzięki którym można by zrekonstruować ich przebieg. Na całe szczęście we wspomnieniach braci Witkowskich pojawił się dość dokładny opis jednego z tych zadań (wykonywanego przez Grupę „Kosy”). Pozostałe trzy opisał w jednej ze swoich prac prof. Tomasz Strzembosz.

Niemcy zaostrzają terror

Od samego początku okupacji Niemcy na zajętym przez siebie terenie postanowili zastraszyć Polaków poprzez stosowanie najróżniejszych metod terroru. Aresztowania, łapanki, egzekucje, tortury. Wachlarz metod z czasem coraz bardziej się powiększał. Podziemie w pierwszych miesiącach, a nawet latach swojego funkcjonowania, nie było w stanie na to reagować w sposób odpowiedni, a to ze względu na problemy organizacyjne. Za mało ludzi, broni, brak odpowiedniej liczby specjalistów potrafiących przygotowywać i przeprowadzać te bardziej wymagające akcje[2]. Jednak zaczęło się to w końcu zmieniać. W Warszawie pod koniec 1942 r. można było zaobserwować wzmożoną działalność konspiracji - wysadzanie pociągów, likwidacje agentów gestapo, uderzenia na niemieckie urzędy, działania sabotażowe[3]. Podobnie sytuacja przedstawiała się na pozostałych terenach okupowanych.

Dokładnie 2 października 1943 r. Generalny Gubernator Hans Frank wydał rozporządzenie o „zwalczaniu zamachów na niemieckie dzieło odbudowy w Generalnym Gubernatorstwie”. Dokument ten dawał niemieckim funkcjonariuszom prawo do w zasadzie swobodnego wymierzania kary śmierci. Nie ważne było to, czy sądzony był sprawca jakiegoś czynu czy jego pomocnik, obaj dostawali identyczny wyrok - karę śmierci. Tak samo bez znaczenia było to, czy ktoś swój plan wprowadził w życie. Sam zamiar wystarczał do tego, aby skazać kogoś na śmierć. Kiedy w dniu 10 października zarządzenie Franka było ogłaszane w Warszawie przez megafony spiker dodał: „policjant niemiecki ma prawo strzelać do każdego napotkanego na ulicy, który wyda mu się podejrzany”[4].

Niemcy zaczęli przygotowywać warszawskie więzienia do przyjęcia nowej fali więźniów. Opróżniano je z tych, którzy dotąd w nich siedzieli. Samego tylko 4 października Pawiak opuściło około 1000 osób, wszyscy zostali przetransportowani do Oświęcimia. Akcję zapełniania cel nowymi zatrzymanymi rozpoczęto w środę 13 października zmasowanymi łapankami w różnych punktach miasta. Niemal codziennie na ulice Warszawy wyjeżdżały „budy” niemieckie. Zatrzymywano praktycznie wszystkich, jedynie zaświadczenia o pracy „na potrzeby wojny” chroniły przed wysłaniem do więzienia czy obozu, choć i to nie było żadnym gwarantem spokoju. Jak pisali bracia Witkowscy zwykłe wyjście po zakupy do sklepu wiązało się z wielkim stresem[5]. Nikt nie znał dnia ani godziny. Ludzie starali się wzajemnie ostrzegać na ulicach, każda najmniejsza anomalia w najbliższym otoczeniu mogła być sygnałem do ucieczki. Niemcy nie ograniczali się jedynie do łapanek. Zaczęli również urządzać publiczne egzekucje. Wszystko to miało na celu złamanie społeczeństwa i zachęcenie go do wydawania konspiratorów w zamian za darowanie życia części zakładników.

W tej sytuacji Kierownictwo Walki Podziemnej postanowiło odpowiedzieć na poczynania okupanta. Jedną z metod stały się uderzenia na „budy” żandarmów.

Nowy Świat razy dwa

KeDyw Okręgu Warszawa AK zaangażował się w akcję od samego początku. Niewielkie patrole z poszczególnych oddziałów były wysyłane na miasto w poszukiwaniu samochodów niemieckich jadących na łapankę. Ponieważ jednak efekty takie działania były w zasadzie żadne, a i siła ognia takich kilkuosobowych grupek była niewielka, postanowiono zmienić taktykę. I tak w dniu 22 października na Nowym Świecie między ulicą Świętokrzyską a Ordynacką ustawił się oddział z Grupy „Kosy”. Chociaż sam Ludwik Witkowski „Kosa” był na miejscu, nadzorując wykonanie zadania, to dowództwo przypadło jego starszemu bratu Henrykowi Witkowskiemu „Borucie”, który był na co dzień podwładnym „Kosy”. W skład zespołu weszli oprócz nich również[6] Jacek Mackiewicz „Kujawa”, Antoni Walusiński „Kurzawa”, Włodzimierz Green „Gazda”, Wacław Legucki „Bohdan”, Henryka Chyczewska „Ksantypa”, Zbigniew Młynarski „Kret”, Orest Fedoreńko „Fort”, Stanisław Ajdas „Bończa”, Eugeniusz Domański „Miś”, Tadeusz Ślesicki „Tatar”, Józef Łapiński „Chmura”, Szczepan Sochacki „Szczepan”, Jerzy Postek „Jasny” oraz Tadeusz L. Zieliński „Jarząbek”.

Miejsce wybrano nieprzypadkowo. Była to jedna z najważniejszych arterii przelotowych w tamtym rejonie miasta, a na dodatek niedaleko ulokowana była Komenda Policji na Krakowskim Przedmieściu oraz park samochodowy wojsk lotniczych. Istniało więc spore prawdopodobieństwo, że będzie tamtędy jechał konwój z „budami”. Z drugiej strony stwarzało to ryzyko, że jeśli walka przeciągnie się ponad niezbędne minimum (które zaplanowano na wystrzelanie dwóch magazynków na peem), to nieprzyjaciel będzie mógł ściągnąć znaczne posiłki i to w krótkim czasie. Wtedy wykonawcy znaleźliby się w bardzo trudnym położeniu. Dlatego niezwykle istotne było, aby ściśle trzymać się planu i nie rzucać się za bardzo w oczy. A plan był prosty. Dwie sekcje uderzeniowe miały zamknąć Niemców z dwóch stron ogniem peemów, co wraz z obrzuceniem wroga granatami i filipinkami powinno przynieść akcji sukces.

Na miejscu byli już o godzinie 8:30 rano. Po pół godzinie czekania „Boruta” zaczął się martwić, że jeśli postoją w tamtym miejscu jeszcze trochę, to albo „ściągną” sobie na głowę jakiś patrol, albo „spalą” miejsce. Zdawał sobie bowiem sprawę z tego, że jeśli akcja nie powiedzie się, to będą musieli powtarzać ją aż do skutku, a Niemcy ten konkretny punkt będą już mieli pod baczniejszą obserwacją. Postanowił więc, że zostaną na posterunkach jeszcze kwadrans, po czym spokojnie wycofają się. Ale już chwilę po tym, jak zdążył przekazać informację o tym „Kretowi”, który pełnił rolę jego zastępcy, na ulicy rozpętała się walka - niemiecka „buda” wpadła w zasadzkę. Zaatakowali ją zgodnie z planem z dwóch stron. Z jednego z peemów strzelał „Boruta”, który dodatkowo musiał trzymać w szachu Niemców biegnących na pomoc kolegom od strony parku samochodowego. Starcie nie trwało długo. Po dwa magazynki na Stena, kilka granatów i odskok. Ten udał się bez najmniejszych problemów. Poszczególne sekcje bardzo szybko znalazły się w swoich „melinach” na Powiślu, gdzie miały przeczekać ten najbardziej gorący czas po akcji. Według wspomnień H. Witkowskiego już pół godziny później ruch na ulicy został przywrócony do normalnego stanu[7]. Straty niemieckie, poza zniszczonym samochodem, miały wynieść 5 rannych[8].

Niecały miesiąc później Grupa „Kosy” miała przeprowadzić kolejne zadanie tego typu. Zbigniew Młynarski „Kret”, który miał tym razem dowodzić postanowił, że zaryzykują uderzenie w tym samym miejscu:

„Mieliśmy przecież doskonałe rozpoznanie tego terenu, dobrą drogę odwrotu do ‚melin’ na Powiślu, a poza tym Niemcy mogli się chyba spodziewać wszystkiego na ulicach Warszawy, ale nie ponownego uderzenia w miesiąc później dokładnie w tym samym miejscu”[9].

Z realizacji zamierzonego planu trzeba było jednak nieoczekiwanie zrezygnować na pewien czas. Było to efektem aresztowania przez Niemców szefa KeDywu OW AK, mjra Jerzego Lewińskiego „Chuchro”. Chociaż okupant nie miał pojęcia, kto wpadł w jego ręce, to jednak w podziemiu zdawano sobie sprawę, że każda akcja może spowodować, że Niemcy w ramach odwetu przyspieszą egzekucję, w której „Chuchro” zginie. A chciano uratować go. Podjęto starania w tym kierunku przekazując por. Jerzemu Tabęckiemu „Lasso” kwotę 100 tys. zł, które miał przeznaczyć właśnie na wykupienie mjra Lewińskiego z rąk niemieckich[10]. Zakładano również, że uda się odbić go z rąk plutonu egzekucyjnego. Niestety nie udało się. W dniu 24 listopada „Chuchro” pod swoim fałszywym nazwiskiem Jerzego Redy został rozstrzelany w publicznej egzekucji. Już następnego dnia odbyła się odprawa dowódców sekcji w Grupie „Kosy”. Tym razem była wyjątkowo krótka i smutna. Pamięć mjra Lewińskiego uczczono minutą ciszy po czym Ludwik Witkowski „Kosa” wydał krótki rozkaz:

„Koledzy, jutro rano przystępujemy do akcji zgodnie z planem”[11].

Przebieg akcji miał być identyczny co w dniu 22 października. Zmieniono jedynie rozstawienie sekcji tak, aby nie stały w tych samych miejscach co poprzednio. Ich skład tym razem prezentował się następująco[12]:
1. „Kret”, „Miś”, Czesław Młynarski „Oliwa”, „Fort”, Zbigniew Mirgałowski „Kamień” i „Bończa”;
2. „Boruta”, „Sław” (NN), „Jasny” i „Gazda”;
3. „Chmura”, „Kujawa”, „Kurzawa” i „Bogdan”;
4. Zygmunt Malinowski „Kruk”, „Jarząbek” i „Szeik” (NN);
5. sanitariuszki - Maria Woźniak „Mila”, Lucyna Wilczyńska „Wilma” i „Ksantypa”[13].

Łącznie 20 osób. Jak na warunki robót konspiracyjnych była to liczba imponująca. Do dyspozycji oddziału oddano 3 Steny, 1 Thompsona, 8 filipinek, 2 butelki zapalające, 12 granatów i 15 pistoletów. Na kilkuminutową akcję był to arsenał wystarczająco pokaźny.

Ponownie o godzinie 8:30 wszyscy byli przygotowani do akcji. Z uwagi na padający delikatny deszczyk żołnierze pochowali się, byle tylko nie zmoknąć i... nie zwracać na siebie uwagi. Normalnie zachowywanie się tak, aby nie przyciągać wzroku ciekawskich, było dla wykonawców różnych zadań sporym wyzwaniem. Tym razem jednak trudno byłoby nie zainteresować się przechodzącemu patrolowi grupką ludzi, którzy stoją od siebie w niewielkiej odległości i nic nie robią sobie z tego, że mokną. Na deszczu stali jedynie „Boruta” z „Kretem”. To oni mieli zacząć akcję. Musieli więc mieć możliwość kontrolowania tego, co dzieje się na ulicy. Podczas oczekiwania na konwój doszło do dwóch pozornie zabawnych sytuacji. Czemu pozornie? Ponieważ pokazują one, w jak dużym stopniu konspiratorzy byli narażeni na wpadkę przez jeden wydawałoby się nieistotny szczegół, czy też zwyczajny zbieg okoliczności. Najpierw do H. Witkowskiego podszedł „Kret”, który powiedział:

„Słuchaj Henryk, jeśli jeszcze raz wyjdziesz na akcję w tym samym kapeluszu, to pamiętaj, że więcej z tobą nie pójdę! Niedługo cała Warszawa będzie cię znała...”[14]

Starszy z braci Witkowskich po chwili sam siebie zganił w duchu, że mógł popełnić taki błąd. Kilka minut później jednak okazało się, że to nie on, ale „Kret” przyciąga bardziej uwagę ludzi. Spacerując sobie wzdłuż ulicy „Boruta” zatrzymał się w pewnym momencie obok postoju riksz. Po chwili zaczął rozmawiać z jednym z kierowców na najróżniejsze tematy. Dzięki temu mógł spokojnie postać w tym jednym miejscu trochę dłużej. Nagle jego rozmówca wskazał głową na „Kreta” stojącego kawałek dalej i powiedział:

„Panie, widzi pan tego typa? On tu kręcił się przed miesiącem, a lepiej nie mówić, co się potem działo. Dobrze radzę, niech pan stąd szybko zwiewa. Chłopaki - odwrócił się do swoich kolegów i gwizdnął - jedziemy!”[15]

Po tym wydarzeniu tak „Kret” jak i „Boruta” przez kilka tygodni omijali ten rejon... chociaż sam Zbigniew Młynarski jeszcze wiele lat po wojnie nie chciał uwierzyć w to, że ktoś mógł tak dobrze zapamiętać jego twarz.

Chwilę po rozmowie z rikszarzem Henryk Witkowski wrócił na swój posterunek. Dokładnie o 9:10 zobaczył, że ludzie gdzieś w głębi ulicy uciekają przed czymś. Tym „czymś” okazała się być niemiecka „buda”. Najpierw jedna, potem druga... a za nimi jeszcze dwa samochody osobowe wypakowane Niemcami. Jednak „Boruta” widział jedynie pierwszy pojazd. Kiedy ten minął go błyskawicznie odwrócił się wyciągając spod płaszcza Stena i otwierając ogień do mijającej go ciężarówki. Od razu ogniem swojego peemu osłonił go „Kruk”. Na ulicę zaczęły lecieć granaty i filipinki. Konwój zatrzymał się, odpowiadając ogniem na atak. Wydawało się, że zadanie było już wykonane, jednak nie mogli uciec od razu. Odskok trzeba było wykonać etapami, osłaniając się wzajemnie tak, aby Niemcy nie mogli rozpocząć natychmiastowego pościgu. W trakcie odwrotu, przeprowadzanego nie bez problemów, ranni zostali „Jarząbek” oraz „Kurzawa”. W tym momencie najważniejsze stało się to, aby zabrać obu z pola walki i umożliwić sanitariuszkom spokojne zabranie obu na przygotowany wcześniej punkt sanitarny. Kiedy udało już się ewakuować ich z miejsca walki reszta skokami oderwała się od Niemców i bocznymi uliczkami zaczęła uciekać w stronę swoich „melin”, gdzie tak jak w październiku chcieli przeczekać pierwsze godziny po akcji.

Zdzisław Zajdler-Rybicki „Żbik”, bratanek dra Józefa Romana Rybickiego „Andrzeja”, od listopada 1943 r. szefa KeDywu OW AK. W Grupie „Andrzeja” dowodził grupą mokotowska / Fot. J. R. Rybicki, Notatki szefa warszawskiego KeDywu, Warszawa 2003, s. 207.

Zarówno „Jarząbek” jak i „Kurzawa” byli jedynie lekko ranni. Poza nimi oddział nie poniósł żadnych strat. Według dokumentów KeDywu OW AK straty niemieckie miały sięgnąć nawet i 12 zabitych. Profesor Strzembosz podawał jednak, że faktycznie Niemcy mieli jedynie 6 rannych[16].

Uwaga - buda!

Tego samego dnia (tj. 26 listopada) niedaleko Nowego Światu na Niemców czekała inna grupa. Tym razem był to 10-osobowy oddział z Grupy „Andrzeja”[17], dowodzony przez Zdzisława Zajdlera „Żbika”. W skład jego zespołu wchodzili m.in. Zenobiusz Popkowicz-Popko „Mikołaj”, Jan Dryla „Tońko”, Stanisław Budkiewicz „Budrys”, Zygmunt „Pikolo” (NN) oraz Zbigniew Furmanek „Zawiły”. Uzbrojeni byli w 3 Thompsony, 12 filipinek, 2 granaty oraz broń krótką. O godzinie 8:30 wszyscy byli już ustawieni na swoich pozycjach przy wiadukcie mostu Poniatowskiego. Dokładnie o 9:10 z Wybrzeża Kościuszkowskiego w stronę wylotu mostu podjechały dwie „budy”. Zatrzymały się, po czym wysiedli z nich Niemcy, którzy rozpoczęli łapankę. Dowodzący akcją „Żbik” nie mógł zaryzykować podejścia w stronę ciężarówek z dwóch względów. Po pierwsze za silna obstawa niemiecka, a po drugie groźba poranienia samych Polaków. Musiał więc czekać. Ale już po kilku minutach obie „budy” ruszyły w stronę ludzi Z. Zajdlera. Widząc to „Żbik” krzyknął dając jednocześnie hasło swoim ludziom do rozpoczęcia walki:

„Uwaga - buda - ludzie, uciekajcie!”[18]

Tutaj, podobnie jak na Nowym Świecie, wydarzenia rozgrywały się błyskawicznie. Rzucono kilka filipinek, aby zatrzymać samochody, oraz otworzono do nich ogień z broni maszynowej. Sytuację utrudniali ludzie, którzy wyskakiwali z ciężarówki aby uciec jak najdalej. W końcu jednak „Żbik” wydał rozkaz do odwrotu, który odbył się bez żadnych problemów w zaplanowanym wcześniej porządku. Jak podawał później w raporcie sam Zdzisław Zajdler jedynie brak większej ilości broni maszynowej spowodował, że nie mógł dłużej kontynuować walki.

Strona polska nie poniosła w tym starciu żadnych strat. Niemcy według danych podziemia mieli ponoć 10 zabitych. Ciężko jednak zakładać, aby miało skończyć się na więcej jak kilku rannych.

Dzień, którego Praga nie zapomni

W dniu 26 listopada jeszcze jedna grupa przygotowywała uderzenie na niemiecki konwój. W rejonie placu Trzech Krzyży nad ranem zebrała się grupa z batalionu „Chwackiego”. Nie doczekała się ona jednak żadnego celu, w związku z czym poszczególne sekcje zwinęły się i wycofały bez podejmowania jakichkolwiek działań.

Ci sami ludzie mieli już jednak na swoim koncie akcje „na budy”. Pierwszą próbę podjęli jeszcze 22 października. Wówczas całością zadania dowodził Roman Polkowski „Sternik”. Oddział czekał na ciężarówki w rejonie Ząbkowskiej i Brzeskiej ponad dwie godziny, co było czasem zdecydowanie za długim. Nie chcąc jednak odchodzić z pustymi rękoma „Sternik” podjął decyzję, że wykorzysta zgromadzonych już ludzi do innego celu. Chciał uderzyć na zmianę warty niemieckiej przed praskim dowództwem odcinkowym Schupo przy Targowej 15[19]. Jednak zanim rozpoczął swój atak, do jednego z jego żołnierzy, Jerzego Wiśniewskiego, podszedł niemiecki oficer, który zażądał od niego dokumentów. Ten nie miał ich, zgodnie z zasadami, jakie obowiązywały ludzi idących na akcję. Chcąc pomóc swojemu człowiekowi „Sternik” rozkazał stojącemu obok siebie „Tygrysowi” strzelić do Niemca. Ten jednak zanim został trafiony sam strzelił do Wiśniewskiego, który padł martwy.

Między stroną polską, a niemiecką, natychmiast rozpętała się strzelanina, jakiej Praga nie widziała przez całą okupację. Niemcy ściągali coraz to większe posiłki, jednak ludzie „Sternika” jakoś zdołali utrzymać ich na dystans, a w końcu rozpierzchli się między domami szukając schronienia przed pościgiem. Niemcy nie złapali w końcu żadnego z nich[20].

Już dwa dni później na ulicy Ząbkowskiej oraz na Targowej doszło do kolejnych starć, których celem były niemieckie „budy”. Nie są znane niestety żadne szczegóły dotyczące tych akcji.

Grudniowe uderzenia - Mokotów i Stare Miasto

Ostatnie w 1943 r. akcje tego typu odbyły się w Warszawie w dniu 2 grudnia. Wtedy to na ulice miasta wyszło łącznie około 90 żołnierzy konspiracji, którzy oczekiwali na Niemców w aż ośmiu punktach. Jednak mimo zaangażowania tak znacznych sił jedynie w dwóch przypadkach nieprzyjaciel wpadł w pułapkę. Jedną z tych akcji przygotowywał oddział z batalionu saperów. Przy Wybrzeżu Gdańskim, na wysokości Kamiennych Schodków, swoje stanowiska ulokowało - według raportu - 14 ludzi[21]:
1. Marian Dukalski „Marek” (d-ca akcji);
2. „Sęp” (NN), Ryszard Pyt „Adria” i „Bolek” (NN);
3. Władysław Babczyński „Pastor”, „Jędrek” (NN), „Janek” (NN), „Tadek” (NN), Wacław Ejmocki „Wacek” oraz Franciszek Potyka „Franek”;
4. Włodzimierz Malinowski „Tygrys”, Zygmunt Puchalski „Atomek”, Andrzej Michalski „Medyk” i Tadeusz Sanikowski „Śledź”.

Pierwsza strona raportu Tadeusza Jaegermanna „Klimka”. Oryginał znajduje się w Archiwum Józefa Rybickiego (Gabinet Rękopisów Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego).

Dużo więcej szczęścia miała tego samego dnia grupa z Oddziału Dywersji Bojowej „19”, czyli mokotowski oddział obwodowy KeDywu OW AK. W skład zespołu wykonawczego weszło 8 osób[22]: Tadeusz Jaegermann „Klimek” (d-ca akcji), Tadeusz Sobczyński „Ba” (zastępca d-cy), Zigniew Dunin-Wąsowicz „Dunin”, Zbigniew Stalkowski „Stadnicki”, Jerzy Kowalski „Roch”, Wojciech Łysakowski „Wojtek”, Tadeusz Hellwig „Malwin” oraz Zbigniew Malicki „Hrabia”. Mieli oni do swojej dyspozycji 2 Steny, 2 pistolety Parabellum oraz 4 Visy. Była jedna jeszcze druga grupa, której zadaniem było zdobycie samochodu potrzebnego do ucieczki oraz zapewnienie bezpiecznego odskoku z miejsca walki. Grupa ta składała się z 5 ludzi: Bolesław Bondy „Felczer” (d-ca), Zbigniew Bogacki „Zbych” (z-ca), Tadeusz Łabaziewicz „Toniek”, Janusz Kacprzyk „Janusz” i Wacław Martens „Paweł”. Oni z kolei mieli po jednym pistolecie (2 x Parabellum i 3 x hiszpański pistolet kaliber 7,65 mm).Niecały kwadrans po godzinie 10 zauważyli dwie „budy” oraz łazik z żandarmami. Zgodnie z planem na pierwszy pojazd poleciały granaty i filipinki, rozpoczęto także ostrzał z czterech peemów (do dyspozycji mieli trzy Steny i jednego Thompsona). Niemcy jednak zachowali się najlepiej jak tylko było można. Od razu odpowiedzieli ogniem ze swojej broni, a kierowcy nie spanikowali tylko błyskawicznie dodali gazu i uciekli z zagrożonego rejonu. Straty niemieckie nie są znane. Po stronie polskiej ranny został jedynie lekko sam „Marek”.

Pierwszy ruch należał do zespołu kierowanego przez „Felczera”. Już o godzinie 6:00 rano cała piątka zebrała się, aby o 6:20 rozpocząć patrolowanie ulicy Grójeckiej na odcinku od Kopińskiej po Opaczewską, czyli aż do ówczesnych rogatek. W końcu udało im się znaleźć samochód. Był to wyjątkowy grat, jak napisał sam „Klimek” w raporcie - sowiecki Ford z zamontowanym gazogeneratorem na drewno, rejestracja OST 13625. Szoferem pojazdu był niejaki Bolesław Mijas. Po przejęciu wozu przez ludzi „Felczera” B. Mijas został zostawiony na rogu ulicy Filtrowej i Al. Niepodległości „pod opieką” trzech ludzi, którzy mieli przypilnować go aż do godziny 10. Jeszcze tego samego dnia szofer otrzymał swój samochód z powrotem.

Na razie jednak był on potrzebny ludziom T. Jaegermanna. Jego grupa zbiórkę miała zaplanowaną na godzinę 8:30. Już pięć minut później „Klimek” otrzymał od Bolesława Bondy informację, że samochód już przygotowany czeka w ustalonym wcześniej miejscu. Teraz trzeba było jedynie rozstawić się na posterunkach i czekać. Oddział ustawiony był u zbiegu ulic Puławskiej i Rakowieckiej. Taka lokacja sprawiała, że ludzie „Klimka” niemal na pewno „przechwycili” by wszystkie niemieckie samochody jadące z tego rejonu w stronę Śródmieścia, a szczególnie te ruszające z niemieckich placówek na Dworkowej i Willowej. Z drugiej strony dosłownie o rzut kamieniem stamtąd znajdowały się koszary lotników (Flakkaserne), miejsce wyjątkowo mocno obsadzone przez Niemców. W razie przeciągania się akcji nieprzyjaciel mógł z łatwością wprowadzić do walki poważne siły. Dlatego też niezwykle ważne było to, aby nie popełnić żadnego błędu. Na szczęście dla ludzi „Klimka” sam rejon Puławskiej i Rakowieckiej był bardzo ruchliwy, znajdywały się tam przystanki tramwajowe, dzięki czemu konspiratorzy mogli wtopić się w tłum udając, że czekają na tramwaj. W końcu około 9:30 od strony Willowej ruszyły dwie niemieckie „budy”. Teraz wszystko zależało od szybkości żołnierzy „Klimka”.

Jeszcze w bramie Tadeusz Jaegermann wyciągnął z teczki filipinkę, po czym wybiegł na ulicę i rzucił ją w pierwszy z samochodów. Za nim to samo zrobili inni, a „Ba” i „Dunin” otworzyli ogień ze swoich Stenów. Jeden z pojazdów został całkowicie zniszczony. Celem stał się więc już tylko ten drugi. Miał on zamontowany kaem, jednak ostrzał Polaków był na tyle mocny, że Niemcy nawet nie próbowali strzelać z wykorzystaniem przyrządów celowniczych, ale „walili” na oślep. W pewnym momencie tuż obok ciężarówki na ulicę padł „Wojtek”. Wszystkim wydawało się, że zginął. Nie mając możliwości dotarcia do niego ze względu na ogień niemiecki „Klimek” zarządził w końcu odwrót. Wycofywali się przez pobliski bazar. Tam natknęli się jeszcze na kilku Niemców, którzy próbując stawiać opór zostali zabici. Grupa dotarła szczęśliwie bez żadnych dodatkowych strat do samochodu. Kiedy już ulokowali się w nim, zmęczeni i pokrwawieni okazało się, że kierowca... ma problemy z ruszeniem. Na szczęście dzięki spadkowi ulicy Słonecznej, gdzie stał pojazd, udało się pojechać. Wszyscy cało i szczęśliwie dotarli do domów. Poza „Wojtkiem”.

Jak się później okazało Wojciech Łysakowski wcale nie zginął. Był jednak ciężko ranny. W takim stanie Niemcy zabrali go do szpitala, skąd po podleczeniu trafił do więzienia. Tam poddano go torturom. Nikogo i niczego nie ujawnił, chociaż Niemcy na afiszach informowali, że złapali „bandytę na usługach Anglików”, co miało zasugerować, że jednak powiedział kim jest. Zachowało się do dzisiaj kilka jego grypsów, które pisał do dziewczyny i rodziny. W jednym z nich przyznał, że jest przekonany, iż niedługo zginie. I faktycznie, w dniu 11 lutego razem z 26 innymi osobami został powieszony na ulicy Leszno naprzeciwko gmachu Sądów. Stało się to dokładnie w jego 21 urodziny.

Bilans

Czy można pokusić się o sporządzenie jakiegoś sensownego zestawienia zysków i strat tych konkretnych akcji, przeprowadzonych między październikiem, a grudniem 1943 r. w Warszawie przez KeDyw OW AK? Niewątpliwie te uderzenia utrudniały Niemcom prowadzenie ich zbrodniczej działalności. Pokazywały, że nie są bezkarni. Kto wie do czego zaczęliby się posuwać gdyby czuli, że mogą robić co chcą i nic im za to nie grozi. Być może udało się uratować w ten sposób życie kilkunastu, kilkudziesięciu, a może kilkuset osób. Represje niemieckie za te akcje? Oczywiście Niemcy wykorzystywali każdą okazję do tego, aby usprawiedliwić swoje poczynania. Szczególnie, jeśli weźmiemy tutaj pod uwagę rozporządzenie Hansa Franka z 2 października 1943 r., które umożliwiało im zabijanie ludzi w biały dzień z byle powodu. Poprzez swój terror Niemcy mieli nadzieję na złamanie oporu polskiego społeczeństwa. Efekt jednak zazwyczaj był odwrotny od zamierzonego.


Przypisy:

KeDyw Okręgu Warszawa Armii Krajowej. Dokumenty - rok 1943, oprac. H. Rybicka, Warszawa 2006, s. 60 - sprawozdanie miesięczne. Wymieniono tam jedynie uderzenia z 22 października.
2 Nie oznacza to jednak, że nie organizowano żadnych akcji. Przez pierwsze trzy lata w Warszawie były to głównie wyroki na ludzi współpracujących z Niemcami, jak np. Igo Sym. Większość starć, i tak nielicznych, do jakich dochodziło między stroną polską a niemiecką, było wywołanych przez samego okupanta.
3 Ten wzrost aktywności podziemia, przede wszystkim ZWZ/AK, należy wiązać z powstawaniem struktur KeDywu, tak KG AK jak i tych okręgowych.
4 W. Bartoszewski, Warszawski pierścień śmierci 1939-1944, Warszawa 1970, s. 284.
5 H. Witkowski, L. Witkowski, KeDywiacy, Warszawa 1973, s. 236.
6 Skład osobowy odtworzony na podstawie relacji Henryka Witowskiego „Boruty”. Istnieje możliwość, że w skład oddziału wchodził ktoś jeszcze.
7 Tamże, s. 241.
8 T. Strzembosz, Akcje zbrojne podziemnej Warszawy 1939-1944, Warszawa 1978, s. 272.
9 Tamże, s. 245.
10 Trochę o historii „Chuchro” pisaliśmy już przy okazji poruszania sprawy por. Tabęckiego: https://www.historia.org.pl/index.php/publikacje/publikacje/ii-wojna-wiatowa/2081-z-ciemnych-kart-historii-warszawskiego-kedywu-historia-qlassoq.html [dostęp na: 13.11.2011 r.]
11 Tamże, s. 247.
12 Oddział Dyspozycyjny „B” warszawskiego KeDywu. Dokumenty z lat 1942-1944, oprac. H. Rybicka, Warszawa 2005, s. 25 - sprawozdanie z akcji sporządzone przez „Kosę”.
13 W raporcie pojawia się pod pseudonimem „Henia”.
14 H. Witkowski, L. Witkowski, KeDywiacy, s. 248.
15 Tamże, s. 249.
16 T. Strzembosz, Akcje..., s. 278.
17 W tym okresie zmieniło się dowództwo w Grupie „Andrzeja”. Sama nazwa oddziału wzięła się od pseudonimu jego twórcy i pierwszego dowódcy, Józefa Romana Rybickiego „Andrzeja”. Kiedy aresztowany i rozstrzelany został „Chuchro” na stanowisku szefa KeDywu OW AK zastąpił go właśnie „Andrzej”. Dowodzenie oddziałem przejął z kolei zastępca „Andrzeja”, czyli Tadeusz Wiwatowski „Olszyna”.
18 Oddział Dyspozycyjny „A” warszawskiego KeDywu. Dokumenty z lat 1943-1944, oprac. H. Rybicka, Warszawa 2007, s. 65 - raport z akcji autorstwa „Żbika”.
19 T. Strzembosz, Akcje..., s. 272.
20 Tamże, s. 274.
21 Oddział Dyspozycyjny „B” warszawskiego KeDywu..., oprac. H. Rybicka, s. 28 - sprawozdanie z akcji, autorem mógł być „Kosa”. Co ciekawe w innym raporcie podsumowującym to zadanie można znaleźć informację, jakoby brało w nim udział nie 14 a 12 ludzi. I właśnie ta druga wersja została uznana za prawidłową przez prof. Strzembosza.
22 T. Jaegermann, J. Pietrzykowski, Mokotowski oddział KeDywu Okręgu Warszawa Armii Krajowej, oprac. H. Rybicka, Warszawa 1997, s. 97 - raport z akcji autorstwa „Klimka”.


Bibliografia:

Dokumenty i wspomnienia:
Jaegermann T., Pietrzykowski J., Mokotowski oddział KeDywu Okręgu Warszawa Armii Krajowej, oprac. Rybicka H., Warszawa 1997.
KeDyw Okręgu Warszawa Armii Krajowej. Dokumenty - rok 1943, oprac. Rybicka H., Warszawa 2006.
Oddział Dyspozycyjny „B” warszawskiego KeDywu. Dokumenty z lat 1942-1944, oprac. Rybicka H., Warszawa 2005.
Oddział Dyspozycyjny „A” warszawskiego KeDywu. Dokumenty z lat 1943-1944, oprac. Rybicka H., Warszawa 2007.
Witkowski H., Witkowski L., KeDywiacy, Warszawa 1973.

Opracowania i artykuły:
Bartoszewski W., Uderzenie na samochody policyjne. Most Poniatowskiego i Nowy Świat, „Stolica” nr 47(464)/1956, s. 14.
Bartoszewski W., Uderzenie na samochody policyjne. Akcje 2 grudnia 1943, „Stolica” nr 48(465)/1956, s. 14.
Bartoszewski W., Warszawski pierścień śmierci 1939-1944, Warszawa 1970.
Bartoszewski W., 1859 dni Warszawy, Kraków 2008.
Strzembosz T., Odbijanie i uwalnianie więźniów w Warszawie 1939-1944, Warszawa 1972.
Strzembosz T., Akcje zbrojne podziemnej Warszawy 1939-1944, Warszawa 1978.

Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick i wysłać komentarz. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum. Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

Zostaw własny komentarz