Z pamiętnika warszawskiego szewca


Wojenna historia mojego pradziadka jest jedną z wielu, które przydarzyły się setkom tysięcy osób w czasie II wojny światowej. Jednakże postanowiłem podzielić się nią i napisać artykuł o jego losach na podstawie pamiętnika, który spisał już po powrocie z obozu koncentracyjnego.

Michał Kamiński

Michał Kamiński urodził się 29  października 1904 r. w Warszawie. Ukończył jedną z carskich podstawówek na Pradze1. W dwudziestoleciu międzywojennym odbywał służbę w 3 Pułku Szwoleżerów. Po powrocie do cywila uzyskał tytuł mistrza w szewstwie i założył własny zakład przy ul. Targowej 36 w Warszawie. W czasie wojny zajmował się głównie naprawą butów. Jego los diametralnie zmienił się w czasie Powstania Warszawskiego. Niestety na Pradze Niemcy szybko stłumili wszelkie walki i rozpoczęły się łapanki i wywózki. Mojego pradziadka złapano w pierwszym tygodniu sierpnia na ul. Objazdowej w młynie. Jego i innych ukrywających się znaleźli granatowi policjanci i zaprowadzili na Dworzec Wschodni. Stamtąd wywieziono go do Pruszkowa, gdzie znajdował się obóz przejściowy, do którego zwożono osoby z Warszawy i okolic. „Umieszczono nas w hali nr 5, były tam puste stoiska betonowe po maszynach, gdzie się spało na gołym betonie w okropnych warunkach sanitarnych”. Po kilku dniach Niemcy nakazali wejść ludziom do wagonów transportowych mówiąc, że jadą do Torunia kopać okopy. W czasie drogi pilnowali ich funkcjonariusze Służby Kolejowe tzw. Bahnschutz. W Toruniu transport przejęli SS-mani, którzy zdecydowali, że pradziadek i jego towarzysze pojadą dalej, na Pomorze. W Gdańsku przesiedli się do kolejki wąskotorowej i dojechali do obozu koncentracyjnego Stutthof.

„Po przyjeździe kazali nam prędko wychodzić z wagonów i pogonili nas do głównej bramy, za którą stali kapo z pałkami. Bili kogo popadli. Wyglądało to tak jakby bydło zapędzali do rzeźni. Na placu, który był między barakami trzymano nas trzy dni i stopniowo wpuszczano do baraku, gdzie SS-mani spisywali, skąd przybył »bandyta«. Zabierali wszystko, a później już nago szło się do lekarza, który był tak samo więźniem. Po zbadaniu do fryzjera, potem kąpiel pod prysznicem i zastrzyk. Dano nam do ubrania pasiaki oraz przydzielono numery obozowe. Otrzymałem nr 78800 i od tej chwili byłem tylko numerem, człowiekiem bez znaczenia”.

Następnie pradziadka przydzielono do baraku nr 3, gdzie spano w pięć osób na jednej pryczy. W całym baraku znajdowało się 1400 więźniów. Pieczę nad wszystkim sprawował sztubowy, „Niemiec podobny do żaby, nazywali go żabka. Był to sadysta. Każdego wieczoru musiał chociaż jednego więźnia wytłuc pałką, a następnie kazał kroić chleb i rzucał w wygłodniałych więźniów. Oni rzucali się na chleb jak wilki, a on leżał na łóżku i się śmiał”. Racje żywnościowe były minimalne, trochę chleba i gorzka kawa. „Przyszedł na mnie czas i jadłem obierki od kartofli.

3. Pułk Szwoleżerów, Michał Kamiński siedzi pierwszy z lewej

Na szczęście pradziadek spotkał w obozie swojego starego klienta, który  poradził mu jak żyć w takich warunkach. „Powiedział, żeby chodzić do roboty i myć się. Kto chodził do roboty, to miał normę w jedzeniu, bo posiłki były o stałej porze„. Pradziadek poszedł pracować przy wyładunku węgla, stawianiu murków i karczowaniu lasu. „ Do karczowania szliśmy komandem. SS-mani z psami nas obstawiali, żeby nikt nie uciekł. Ścinało się drzewa i obcinało korzenie. Były to duże i ciężkie buki„. Po kilkunastu dniach pradziadka przetransportowano do Polic, podobozu KL Stutthof. „Na wagony ładowali nas po 60-ciu, co wskazywało, że wiozą nas na roboty. Jak ładowali po 120-tu to wiadomo było, że na wykończenie. Warunki jazdy były okropne, nie było mowy, żeby się położyć, tylko na stojąco lub w kuckach. Środek wagonu był wolny dla SS-manów. W trakcie jazdy odbywały się rewizje.„ Gdy transport dotarł do obozu, na placu przeprowadzono kolejną rewizję. ”Ja miałem na sobie dwa swetry, które zszyłem w wagonie. Rewidował mnie sam kapo Kozłowski. Gdy zobaczył, że mam połączone swetry, zacząłem mnie bić. Uratował mnie drugi kapo, który nie był tak brutalny”. Do listopada pradziadek pracował przy bunkrach i kopaniu rowów. Później przenieśli go do obozu pracy w Mścięcinie. ”Po kwarantannie i odwszeniu każdy dostał swoje łóżko. Ja spałem na trzecim górnym. Tam można było spokojnie coś zrobić, bo było bliżej światła. Reperowałem więc drewniaki, żeby ktoś za to coś dał.” W ten sposób pradziadek dostawał chleb i zupę, bo zaprzyjaźnił się z pomocnikiem kucharza, któremu naprawił buty.

Pod koniec roku w obozie obchodzono Boże Narodzenie. „Niemcy kazali na placu apelowym ustawić choinkę i obwiesić elektrycznymi żarówkami. My zaś przynieśliśmy choinkę na blok, którą łatwo było nam zdobyć, ponieważ do roboty chodziliśmy przez las. Choinkę postawiliśmy na stole w baraku i zawiesiliśmy pudełka po papierosach, szklaną watę oraz innymi rzeczami, które udało nam się zdobyć„. Niemcy nawet rozdali prezenty. „Komendant kazał wziąć blokowym chleb i rozdać po kawałku. Dali nam też trochę wina i po 10 papierosów„.  1 stycznia 1945 r. był wyjątkowy, bo wolny od pracy. Jednakże jeden z SS-manów szukał chętnych do dodatkowej roboty. Mój pradziadek się zgłosił. ”Kazał nam wziąć łopaty i odgarniać śnieg wokół lagru”. Następnie przenieśli go do pracy w komando elektriken. „Miałem tam lekką pracę, pilnowałem magazynu, który mieścił się w kuchni„. Nowy Rok przyniósł również zmiany w organizacji obozu. „W styczniu zaczęły się ciężkie dni. Ruszył front z nad Wisły, a komendę nad nami objęło wojsko„. W związku z tym warunki znacznie się pogorszyły. ”Podczas pracy nie wolno było robić w płaszczu, mimo że były wielkie mrozy. Gdy Niemcy zauważyli, że ktoś nie pracuje, zapisywali numer i na apelu taki więzień otrzymywał 25 albo 50 batów na gołą dupę. Wyglądało to tak: przynosili z baraku stołek i kładli się na nim, a dwóch SS- manów biło na przemian”.

W styczniu alianci przeprowadzili jeden z poważniejszych nalotów na fabrykę benzyny syntetycznej. „O godzinie 1-szej nastąpił ciężki nalot, nad nasze baraki nadleciał samolot angielski, który lecąc nisko nad drzewami zrzucił bomby zapalające, a po wieżyczkach puścił serię pocisków fosforowych. Niemcy nawet nie strzelali. Huk był taki, że ziemia się trzęsła, mimo że odległość od spadających bomb wynosiła ok. 2 km. W baraku pękła ściana. Fabryka została zniszczona”. Następnego dnia Niemcy zorganizowali specjalne komando Bomben, którego zadaniem było odkopanie bomb z zapalnikiem czasowym. Niektóre nie wybuchły i utkwiły w podmokłym terenie. Oprócz tego nakazano więźniom wycinać drzewa, które ucierpiały w czasie nalotu. „Przydzielono do naszego komando więźnia, który był magazynierem w kuchni. Pracował z grupą pięciu Rosjan, młodych i leniwych chłopaków. SS-man kazał mu nosić ścięte 5 metrowe drzewa, ale człowiek ten nie był zbyt silny i ciągle padał pod ich ciężarem. Kiedy upadł czwarty raz, SS-man kazał mu stanąć pod zagajnikiem, zdjął rozpylacz i zabił go serią kul. Podbiegli do niego Rosjanie i zabrali resztki jedzenia, które miał w kieszeniach. Niemiec nas pogonił rzucając kamieniami. Mnie trafił w ramię”. Następnie hitlerowcy kazali kopać rowy przeciwczołgowe i zapory na szosach. Tempo pracy było szybkie, ponieważ Armia Czerwona był coraz bliżej.

Pradziadek w swoim pamiętniku opisuje również egzekucję, której dokonali Niemcy na pewnym Rosjaninie za próbę ucieczki. „Kiedy go złapali pierwszy raz, to na apelu dostał 50 batów, postawili go przy bramie na cały dzień i założyli na plecy trzy kolorowe kółka, co oznaczało, że chciał uciec. Podczas drugiej ucieczki poszedł do Niemki z nożem w ręku i zażądał, aby dała mu cywilne ubranie. Szwabka wrzeszczała i złapali go. Trzymali go w karcerze, a potem odbył się sąd. Przyjechali ze Stutthofu SS-mani i skazali go na śmierć przez powieszenie. Zrobili szubienicę, z jednej strony sosna, a z drugiej drabina. Przerzucili sznur i zawiązali pętlę. Tego dnia wszystkie komanda prosto z roboty szły na plac apelowy i ustawiały się w trójkąt. Nasze komando stało ok. 3 m od szubienicy. Przyprowadzili więźnia i postawili na szubienicy. Następnie jeden z Rosjan odczytał wyrok w trzech językach: niemieckim, polskim i rosyjskim. Jeden z kapo założył skazanemu pętle na szyję i kopnął deskę spod jego nóg. Chwilę później lekarz stwierdził zgon”.

W lutym 1945 r., kiedy Rosjanie zbliżali się do obozu Niemcy zarządzili selekcje więźniów. „Ustawili nas w jednym szeregu. Nadszedł komendant lagru, a z nim kapo Kozłowski. Komendant przechodził i szpicrutą wskazywał, kto ma iść na lewo, a kto na prawo. Nie wiadomo było, która strona lepsza. Mnie wskazano prawo, ale gdy komendant odszedł, kapo Kozłowski chwycił mnie za kark i pchnął na lewo. Wpadłem między chłopaków, którzy mówili, że chyba jedziemy na rozwałkę. Sytuacja robiła się coraz bardziej nerwowa, ale po selekcji kazano nam rozejść się na bloki. My żyjemy, a tych z prawej strony zostawili na placu apelowym. Stali tam kilka nocy, kilkunastu zmarło. W końcu podjechał transport i ich wywieziono nie wiadomo gdzie. Nikt nie wrócił„. Pradziadek próbował domyślić się dlaczego kapo pchnął go do grupy, która ocalała. ”Muszę wspomnieć, że ten Kozłowski to ludzi uśmiercał. W Stutthofie to nawet swojego rodzonego brata zabił stołkiem. Kozłowski był z zawodu rzeźnikiem z Gdyni. Przypuszczam, że mnie zapamiętał, bo zawsze gdy szedł, to mu się kłaniałem. Raz nawet poprosiłem go, żeby wziął mnie do warsztatów SS-mańskich, bo jestem szewc z Warszawy, ale nie przyjęli mnie”. Po selekcji i wywózce jednej z grup, Niemcy przed ewakuacją nakazali sprzątać obóz.

23 kwietnia 1945 r. odbył się ostatni obozowy apel. „Wydano nam po dwie pary klomp, dwa koce, dwa onuce, kawałek mydła, bochenek chleba i pół kostki margaryny. Spaliśmy w tartaku na deskach. Jeden kacap ukradł mi chleb spod głowy, ale kolega podzielił się ze mną swoim. Następną noc spędziliśmy w owczarni. Rano ustawiliśmy się do wymarszu. Tych, którzy nie byli wstanie chodzić prowadzono do lasu i rozstrzeliwano. Po drodze kacapy zabili psa, obdarli ze skóry i zjedli surowego, bo nie było czasu na gotowanie. Przed ostatnim marszem, który był bardzo ciężki jeden z kolegów osłabł i nie mógł już dalej iść. Ja i drugi kolega ujęliśmy go pod ręce i prowadziliśmy ok. 3 km, ale już padał. SS-mani kazali go zostawić. Kolejną noc spędziliśmy w stodole. Kozłowski stał z kijem i ubijał, żeby wszyscy weszli do środka. Każdy spał, gdzie popadło. Rano jak zwykle apel i ostatni marsz. Kiedy maszerowaliśmy, to podchodzili do nas Polacy, którzy byli na wolnych robotach i mówili, że niedługo będziemy wolni tak jak oni. Jednak 30 IV przybyliśmy do kolejnego lagru, wszystkich wpędzono za druty. Noc spędziliśmy pod gołym niebem. Rano wyruszyliśmy dalej i przeszliśmy ok. 50 km. Następnie komendant spytał się nas czy chcemy czekać na Rosjan czy iść dalej. Zdecydowaliśmy, że idziemy, bo nie chcemy mieć do czynienia z kacapami. Niemcy pędzili nas szosą, na której spotykaliśmy innych ewakuowanych z obozów. Podczas postojów grzebaliśmy w ziemi na pobliskich polach w poszukiwaniu ziemniaków. Następnego dnia uciekło 150 osób, ale Niemcy już nie reagowali. Po kilku kilometrach, na głównej drodze do Rostocku hitlerowcy nas zostawili, bo już było słychać strzelanie rosyjskich żołnierzy. Poszliśmy dalej, aby być jak najdalej od frontu. Ja i jeszcze sześciu kolegów poszliśmy szukać jakiejś posiadłości, aby się przenocować. Trafiliśmy do stodoły. Następnego dnia, 2 V znalazłem spodnie, marynarkę i płaszcz. W końcu mogłem zdjąć pasiak. Wieczorem przyszli Rosjanie, oficer i kilku żołnierzy, i kazali nam szykować się do wymarszu. Rano zebrali nas i pognali razem z jeńcami, było nas ok. 400 osób. Następnie zatrzymaliśmy się przy jakimś majątku. Polaków oddzielono, zapisywano na listę i powiedziano, że pójdziemy do wojska, ale ostatecznie nas puszczono”.

3 maja pradziadek mógł wracać do domu. „Zorganizowaliśmy konia i bryczkę. Pojechaliśmy w pięciu. Po drodze spotkaliśmy rosyjski patrol, który rewidował wszystkich napotkanych. Jeden pijany oficer podszedł do mnie, przystawił pistolet do mojej piersi  i powiedział, że zaraz będę leżał w rowie. Krzyknąłem, że jestem Polakiem, a on zaczął się śmiać i powiedział, że żartował. Następnego dnia dojechaliśmy do Odry. Musieliśmy zostawić konie, bo przez most pontonowy można było przedostać się tylko pieszo. Za rzeką znaleźliśmy porzucony wóz i konia, dzięki czemu dojechaliśmy do Stargardu. Tam udaliśmy się na dworzec. Po drodze Rosjanie zabrali nam wszystko, co znaleźliśmy w wozie. Na pociąg czekaliśmy dwa dni, śpiąc na dworcu. W końcu dojechaliśmy do Bydgoszczy, gdzie zarejestrowaliśmy się w Czerwonym Krzyżu, dostaliśmy chleb i bezpłatny bilet na powrót do Warszawy. 17 V dotarliśmy do Łodzi, a tam przesiedliśmy w pociąg do stolicy. Przyjechaliśmy na Dworzec Zachodni, a na Pragę przedostaliśmy się samochodem, który zorganizowała znajoma. 18 V spałem już w swoim łóżku”.

Mój pradziadek przeżył straszne czasy. Kiedy przyszedł na świat, Polski nie było na mapie, później po chwilowej wolności dwudziestolecia międzywojennego nastały lata dwóch totalitaryzmów. Dopiero po 1989 r. znów mógł cieszyć się z niezależności naszego państwa. Cieszył się nią niecałe dziesięć lat. Zmarł w 1998 r. w wieku 94 lat.

  1. Mam świadectwa ukończenia kolejnych klas, ale nie jestem wstanie zlokalizować tej szkoły. []

Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick i wysłać komentarz. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum. Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

12 komentarzy

  1. Tadeusz pisze:

    Ogromne uznanie dla Autora, który tak pięknie opisał losy swego dziadka. Oby więcej takich zanotowanych wspomnień i takich Wnuczków.

  2. Quatar pisze:

    WSPANIALY TEKST, WSPANIALY !
    AUTORZE- PANIE KAMILU KAMINSKI KLANIAM SIE PANU NISKO.
    SZACUNEK, UZNANIE, PODZIW.

  3. Quatar pisze:

    Moim zdaniem moglaby byc podstrona tutaj
    na tym wlasnie portalu nt. wojennych i powojennych przezyc naszych krewnych i innych.
    W koncu to nasze wspolne dziedzictwo!
    Owszem sa strony nt. wojny i wszystkiego co jest z tym zwiazane,ale jednej strony posiweconej tylko temu nie znam (moze malo jeszcze wiem ;)...

  4. Quatar pisze:

    A PAMIETNIK WARTO WYDAC W FORMIE KSIAZKI LUB EBOOK.

  5. Kamil pisze:

    @Quatar
    Zastanawiałem się nad wydaniem tego pamiętnika w formie książki, ale nie wiem kto mógłby ją wydać. Mam sporo pamiątek przed- i wojennych mojej rodziny (zdjęcia, dokumenty, pamiętniki, zegarek kieszonkowy z XIX w., a nawet szablę szwoleżera), więc ilustracji by nie zabrakło =)

    • Wojtek Duch pisze:

      Jesteś, albo lepiej Twoi rodzice są spadkobiercami pradziadka, a więc macie prawo do wydania jego wspomnień drukiem. Oczywiście trzeba albo znaleźć wydawcę, albo zrobić to własnym kosztem.

    • Ewa pisze:

      Kamilu skontakyuj się z Panem Krzysztofem Skłodowskim z Suwałk on wydał książkę o 3 Pułku może byłby zainteresowany Twoimi zbiorami do umieszczenia w II wyd książki!!

  6. Quatar pisze:

    KAMIL

    Moim zdaniem popytaj wydawcow, podzwon, albo lepiej napisz maile (opisz sprawe, ewentualne pamiatki).
    Kieruj sie nie tylko do tych najbardziej znanych.
    Moze warto „zapukac” tez do fundacji lub innych zwiazanych z tematem... Ktos zawsze pomoze.

    Jest takie wydawnictwo innowacyjne NOVAERES jakos tak, tam „uderz”. Duzo czasu i energii to wszystko zajmie,
    ale wg mnie warto. Mozliwe jest u niektorych wydawnictw typu NOVAERES dofinansowanie druku, zmniejszenie kosztow o wlasny projket okladki etc.

    Porozmawiaj z rodzicami, rodzina. Moze tego pomoga i sie wlacza w projekt, ktory moim zdaniem trzeba zrobic. Bo jak nie Ty (Wy) to kto? Nikt.

    Pytania... Mysle, ze nawet tutaj ktos zawsze napisze,
    tak jak zrobil to p. Duch (Red. Naczelny Historia.org.pl).Trzymam kciuki i wierze, ze sie uda.

  7. Ewa pisze:

    Panie Kamilu ja również jestem tyle że wnuczką plutonowego z 3 Pułku szwoleżerów. Czy byłaby możliwa korespondencja na temat tegoż pułku. Chcę wiedzieć jak najwięcej o Pułku i wyminieć się zdjęciami bo na pewno takie Pan ma. Pozdrawiam

  8. Darek pisze:

    Wciągająca historia. Trafiłem tu bo szukam wzmianek o Wacławie Kozłowskim - kapo z tego obozu, który był bratem mojego pra dziadka. Został powieszony w Gdyni w 1945r.

    • Anonim pisze:

      znałam więźnia KL Stutthof, który zawdzięczał przeżycie kapo Wacławowi Kozłowskiemu, ponieważ jego matka od X 1943 r. też więżniarka KL Stutthoff o nazwisku po mężu Kozłowska uprosiła kapo W K, aby pomógł jej synowi ur. 1908 Dominikowi ....

  9. Darek pisze:

    Witam serdecznie. Wspomniany kapo Wacław Kozłowski był bratem mojego pradziada Wiesława, który mieszkał i został pochowany w Mieścisku gm. Wągrowiec. Pradziadek otrzymał wezwanie na egzekucję brata w Gdańsku. Uczestnictwo było obowiązkiem najbliższych w rodzinie skazanego. Wiesław był przeciwieństwem brata tyrana. Chodź zdawał sobie sprawę o czynach Wacława w okresie wojny nie wstawił się na egzekucję brata. Od znajomego lekarza załatwił sobie dokument stwirdzajacy przebyty zawał. Mój pradziad nie miał odwagi widzieć śmierć - nawet tytanów jak SS czy kapo z obozu Stutthof.

Zostaw własny komentarz