„Przeżył jeden ze stu. Radzieccy zwiadowcy podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 1941-1945” – A. Drabkin - recenzja


Artiom Drabkin zaoferował czytelnikowi w swojej książce Przeżył jeden ze stu... nadzwyczajną prostotę. Tak wielką, że chyba lekko przesadził. W publikacji tej, poza zadawaniem pytań rozmówcom - byłym sowieckim zwiadowcom - nie traficie na żadne zdanie autora. Ani wstępu, ani zakończenia, ani żadnego wnioskowania. Dziwne, ciekawe, pozostawiające lekki niedosyt. Dla jednych źle, dla drugich dobrze, bo dzięki temu pozwala się czytającemu na samodzielność. Wierzysz, nie wierzysz. Myśl  - wybieraj.

Drabkin zebrał w swojej książce rozmowy - wspomnienia zwiadowców Armii Czerwonej z czasów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, czyli sowieckiej wersji II Wojny Światowej, tyle że opuszczającej takie „drobiazgi”, jak wcześniejsze agresje Sowietów na Polskę i  Kraje Bałtyckie czy Wojnę Zimową  z Finami. Wywiady prowadzone były sześćdziesiąt lat po wydarzeniach, co z jednej strony zmniejsza szansę na dobrą pamięć rozmówcy, z drugiej jednak odsłania część spraw, jakie w czasach socjalizmu i wykładni historycznych były niemożliwe do wspominania, a tym bardziej do napisania i opublikowania. Drabkin może więc zadawać więcej pytań, próbować stawiać sprawy otwarcie. Drzwi pamięci nie uchylają się jednak przed nim szeroko. Udaje mu się dojrzeć tylko szczelinę. Byli zwiadowcy ogólnikowo reagują na pytania o zemstę na hitlerowcach, o grabieże  i gwałty na Niemkach. „Same przychodziły„ - kwituje seksualne ekscesy jeden ze wspominających. Wyjątkowo zgodnym chórem byli żołnierze zwiadu mówią też, że ze względu na specyfikę formacji, w braniu „trofiejnego” musieli nasycić się „drobiazgami” - brali jedynie zegarki i biżuterię. Dziś wiadomo, że problem ten był techniczny - pieszy zwiadowca miał tylko worek na plecach, więc niewiele mógł  do niego zapakować. Kiedyś i o tym nie można było wspominać.

Ale oto co wyjaśnia Drabkinowi Henryk Zinowiewicz Kac:

 A całej prawdy, czym jest rozpoznanie na wojnie, nikt z weteranów wam nie powie. Nie chcą zmieniać stereotypów „radzieckiej historii”. I ja opowiadam teraz może jedną dziesiątą tego, co mógłbym opowiedzieć....

W relacjach, jak to zwykle bywa, ciemne strony stają się jaśniejsze, własne zasługi nieco się potęgują, a pamięć wybiórczo sięga obok największych tajemnic, nie powodując rozterek u opowiadającego. Może dla przykładu rozprawimy się z jednym z największych mitów zwiadowców. Niemal wszyscy rozmówcy Drabkina chwalą wyjątkowość, bohaterstwo i niezłomną koleżeńskość tych pododdziałów, które za wszelką cenę wynosiły z akcji wszystkich rannych i ciała zabitych kolegów. Nawet, gdy trzeba było poświęcić jeńca, pochwyconego w wypadzie na teren wroga, swoich zabierano co do jednego. To miało być kwestią honoru zwiadowców. Jednak mit blednie, kiedy przypadkiem, w zupełnie innym miejscu, gdy mowa o własowcach-renegatach i dezercji, jeden z rozmówców „puszcza farbę”. Wojskowy kontrwywiad „Smiersz” karą śmierci „rozliczał” te grupy zwiadowcze, w których ktokolwiek zaginął w akcji, mogąc przejść na stronę wroga. Zwiadowcy za dużo wiedzieli. Więc „wracali” wszyscy, również ranni lub martwi. Stan musiał się zgadzać. Z czasem dorobiono do tej zasady legendę bohaterów, których koledzy chcą pogrzebać na własnej ziemi.

Ta koleżeńskość była jednak u zwiadowców wielka, choć opierała się często na innych zasadach. Połowa ochotników, bo tylko tacy trafiali do zwiadu, to byli ludzie z karnych kompanii, a w akcji mieli zmazać swoje winy. Złodzieje, rozbójnicy, doskonale się nadawali. To właśnie oni byli najlepsi w trudnych akcjach, kiedy trzeba było fińskim nożem poderżnąć gardło przeciwnikowi, a kolejnego wroga wziąć na postronek i ciosami noża w pośladki popędzić do swoich. Bo przecież „branie języka” - kontrolnego jeńca – to najczęstsze zadanie zwiadu. I ta solidarność grup zwiadowczych, nad którymi trudno było zapanować, nieraz źle się skończyła dla dowódców i wyższych oficerów, chcących naruszyć wewnętrzne prawa „razwiedki”.

Najbardziej oryginalnym rozmówcą autora jest kobieta - zwiadowca, Zoja Nikiforowna Aleksandrowa, wcześniej Sawieliewa. Tu dotykamy wprost, coraz częściej poruszanej po latach, roli sowieckich kobiet na wojnie, zazwyczaj dającej im do wypełnienia zadanie „frontowo-polowych żon” wyższych oficerów. Zoja opowiada dramatyczne przeżycia, jak nie chcąc być taką FPŻ-ą dla jednego ze sztabowców, za karę trafiła ostatecznie do zwiadu. Jak brała udział w akcjach rozpoznawczych, również jako desant czołgowy. Była ranna, kontuzjowana. Na koniec jednak dowiadujemy się, że późniejszy mąż Zoji to Aleksandrow, były dowódca jej plutonu zwiadowczego. Jak to zrozumieć? Ona tego nie tłumaczy.

Do dziesięciu personalnych wspomnień Drabkin dokłada teksty dwóch opracowań o zwiadzie w czasach wojny. Pierwszy z nich to „Rozwój wojskowego rozpoznania w latach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej„, przygotowany w Moskwie w 1975 roku. Dostajemy opis teorii działań zwiadowczych Armii Czerwonej, z wykorzystaniem kilkudziesięciu przykładów, w podziale na akcje wypadowe, zasadzki, rozpoznanie walką i działania na tyłach wroga. Wszystko w sztabowym slangu, tak różnym od barwnych wspomnień zwiadowców. Opisy szczegółowego przygotowania do akcji, wcześniejsze ćwiczenia, wsparcie ogniowe - prawdziwi zwiadowcy muszą się z tego śmiać, bo dla nich wyjście „na robotę” miało zupełnie inny wymiar, a połowa zdarzeń była tylko wytworem zapisu jakiegoś uczonego sztabowca. Jaka długotrwała obserwacja? Jakie szkolenie? Rozpoznanie bojem? „My to nazywaliśmy - rozpoznanie śmiercią”. Konkluzja opracowania, datowanego na okres sekretarza Breżniewa daje pouczenie, że czasy się zmieniły, a armie zachodnie mają dobrze rozwinięte możliwości lokalizowania grup zwiadowczych i dawne techniki będą musiały ulec modyfikacjom. I dokument drugi - wydany w 1944 roku przez Wojenizdat - to opracowanie autorstwa S.I. Surina „Rozpoznanie wojskowe w niemieckiej armii”. Jest to charakterystyka pododdziałów zwiadowczych przeciwnika i metod działania w analogicznych sytuacjach rozpoznania. Oba opracowania wydrukowano bez wyjaśnień, z nielicznymi przypisami tłumacza. Znów wnioskowanie pozostawiono czytelnikowi.

Technologia wydania jest znana sięgającym po wspomnienia wojenne z serii publikowanej przez Maszoperię Literacką. Nie ma problemu, bo i Drabkin nie pojawia się tu po raz pierwszy. Seria rozpoznawalna jest po grafice Jarosława Wróbla. Miękka okładka, średniej jakości papier, ale układ klarowny i nawigacja po książce bezproblemowa. We wkładce, na kredowym papierze dostajemy kilkadziesiąt zdjęć i fotokopii dokumentów, udostępnionych przez byłych zwiadowców. W części z opracowaniami przedrukowano kilkanaście szkiców sytuacyjnych do przykładowych działań zwiadowczych. W lekturę wprowadza krótka przedmowa polskiego wydawcy.

Do tej książki, ze względu na charakterystyczną konstrukcję, odsyłam w pierwszej grupie zainteresowanych i nieźle już zorientowanych w tajnikach wojennych, potrafiących czytać między wierszami. W drugiej grupie zachęcam ciekawych wojennego życia, ale jednocześnie proszę ich o rozszerzenie listy pozycji wartych przeczytania, bo ta jedna książka nie wystarczy, by poznać opowieści o sowieckich zwiadowcach.

Plus minus:
Na plus:
+ dotarcie do grupy byłych zwiadowców i namówienie ich do wspomnień
+ umiejętne prowadzenie wywiadów
+ stabilność i rozpoznawalność serii wydawniczej
Na minus:
- zupełny brak elementów wiążących treść, wstępu, podsumowania

Tytuł: Przeżył jeden ze stu. Radzieccy zwiadowcy podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 1941-1945
Autor: Artiom Drabkin
Wydawca: Maszoperia Literacka/Wydawnictwo Oskar
Data wydania: 2012
Okładka: miękka
ISBN/EAN: 978-83-62129-97-3 i 978-83-63709-15-0
Liczba stron: 368
Cena: ok. 45,00 zł
Ocena recenzenta: 8/10


Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Opinie i ocena zawarte w recenzji wyrażają wyłącznie zdanie recenzenta, nie musi być ono zgodne ze stanowiskiem redakcji. Z naszą skalę ocen i sposobem oceny możesz zapoznać się tutaj. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanej recenzji, by to zrobić wystarczy podać swój nick i e-mail. O naszych recenzjach możesz także porozmawiać na naszym forum. Na profilu "historia.org.pl" na Facebooku na bieżąco informujemy o nowych recenzjach. Możesz także napisać własną recenzję i wysłać ją na adres naszej redakcji.

Zostaw własny komentarz