„Bomby na Niemcy” - W. Mikulicz - recenzja


Doczekaliśmy się obszernego opracowania o Royal Air Force Bomber Command, czyli brytyjskim lotnictwie bombowym z czasów II wojny światowej. Nie tylko po polsku wydanego, ale przez Polaka napisanego. Książce Włodzimierza Mikulicza Bomby na Niemcy wystawiam dość wysoką ocenę, ale uczucia mam mieszane. Do tego dojdziemy, zacznijmy jednak od prezentacji całości, żeby nie zgubić skali oceny.

Książka jest ciekawa, dobrze rozplanowana. Idziemy przez wojnę po kolei, poznając etapy rozwoju Bomber Command niemal od początku konfliktu. Od złych przyzwyczajeń, wywodzących się jeszcze z doświadczeń I wojny światowej. Od pierwszych nalotów, będących druzgoczącymi porażkami, wymagającymi pilnych zmian strategii, nowych samolotów, szkolenia, rozwoju systemu lotnisk, aktywnej walki z niemiecką obroną przeciwlotniczą. Poznajemy odchodzenie od powodujących straty nie do zaakceptowania bombardowań dziennych, a także od strategii bombardowań precyzyjnych na rzecz powierzchniowych. Z czasem zanika myślenie o militarnych, czy nawet przemysłowych celach ataków. Pojawia się „moral bombing” jako wpływ na psychikę społeczeństwa niemieckiego. Pojawia się również i mit szlachetnej walki w przestworzach. Statystyczna, niska przeżywalność załóg bombowców latających nad Niemcami w realnym świecie oznacza, że każda misja może się okazać ostatnią. Przyjaciele nie wracają z lotów. Coraz częściej pojawiają się depresje, paniczny strach, nawet choroby psychiczne. Walka o utrzymanie morale do dziś jest tematem wstydliwym.

I tak brniemy przez czas, wyniki zmian, jak też problemy ludzkie i techniczne. Na arenie pojawiają się też Amerykanie, którzy pewni swego, ignorując brytyjskie doświadczenia, bombardują Niemcy za dnia. Przeciwnicy zaś doskonalą się w obronie. W odpowiedzi na nocne naloty, w ciemnościach czyhają na łowy baterie reflektorów i hitlerowskie myśliwce przechwytujące. Brytyjczycy wchodzą w nowy etap – doskonalą radary, latają tysiącami samolotów na raz, wprowadzają maszyny specjalne, znaczące trasę przelotu i wskazujące cel armadom bombowców. Wreszcie – w kulminacyjnym momencie – dokładają, mylące niemieckie stacje radarowe, paski metalowej folii, czyli „Windows”.

Wówczas przychodzi połowa 1943 roku i czas na cztery kolejne naloty na Hamburg, będące dla autora apogeum, kończącym książkę. Co najważniejsze, podczas jednego z tych nalotów powstaje najstraszniejsza reakcja natury na skojarzenie czynników pogodowych z siłą bomb zapalających, czyli burza ogniowa. Ludzie palą się żywcem, często aż do spopielenia. Gorąco powoduje śmierć z braku tlenu, nadmiaru tlenku węgla, poparzenia układu oddechowego... Asfalt staje się płynny, roztapia się szkło... Ale to tylko i aż wojna. Gdy Niemcy bombardowali Londyn czy Coventry, nie mieli takich dylematów wobec śmierci brytyjskich cywilów. Wcześniej, w polskich -Wieluniu i Warszawie, czy holenderskim Rotterdamie, uznali psychiczne skutki bombardowania jako naturalny cel do osiągnięcia. Brytyjczycy i Amerykanie zaczęli odpłacać im na olbrzymią skalę, a ofensywa bombowa stała się główną strategią walki z Hitlerem w Europie Zachodniej do czasu lądowania w Normandii. Ale do tego momentu w książce nie dojdziemy.

Po przeczytaniu książki Bomby na Niemcy towarzyszyły mi negatywne emocje nie z powodu merytorycznych błędów, tylko z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie podejścia autora, że oto będzie wprowadzał w życie swoją misję. Jednym z jej przejawów jest chęć poprawiania innych piszących o historii. Mikulicz podejmuje próby deprecjonowania prac Davida Irvinga, czy Normana Daviesa. Zapowiada też, że intensywniej się im przyjrzy w drugiej części książki, nad którą właśnie pracuje... Tymczasem mnie, jako czytelnika, przekonuje, że ta książka nie obejmuje swoim zakresem całej wojny, bo, po pierwsze,byłaby to zbyt obszerna pozycja, i po drugie,bo wojenna historia brytyjskiego lotnictwa bombowego to kilka etapów. Książka ta jest pokłosiem – również co do cezury – doktoratu obronionego przez Włodzimierza Mikulicza na Uniwersytecie Jagiellońskim w rok przed drukiem. Powyższe, choć niezbyt krzepi, nie jest powodem obniżenia punktacji. Ale już pominięcie na okładce tego, że książka dotyczy czasu od grudnia 1939 r. do sierpnia 1943 r. oraz brak informacji, że to pierwszy tom publikacji - w pełni zasługuje na minus.

Tytuł książki jest prosty i przykuwający uwagę. Ostre, silnie kontrastujące kolory na okładce – pomarańczowy i granatowy - oraz kompilacja zdjęć z epoki dają gwarancję zaciekawienia potencjalnego czytelnika prostymi chwytami marketingowymi. Typograficzne rozplanowanie książki sprzyja czytelnikowi, który nie ma problemów ze śledzeniem przypisów, gdyż te znajdują się na końcu każdego z rozdziałów. Dodatkową zaletą są zamieszczone fotografie oraz kopie dokumentów. Na końcu jest duży spis bibliograficzny, który zawiera kilkadziesiąt stron internetowych. W tekście zamieszczono wiele tabel, jednakże nie wszystkie rozplanowano fortunnie. . I jeszcze jeden, dość ciekawy, tym razem chwalebny manewr - każdy z rozdziałów kończy się przykładowym dokumentem, adekwatnym do opisywanej treści.

Książkę polecam do czytania tym, którzy zechcą dowiedzieć się trochę więcej, jak rozwijała się praktyka brytyjskiej wojny bombowej w pierwszych latach II wojny światowej, bo zbyt dużo o tym w Polsce i po polsku nie znajdziemy. By jednak zaoszczędzić na czasie, tzw. „przedmowę do wydania polskiego” (sic!) proponuję pominąć.

Plus minus:
Na plus:
+ pierwsze w Polsce tak obszerne wydanie, dotyczące RAF Bomber Command
+ kilka ciekawych ujęć tematu, pomijanych często przez Brytyjczyków
+ duży zasób zdjęć, zaprezentowanych w książce
+ oryginalne egzemplifikowanie dokumentami na końcu rozdziału
Na minus:
- otrzymujemy tylko część z tego, co zapowiada tytuł na okładce
- końcowe tabele sprawiają wrażenie przypadkowo umieszczonych

Tytuł: Bomby na Niemcy. Brytyjskie lotnictwo w nalotach na III Rzeszę
Autor: Włodzimierz Mikulicz
Wydawca: Wydawnictwo Adam Marszałek
Rok wydania: 2012
Okładka: miękka
ISBN: 978-83-7780-547-3
Liczba stron: 568
Cena: ok. 60,00 zł
Ocena recenzenta: 7.5/10

Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Opinie i ocena zawarte w recenzji wyrażają wyłącznie zdanie recenzenta, nie musi być ono zgodne ze stanowiskiem redakcji. Z naszą skalę ocen i sposobem oceny możesz zapoznać się tutaj. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanej recenzji, by to zrobić wystarczy podać swój nick i e-mail. O naszych recenzjach możesz także porozmawiać na naszym forum. Na profilu "historia.org.pl" na Facebooku na bieżąco informujemy o nowych recenzjach. Możesz także napisać własną recenzję i wysłać ją na adres naszej redakcji.

3 komentarze

  1. wam pisze:

    Szanowny Recenzencie,

    w zasadzie powinienem siedzieć cicho bo w końcu 7.5 punktów na 10 możliwych to dobry wynik. Ponieważ jednak nie zgadzam się z Panem w kilku kwestiach - piszę.
    Z jednej strony widać, że recenzję pisał ktoś zorientowany w historii w ogóle. Celna uwaga o tym, że książka jest „dobrze rozplanowana”. To wcale nie było takie łatwe. Były propozycje by trzymać się chronologii, a jakieś tam rozdział „Ludzie, sprzęt, infrastruktura” dać na sam koniec. Szczęśliwie nie odpuściłem w tej sprawie.
    Zupełnie nie rozumiem zarzutu jakobym „wprowadzał w życie swoją misję” i „deprecjonował prace Irvinga czy Davisa”.
    Nic nie deprecjonuję, nie mam żadnej „misji”. Ci dwaj, znakomici skądinąd historycy, popełnili ewidentne błędy rzeczowe w swoich książkach. N. Davis z pewnością przypadkowo. D. Irving - planowo. Jeśli ktoś uważa, że należy przechodzić nad tym do porządku dziennego to ja tu widzę nadwiślańskie kompleksy wobec Zachodu. Mam pełną świadomość, że nie mnie równać się do osiągnięć tych dwóch historyków. Nie jest to jednak powód by przemilczać merytoryczne (nie wątpię, że przypadkowe) wpadki prof. Daviesa czy ordynarne przekłamania D. Irvinga. Bo niby oni to sławy a ja to, tak naprawdę, historyczny nowicjusz? No i co z tego? Jeśli ktoś robi błędy to mu się je ukazuje. Po prostu. Rodacy, więcej odwagi. Wszyscy robimy błędy. W mojej książce również takie znaleziono. Jestem wdzięczny Czytelnikom za ich znalezienie. Tu nie chodzi o moje dobre samopoczucie a o to by książka była, dzięki Czytelnikom, lepsza. Jeśli ktoś nie jest w stanie tego pojąć, no cóż... Nie takie kompleksy hodujemy nad Wisłą.
    Szanowny Recenzent niestety nie czytał w tym momencie starannie. Owszem zapowiadam, że przyjrzę się w drugiej części książki, ale wyłącznie D. Irvingowi. Nie bez przyczyny. Luty 1945 - nalot na Drezno. Związana z tym burza ogniowa w tym mieście, tysiące ofiar i Irvingowe kłamstwa z tym tragicznym faktem związane. O tym wszystkim historyk, przed pisaniem recenzji, powinien wiedzieć.
    „Otrzymujemy tylko część z tego, co zapowiada tytuł na okładce”. Szanowny Recenzencie, to chyba jakiś żart?
    Jeśli kogoś temat zainteresował to wziął książkę do rąk i ją otworzył... I doczytał to czego nie ma na okładce. Jeśli kupował w internecie to również tam, u wielu księgarzy, można przeczytać komplet informacji. Informacja o tym, że jest to pierwszy tom (Część I) jest. Wystarczy uchylić okładkę...
    „Końcowe tabele sprawiają wrażenie przypadkowo umieszczonych”. W znacznej mierze zgadzam się, ale nie tak jak Pan myśli. „Upychałem” te tabele w różne miejsca w książce i, koniec końców, zdecydowałem się na taki wariant. Dane techniczne brytyjskich bombowców OBOK danych dotyczących samolotów niemieckich. Wersja z tabelami „brytyjskimi” w rozdziale dot. Anglików i tabel „niemieckich” w rozdziale dot. Niemców nie wyglądała dobrze.
    Osobiście dziwię Panu jako historykowi, że „pochwala” Pan dokumenty umieszczane na końcu rozdziałów. Akurat te dokumenty to żaden „cymes”. Jeśli już to sugeruję zwrócić uwagę na tzw. mapy Goeringa z archiwum brytyjskiego i równoległe do nich mapy (Rzeszy) z archiwum niemieckiego. W żadnej anglojęzycznej publikacji nie widziałem ich. Natomiast Polaka w szczególności winien zainteresować dokument, z którego jednoznacznie wynika, że już w grudniu 1940 r. polscy wojskowi w Londynie zwracali się do Anglików o zbombardowanie obozu w Auschwitz.
    Dziękując za życzliwą recenzję zwracam się z prośbą o nieprzyklękanie przed sławami z Zachodu. W codziennym życiu wszyscy popełniamy błędy. Tym bardziej w tworzeniu czegokolwiek. W tym wypadku - książki. Sztuką jest przyznawanie się do tych błędów. No i, rzecz jasna, nieprzymykanie oczu tylko dlatego, że błędy popełniła je znana osoba. Znane nazwisko to nie patent na nieomylność.

    Z poważaniem

    Włodzimierz Mikulicz

  2. Jakub pisze:

    Książka jest solidna warsztatowo, to znaczy korzysta z wielu brytyjskich i niemieckich źródeł. Razi natomiast jej styl przypominający luźną gawędę niż tekst naukowy.
    Poza tym - i to muszę wytknąć, pan Mikulicz dokonał plagiatu kopiując fragment tekstu z „Przeglądu Historyczno-Wojskowego” i nie podając źródła. Fragment dot. raportu Butta (numer z 2003 r., s. 78) jest dokładnie przekopiowany do tekstu książki Mikulicza (s. 100). Bardzo nieładnie. Kto wie, czy nie ma więcej plagiatów?

  3. Michał pisze:

    Dla mnie osobiście książka Pana Mikulicza nie zasługuje na te 7,5 punktu. Nie oceniam warsztatu naukowego bo nie jestem profesjonalnym historykiem ale jako „konsument” książki mam pełne prawo ocenić jej zawartość (mało strawną) oraz styl (raczej skłaniający się ku Paulo Coelho - i nie jest to komplement). Rażą mnie wypowiadane z lekką swadą niepoparte faktami poglądy, oburzają osobiste wycieczki pod adresem innych autorów, męczy mnie maniera zwracania się do odbiorcy per „drogi czytelnik”. Moim zdaniem zbyt mało jest w tej książce przedstawionej w interesujący sposób historii, a zbyt dużo wątpliwej jakości publicystyki uprawianej radośnie i bez żadnej refleksji. Również do pracy redakcyjnej można mieć zastrzeżenia ponieważ duża ilość błędów merytorycznych dość mocno rzuca się w oczy. W tej wersji całość po prostu nie powinna być wydana.

Zostaw własny komentarz