„Samozwaniec. Tom IV” - J. Komuda - recenzja


Nakładem wydawnictwa Fabryka Słów ukazała się czwarta już część opowieści o losach awanturnika Jacka Dyńskiego. Historię tę możemy przeczytać w najnowszej pracy pt.: Samozwaniec, tom 4, autorstwa znakomitego powieściopisarza Jacka Komudy. 

samozwaniec tom 4Gdyby poprosić przeciętnego Polaka o wymienienie kilku sztandarowych pozycji z historii literatury polskiej, to najczęściej padającą odpowiedź byłaby Sienkiewiczowska Trylogia. Po krótszym bądź dłuższym zastanowieniu polski czytelnik przypomniałby sobie, że w dzieciństwie uczono go wyrozumiałości i szacunku dla tradycji romantycznej, więc wydusiłby z siebie jeszcze Pana Tadeusza. Pisarstwo historyczne w Polsce trzyma się nieźle.

Z zainteresowaniem czytelników i krytyki spotyka się nie tylko proza, ale też eseistyka historyczna. Mistrz Henryk Sienkiewicz to zbyt machinalne skojarzenie. Dodajmy twórców współczesnych: Antoniego Gołubiewa, Władysława Terleckiego, Juliana Kawalca, Mariana Brandysa, Jarosława Marka Rymkiewicza, Pawła Jasienicę, Juliusza Kadena-Bandrowskiego (autor znakomitych, głęboko zakorzenionych w międzywojennej historii Polski, powieści politycznych) – to nazwiska stanowiące siłę polskiej eseistyki i prozy. Owszem, w niektórych wypadkach polonocentryzm literatury bywa przekleństwem, niemniej stanowi jeden z nielicznych jej wyróżników. Tradycja ta jest paraliżująca dla twórców, ale świadomy człowiek powinien określać siebie wobec przeszłości. Taki obowiązek spoczywa zwłaszcza na twórcy tekstów kultury.

Powieść historyczna wiąże się z zestawem pewnych przygód obowiązkowych, a samo stawanie w szranki z prozą historyczną jest sztuką trudną. Jacek Komuda to odważny człowiek, który wyzwań się nie boi. Gdyby nie konieczność odpowiedniego wprowadzenia tematu, mógłbym sobie darować pierwszy akapit. Komuda nie wziął się znikąd. Studia historyczne, kompetencje, talent opowiadacza predestynują go do parania się pisaniem – zwłaszcza w gatunku, który uprawia. I tak Jacek Komuda z powodzeniem kontynuuje najlepsze tradycje rodzimej beletrystyki historycznej. Do perfekcji opanował wzorzec literatury popularnej, której jest czołowym przedstawicielem na gruncie polskim. Schemat popularny do polskiej literatury wprowadził Henryk Sienkiewicz, na którego wpływ – nawiasem mówiąc – lubi się powoływać autor Samozwańca. Kontekst historyczny oraz klimat zaborów, w otoczeniu których tworzył „krzepiciel serc” wywołały ogromną siłę rażenia Trylogii. Na podobne oddziaływanie utworu literackiego nie ma co liczyć Komuda. A może po prostu w ogóle nie ma na to liczyć którykolwiek autor? Słowo pisarza nie oddziałuje jak kiedyś, chociaż zdarzają się pozytywne przypadki, jak np. twórczość Zygmunta Miłoszewskiego. Czy książka Komudy może stać się przyczynkiem „nocnych rodaków rozmów” o stosunkach polsko-rosyjskich? Przypuszczam, że wątpię. Jaka jest więc rola tej książki? Literatura już nigdy nie wpłynie na masy, ale być może poruszy delikatne elementy w strukturze duszy pojedynczych osób. Potrzeba odczuwania czegoś innego niż potoczność zmusza czasem człowieka do sięgnięcia po dzieło sztuki. Najnowsza powieść Jacka Komudy nie pozostanie dłużna, spragnionemu przygód, czytelnikowi. Samozwaniec spełnia wszystkie wymogi stawiane literaturze popularnej. Powieść realizuje kryterium rozrywki, jaką dzieło popularne ma dostarczać odbiorcy. Komuda zadbał również         o utrzymanie wysokiego poziomu funkcji kompensacyjnej, choć nie wiem, czy w epoce energooszczędnych żarówek znajdzie się co najmniej jeden czytelnik zastanawiający się nad tym, co rekompensuje mu lektura.

Naturalizm opisów i żywe dialogi Samozwańca przypominają charkaterystyczną frazę wspomnianego Juliusza Kadena-Bandrowskiego. Ten jednak nie musiał używać stylizacji jezykowej jako narzędzia przekazu. Opisywał rzeczywistość polityczną dwudziestolecia międzywojennego z przekąsem, ponieważ znał ją doskonale z prywatnych obserwacji. Gdy zabierał się do pisania Czarnych skrzydeł, pojechał do Dąbrowy Górniczej przyglądać się katorżniczej pracy górników. W Generale Barczu bezkompromisowo odsłaniał kulisy „radości      z odzyskanego śmietnika”. Podobny kierunek działań pisarskich obrał Komuda. Jako wybitnie oczytany historyk, obdarzony talentem literackim, nie miał najmniejszych problemów z rekonstrukcją świata XVII wieku. Pisarz wymierzył swoje działo w odległą przeszłość. Przypomina się głośna książka Tadeusza Boya-Żeleńskiego Brązownicy, w której odczarował zamkniętą na niepoprawność historię polskiej literatury. Komuda nie chce być brązownikiem,     a swoim pisarstwem nie buduje pomników. No bo który to już raz uczynił bohaterem (antybohaterem?) historii Jacka Dydyńskiego? Parenteza ze słowem antybohater nie pojawiła się przypadkowo. Przywiązanie do Dydyńskiego jest ciekawym zabiegiem autora. Nie uczynił pierwszoplanową postacią szlachetnego młodzieńca, który wzrusza się na widok łabędzia. Jest to człowiek twardo stąpający po ziemi, tzw. „cwany lis”, który chce się dobrze wysypiać. Dlatego wszelkie działania motywuje przede wszystkim dobrem własnym. Pamięta przy tym o swoim szlacheckim rodowodzie. Nie chce go pohańbić legalizacją związku z prostą kobietą, wyznającą mu wielką miłość. Bohater jest zdolny do wyższych uczuć, ale nie zapłaci za nie zbyt wiele. Jako gruboskórny mężczyzna może się obejść bez dialogu dusz, wystarczy mu miłość fizyczna. No cóż, prawdziwy bohater powinien być samotny, trafnie konstatuje Marcin Świetlicki.

Warto również zatrzymać się przez chwilę przy walorach edukacyjnych Samozwańca. Już stylizacja językowa stanowi wartość samą w sobie. Komuda perfekcyjnie operuje staropolskim słownictwem. Moją szczególną uwagę przykuło słówko pudenda, oznaczające żeńskie organy płciowe. Co za godna podziwu pieszczotliwość i dyskrecja w jednym. Scrabbliści powinni zacierać ręce, sięgnąwszy do twórczości autora Czarnej szabli. Atrakcyjność książki nie ogranicza się jedynie do archaicznego języka. Dydaktyzm utworu sięga nawet aspektu gastronomicznego. Czytelnik na kartach powieści pozna smaki różnorakich XVII-wiecznych potraw i napojów.

Jacek Komuda dba o orientację odbiorcy w czasie i przestrzeni. Pieczołowicie notuje co, gdzie i kiedy się wydarzyło. Podawanie konkretnych miejsc (np. Plac Czerwony) oraz godzin zawsze procentuje w literaturze. Być może taki zabieg sprawdza się bardziej w poezji, w której dokładna data, godzina, numer buta i inne szczegóły nabierają znamion oryginalności, jednakże w prozie Komudy owe szczegóły wzmacniają atrakcyjność fabuły oraz stopień jej realizmu. Forma cyklu przyjęta przez prozaika przypomina powieść w odcinkach z końca XIX wieku. Kolejne podrozdziały oddzielane didaskaliami z opisem czasu i miejsca akcji kończą się w momencie największego napięcia jak niegdysiejsze odcinki Lalki Bolesława Prusa.

Nieuchronnie zbliżam się do wątku zarzutów. Ku ogólnej uciesze zainteresowanych nie można sformułować ich wielu. Można było postarać się o lepszą okładkę, która przywodzi na myśl jakość tanich kryminałów. Z drugiej strony nawet taki drobiazg ma swój urok i współgra     z klimatem całości. Okładki w niektórych wydaniach Potopu prezentują podobny poziom, będący po prostu częścią składową popliteratury.

W dobie e-booków akcja promocyjna związana z wydaniem czwartej części cyklu Samozwaniec powinna cieszyć wielbicieli papierowych książek. Epoka XXI wieku nie jest życzliwa dla piszących do szuflady. Tych od dawna już nikt nie odkurza. Pisarze muszą się przebijać do odbiorców we wszystkie możliwe sposoby. Tę wcale nie taką tajemną wiedzę zdobył – już dawno temu – Jacek Komuda. O przyszłość jego pisarstwa – póki co – fani mogą być spokojni. Komuda wpisuje się nie tylko w tradycję powieści historyczno-przygodowej, lecz także w kontekst literatury popularnej pisanej przez naukowców. Ostatnio na rynku wydawniczym pojawiły się kryminały prof. Tadeusza Cegielskiego (Morderstwo w Alei Róż, Tajemnica pułkownika Kowadły). Może to jeszcze nie pożar, ale coś nareszcie dzieje się w literaturze. Pozostaje mieć nadzieję, że ten inspirujący klimat przyczyni się do rozkwitu życia literackiego w Polsce, które ostatnimi czasy było sztucznie podtrzymywane przy życiu.

Tytuł: Samozwaniec. Tom 4
Autor: Jacek Komuda
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2013
ISBN: 978-83-7574-870-3
Liczba stron: 575
Oprawa: Miękka
Cena: ok. 30 zł

Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Opinie i ocena zawarte w recenzji wyrażają wyłącznie zdanie recenzenta, nie musi być ono zgodne ze stanowiskiem redakcji. Z naszą skalę ocen i sposobem oceny możesz zapoznać się tutaj. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanej recenzji, by to zrobić wystarczy podać swój nick i e-mail. O naszych recenzjach możesz także porozmawiać na naszym forum. Na profilu "historia.org.pl" na Facebooku na bieżąco informujemy o nowych recenzjach. Możesz także napisać własną recenzję i wysłać ją na adres naszej redakcji.

2 komentarze

  1. Mateusz napisał(a):

    „Kontekst historyczny oraz klimat zaborów, w otoczeniu których tworzył „krzepiciel serc” wywołały ogromną siłę rażenia Trylogii. ”

    Tak się nam DZIŚ wydaje. W tamtych czasach zarówno „Trylogia” jak i „Krzyżacy” byli tanimi czytadłami w odcinkach takimi samymi jak Dumasowskie „Trzech Muszkieterów”. Trylogia powstawała nie jako literatura ambitna lecz literatura masowa i przypisywanie jakiś innych intencji Sienkiewiczowi mija się z celem.

    „ Już stylizacja językowa stanowi wartość samą w sobie. ”

    To już kwestia gustu. Czy ktoś lubi stylizację językowa czy też nie. Obecnie na zachodzie panuje trend rezygnacji z jakiejkolwiek stylizacji archaicznej, gdyż dialogi powinny być zrozumiałe w równym stopniu dla bohatera książki jak i czytelnika. Rezygnacja z archaizacji jezyka nie oznacza wcale niemożności oddania ducha epoki. W „Cyklu Barkowym” Stephensona mamy przedstawione różne środowiska intelektualistów, żebraków czy galerników i napisane współczesnym językiem dialogi nadal wydają się żywe i naturalne. W Polsce Sapkowski zrezygnował z archaizacji w Trylogii Husyckiej właśnie na rzecz szybszej narracji. Pół biedy jeśli pojawia się w dialogach, gorzej jeśli pojawia się w opisach narratora (co zdarzało się Komudzie w „Diable Łańcuckim”).

    Stylizacja językowa i zabawa formą jest zaletą przy powieściach o daleko idących aspiracjach. Literatura przygodowa nie ma takich ambicji dlatego też uważam że jest to zbędne.

    A uprzedzając argumentację „nie lubisz nie czytaj” wspomnę, iż Komudę lubię (a „Galeony Wojny” wręcz uwielbiam) Dzikimi Polami zagrywałem się parę lat. 😉

  2. PawełJ napisał(a):

    Dziękuję za wnikliwą lekturę:) wszystko podlega krytyce, ale i próbie obrony. Nigdzie nie nazwałem „Trylogii” dziełem ambitnym, artystycznym etc. Oczywiście, że jest to dzieło popularne, nastawione na rozrywkę. To również zasygnalizowałem. Być może zrobiłem to nieudolnie, dlatego już siedzę nad wyciąganiem wniosków:) Co do wątku stylizacji, usiłowałem jak najpoważniej potraktować dosyć „lekką” gatunkowo powieść Jacka Komudy. Z tego powodu zadumałem się dłużej nad stylizacją językową Komudy, z którą jako pisarz-historyk radzi sobie znakomicie. Nie zgodzę się, że archaizacja języka służy wyłącznie literaturze wysokiej. Z jednej strony smakujemy wiersz Czesława Miłosza „Rozmowy na Wielkanoc 1620 roku”, z drugiej możemy świetnie się bawić nad lekturą języka Komudy. To i to jest pełnoprawne. Tak jak zabawa formą filmową w „Hiroszima, moja miłość” i w „Pulp Fiction”. Po prostu dwa pokoje; do którego wejdzie odbiorca pozostaje jego sprawą. Najlepiej skorzystać z poznania obu możliwości, „aby możliwie najdokładniej ten świat poznać, zrozumieć i wyrazić” (przemówiły słowa mistrza Iwaszkiewicza, bo mnie na takie nie stać):)

Zostaw własny komentarz