Zbrodnia i kara. Polscy seryjni mordercy i ich ofiary


Zabił młody… Antyczne tragedie, historia biblijnych braci Abla i Kaina, pierwszy polski kryminał wierszem – Lilije pióra Adama Mickiewicza… Sztuka i przemoc nigdy się nie wykluczały, ponieważ głowę każdego artysty – w mniejszym bądź większym stopniu – zaprząta funkcja mimetyczna. Istnieją niezaprzeczalne fakty: zbrodnia jest stara jak człowiek.

rsz_shutterstock_133192832_1Zmieniają się narzędzia zbrodni, używane do prowadzenia wielkich wojen. Ich konstruktorzy umiejętnie dbają, aby stawały się coraz bardziej śmiercionośne. Podążają zgodnie z duchem nowoczesnej epoki i od jakiegoś czasu naciśnięcie kilku guzików może zrujnować całą planetę. Ludzie natomiast równolegle potwornieją z szybkością wystrzału karabinów maszynowych.

Wyobraźcie sobie, że jesteśmy w piekle... Co i rusz potykamy się o zardzewiałe bomby, drepczemy po śladach zostawionych przez zakrwawione stopy, a śmierć jest tak blisko, że prawie możemy dotknąć jej lodowatej sukni. Życie po ciemnej stronie mocy wybrało wielu przedstawicieli społeczności z całego świata. Historia kryminalna sprawia wrażenie wiecznie bijącego źródła, które z systematycznością taśmy produkcyjnej wypuszcza w świat schludnie zapakowane czarne charaktery. To najczęściej bardzo bystrzy ludzie, nieurągający zasadom savoir-vivre; raczej nie dłubią w nosie, grzecznie czekają w kolejce do kasy, bezgłośnie przełykają gorącą zupę, może nawet wiedzą jak ułożyć sztućce po skończonym posiłku. Nie dadzą się złapać na takich drobiazgach. Dbają prawie o wszystko… Prawie, inaczej nigdy nie poznalibyśmy ich mrocznej legendy.

Mimo mnogości okrucieństw jakich się dopuścili, seryjni mordercy na przemian fascynują i budzą grozę. Niezmienne pozostają odrażający, z kryminologicznego punktu widzenia trudno jednak wręcz nie zadziwić się kilkoma skrajnymi przypadkami zarówno w zagranicznym, jak i polskim wydaniu.

Konia z rzędem dla tego kto nie widział ani jednego odcinka Świata według Bundych albo nie kojarzy piosenki z czołówki serialu (nota bene to utwór Franka Sinatry pt. Love and Marriage). Czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego ulubiony serial Ala Bundy’ego nazywa się Tata psychopata? A dlaczego właściwie nosi takie nazwisko? Odpowiedź jest bardziej przerażająca niż można oczekiwać. Nieopodal Waszyngtonu, w Narodowym Muzeum Zbrodni i Kary na czoło eksponatów cały czas wysuwa się niezrównany Volksvagen Garbus (rocznik 1968), należący do Teda Bundy’ego - jednego z najbardziej znanych seryjnych morderców w historii. Bundy był szaleńcem najwyższego rzędu. Nikt do końca nie wie, ile osób zginęło    z jego ręki. Sam przyznał się do zabicia ponad trzydziestu kobiet; zwabiał je często do swojego auta, udając niepełnosprawnego, który potrzebuje pilnej pomocy. Potem bił, obezwładniał, gwałcił, zabijał i ponownie gwałcił. Dwukrotnie uciekł organom ścigania: raz z więzienia, a raz z budynku sądu w Aspen. Klimat górskiego kurortu wyjątkowo sprzyjał spektakularnej ewakuacji przez okno. Bundy dostał zgodę na skorzystanie z biblioteki sądowej, znajdującej się na pierwszym piętrze. Skok nie stanowił zatem żadnego wyzwania dla kogoś kto z zimną krwią mordował innych, a teraz stanął w obliczu własnej śmierci na krześle elektrycznym. Opisanie jego pełnej historii zapełniłoby setki stronic, a i tak nie można byłoby liczyć na zadośćuczynienie bezmiaru tragedii, jakiej dokonał tylko jeden człowiek. Zajęcie się większością psychopatycznych przypadków oznacza wieki badań, a my wszyscy nie mamy za dużo czasu. Dlatego na potrzeby tego tekstu skupię się wokół kryminalnych gigantów z krajowego podwórka, których niektórzy do dziś pamiętają jako kolegów ze szkolnej ławki.

Zimny Chirurg

Mord rekonstruuje Zimny Chirurg

Mord rekonstruuje „Zimny Chirurg”

Polacy nie gęsi, iż swój język mają. Okazuje się, że nie tylko język, ponieważ mieliśmy również krajową wersję Teda Bundy’ego. Nekrofilem z prawdziwego zdarzenia był Edmund Kolanowski, znany również pod pseudonimem „Zimny chirurg„. Sam się zresztą nim obwołał, a do czasu jego „wejścia na scenę„ historia literatury medycznej nie znała takiego przypadku. Kolanowski po prostu nie miał poprzednika, a zaburzenia, jakimi obdarował go los można skatalogować jako wyjątkowo ohydne. „Zimny Chirurg„ od dziecka przejawiał niepokojące skłonności, między innymi podglądał sekcje zwłok w prosektorium. Kwestią czasu pozostawała praktyczna realizacja morderczego zamiaru. Swoje „brzydkie marzenia” spełnił wiele razy; Kolanowski czasem zadowalał się profanacją zwłok, innym razem zarówno zabijał jak i profanował. Martwe ciała kobiet pozbawiał piersi i narządów płciowych, a odcięte części dołączał do tworzonego przez siebie manekina. Jak pojąć wyobraźnię człowieka, który w autoerotycznym celu stwarza lalkę, będącą emanacją zła w najczystszej postaci? I czy rzeczywiście można mowić o lalce, skoro ”Zimny Chirurg” przyszywał doń prawdziwe ludzkie narządy? Na tym nie koniec… Kolanowski po wyrzuceniu zużytego manekina kontynuował ”prywatną ucztę” w piecu. Znał się na ich obsłudze, ponieważ na co dzień pracował jako skromny palacz w firmie Ziołolek. Po kilku dniach odcięte części zwłok zostawały spopielone.

Kto wie, jak skończyłaby się ta historia, gdyby Kolanowski po obejrzeniu w kinie horroru Wilczyca w reżyserii Marka Piestraka nie zapragnął ponownie udać się na cmentarz. Tym razem (noc z 7 na 8 maja 1983) milicja przygotowała zasadzkę, a „Chirurg„ uciekając w popłochu zgubił dokument wskazujący na prawdopodobne miejsce zatrudnienia. Nekrofilowi wypadł wówczas z ręki papier pakowy z napisem „Pollena Łaskarzew„. Śledczy dokładnie zbadali ten trop. W wyniku działań operacyjnych zdołali ustalić, że zakłady kosmetyczne Pollena współpracują między innymi z Ziołolekiem. Po ostatnich „nocnych łowach” Kolanowski pojawił się w pracy z charakterystycznymi zadrapaniami na twarzy, jakich doznał podczas ucieczki z cmentarza. Kwestią czasu pozostawało jego aresztowanie, ponieważ i tak był już śledzony jako osoba wcześniej karana. 16 maja 1983 na rękach ”Zimnego Chirurga” zabłysły kajdany. Historia powoli dobiegała końca, choć zbliżał się jeszcze trzyletni proces. Karę śmierci wykonano 28 lipca 1986 roku w Poznaniu.

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Edmundzie Kolanowskim, ale baliście się zapytać znajdziecie w książce Waldemara Ciszaka i Michała Larka pt. Martwe ciała. Autorzy dotarli do zeznań konkubiny „Zimnego Chirurga„. Oto próbka: ”Dokładnie nie potrafię powiedzieć, w którym miesiącu to było, ale było zimno i padał deszcz. Kolanowski wtedy już pracował jako palacz w kotłowni. Kolanowski był wtedy w domu. Ja chciałam wygarnąć popiół z popielnika w piecu kuchennym stojącym w kuchni. Zobaczyłam wtedy w popielniku «pipkę» nieowłosioną. Zapytałam Kolanowskiego, co to jest. Wtedy on mnie wypchnął zaraz do pokoju i zabronił wychodzić z pokoju. Po krótkim czasie poczułam smród i musiałam otwierać okna. Wyszłam z dziećmi na spacer, a Kolanowski został w mieszkaniu”. Wszystko wskazuje na to, że partnerka sadysty natrafiła na organy jednej z ofiar - 11-letniej Aliny K.

Kici kici, miał miał

Kiedy Marcin Świetlicki opublikował w zbiorowym tomie Trupy polskie opowiadanie Kotek, nikt z fanów twórczości krakowskiego poety nie spodziewał się chyba, że ta krótka forma rozrośnie się do rozmiarów powieści. Opowiadanie stanowi bowiem otwierający rozdział książki Dwanaście - pierwszej części trylogii kryminalnej Świetlickiego.

2005 rok, przedwiośnie. W Watykanie umiera papież Jan Paweł II, ludzie w tramwaju stają się milsi w obsłudze, po ulicach Krakowa krąży duch mordercy Karola Kota, a pewna dziewczyna wynajmuje pokój przy ul. Meiselsa 2 na krakowskim Kazimierzu. Jeszcze nie wie, że zajmuje lokum po Karolu Kocie, a wynajęła go od rodziców mordercy. Kilkanaście lat wcześniej Świetlicki opublikował wiersz o wybitnie metatekstowym tytule Karol Kot. Utwór w 1995 roku grupa Świetliki dołączyła do debiutanckiej płyty Ogród koncentracyjny.

Karol Kot, czyli morderca o anielskiej twarzy

Karol Kot, czyli morderca o anielskiej twarzy

Ten bezwzględny, stracony 16 maja 1968 roku młodzieniec mimo swojej okrutności pozostanie w wiecznej symbiozie z dawną stolicą Polski. Seryjni mordercy zapisują się nieśmiertelnymi zgłoskami nie tylko dzięki sadystycznym skłonnościom, czy przerażającym statystykom. Banalne stwierdzenie, że zło jest bardziej fotogeniczne od dobra to wprawdzie stara, ale nadal dobrze brzmiąca płyta. Bohater, który przedziera się na drugą stronę ludzkiego oblicza, świadomie dokonuje aktu zbrodni, jest po prostu ciekawy. A jeszcze bardziej interesująca wydaje się geneza morderczych zamiarów. „Zimny Chirurg„ od dziecka podglądał sekcje zwłok, onanizował się obserwując ciała w kościelnej kaplicy; Karol Kot od najmłodszych lat ubóstwiał broń białą. Kolekcjonował rozmaite rodzaje noży, a władanie nimi trenował godzinami. Oddajmy głos głównemu zainteresowanemu: ”Doszedłem do takiej wprawy, że przebijałem na wylot trzycentymetrową deskę. Dla mnie nóż był żywym tworem, lubiłem jego mowę, cieszyłem się jego dziełem, równo uciętą połacią mięsa, przebitą deską. Nóż to byłem ja”.

Wyznań złoczyńcy wysłuchał profesor nauk prawnych Bogusław Sygit. Konfesyjna atmosfera rozmowy robi do dzisiaj piorunujące wrażenie. Czytajmy dalej. Na pytanie o credo życiowe odpowiedział: „Powiem krótko: zabijać i pić krew ofiar, niszczyć ludzi i ich majątek„. Trudno pominąć inny ważny fragment: ”Chciałem wymordować wszystkie kobiety, może poza dwoma - moją siostrą i kuzynką. Niestety, nie zdążyłem. Nie wiem, kto na tym stracił”.

Nieobcy był mu wojskowy dryl. „Lolo” (takim pseudonimem obdarzyli go współuczniowie) cenił hierarchizację społeczną na poziomie szkoły, dlatego nie miał problemów z okazywaniem szacunku nauczycielom. Dobre strony charakteru nie przeszkadzały mu marzyć o tym, aby oderżnięte kobiece piersi używać jako wyściółki w żołnierskich hełmach, a on sam będzie najbardziej krwawym komendantem obozu koncentracyjnego w historii.

Zanim skosztował krwi człowieka, pił w dużych ilościach krew zwierzęcą w pcimskiej rzeźni. Do Pcimia przyjeżdżał z rodzicami na wakacje. Co ciekawe, rzeźnicy nie widzieli nic nadzwyczajnego w upodobaniu małolata do picia krwi.  Ku własnej uciesze pozwalali mu na niczym nieskrępowaną konsumpcję czerwonego płynu cieląt i wieprzy. Po wielu latach od morderczych ataków Kota przejawów pozytywu tej makabry można szukać w statystykach. Wampir z Krakowa zabił dwie osoby, co w porównaniu z jego planami (chciał np. wysadzić   w powietrze wiadukt kolejowy) oraz osiągnięciami innych „klasyków„ nie jest dużą ilością. Jakkolwiek groteskowo to nie zabrzmi, trzeba przyznać, że Kot dążył do zabijania w bardzo wyrafinowany sposób, co mogło przesądzić o jego dorobku. Podjął przecież dziesięć nieudanych prób pozbawienia życia. „Lolo„ analizował podręczniki traktujące o anatomii człowieka; z wielkim zapałem studiował rozłożenie żył, tak aby z łatwością móc zadawać ten jedyny, ostateczny cios. Kilka niedoszłych ofiar miało naprawdę sporo szczęścia. Wielokrotne rany kłute okazywały się nie być śmiertelnymi np. w przypadku ataków w Klasztorze Sercanek (wrzesień 1964, ul. Garncarska 24), przy ul. Skawińskiej 2 (23 września 1964), w barze „Przy Błoniach„ (zima 1966, nieudane otrucie gości poprzez dosypanie arsenianu sodu do butelki octu), przy ul. Sobieskiego 12 (14 kwietnia 1966, śmierci uniknęła wtedy 7-letnia dziewczynka). Tak więc Karol Kot zabił dwukrotnie: za pierwszym razem jako 18-latek (29 września 1964, ul. Jana 7, Klasztor Sióstr Prezentek), za drugim miał 20 lat (13 lutego 1966, Kopiec Kościuszki). Na przesłuchaniu w sprawie drugiego morderstwa powiedział: ”Dziwię się ludziom, że narzekają i unikają 13-tego, a tymczasem okazuje się, że 13-ty może być wspaniałym dniem.”. Ostatecznie ”Lolo” wpadł przez kogoś kogo bezgranicznie nienawidził – kobietę. Próbując zaimponować koleżance, zwierzył się jej ze swych dokonań, groził nawet nożem, po czym dziewczyna przekazała te informacje właściwym służbom. Milicja oderwała Kota od stołu, przy którym świętował z rodzicami zdaną maturę. To były jego ostatnie chwile w rodzinnym mieszkaniu.

Według legendy miejskiej w latach 60-tych staruszki, dotknięte spiralą strachu przed atakiem nożownika, przywiązywały do pleców pokrywy od garnków. Wszystko po to, aby dotrzeć bezpiecznie do celu i z powrotem, aby nóż nie przebił się do serca… Do niedawna na Rynku Głównym w Krakowie znajdowała się kawiarnia Kot Karola, mająca obecną siedzibę na Kazimierzu (nomen omen) przy placu Bawół 4, a Marcin Koszałka nakręcił wyjątkowo udany thriller pt. Czerwony pająk. Dzieło twórcy Takiego pięknego syna urodziłam nie jest bezpośrednio oparte na historii Karola Kota, ale jej echa silnie pobrzmiewają w fabule, opowiadającej zresztą o innej legendzie świata seryjnych morderców – Lucjanie Staniaku. Ten żądny krwi tłumacz z Katowic stanowi ewenement o tyle, że prawdopodobnie taka postać w ogóle nie istniała. Do dzisiaj nie wiadomo do końca, kto go wymyślił. W Katowicach nie ma Alej Wyzwolenia, przy których rzekomo mieszkał Staniak, nie istniało również pismo „Przegląd Polityczny”, gdzie ponoć wysyłał listy. Żywi lub umarli, prawdziwi lub fikcyjni –  wszystko jedno; oni żyją w pamięci wielu ludzi. Inaczej nie byłoby takiej kawiarni i takiego filmu.

Zamiast Marchwickiego

Klimat kryminalnego Śląska tworzy głównie gang Krakowiaka, nieżyjący już rezydent mafii pruszkowskiej Simon, a także postać Zdzisława Marchwickiego, skazanego na karę śmierci „Wampira z Zagłębia” za dokonanie czternastu zabójstw. Tajemnica tej sprawy polega na tym, że do tej pory nikt nie może mieć pewności, czy złapano faktycznego sprawcę. Po śmierci bratanicy samego Edwarda Gierka milicja musiała rozwikłać zagadkę. Traf chciał, że padło na Marchwickiego. Nie brakuje do dziś głosów, według których został we wszystko umiejętnie wplątany, a prawdziwym wampirem był Jan Olszowy. Ten chory umysłowo rzemieślnik przyznał się nawet do winy, ale z braku dowodów nie został aresztowany. Na ostateczną weryfikację nie ma już co liczyć, ponieważ Olszowy po zabiciu żony i dzieci popełnił samobójstwo z 14 na 15 marca 1970 roku. Oficjalną wersję utrwalił film Janusza Kidawy Anna i wampir (1981, premiera 1982).

Andriej Czikatiło podczas rozprawy sądowej

Andriej Czikatiło podczas rozprawy sądowej

Joachim Knychała stanowi przykład mordercy zapomnianego. Jego sylwetkę przypomniał poniekąd Marcin Koszałka w dokumencie Zabójca z lubieżności (2012). Zawiodą się ci, którzy oczekują encyklopedycznego studium przypadku Knychały. Jak to zwykle u Koszałki bywa mamy do czynienia raczej z autorskim, oryginalnym pomysłem na rozwiązania formalne w kinie dokumentalnym. Fani encyklopedii nie będą jednak do końca zawiedzeni, ponieważ film wzbogacają materiały archiwalne w postaci wywiadu z mordercą oraz zapisem wideo jego rozmowy z żoną. Trudno właściwie mówić tu o rozmowie; małżonka „Frankensteina„ (pseudo nadane przez organy ścigania, służący również jako kryptonim śledztwa) prowadzi raczej dramatyczny, przesycony szokującą obojętnością monolog. Ślubna „Frankensteina„ sprawia wrażenie osoby, której zbrodnie męża nie przeraziły w stopniu, jakiego oczekuje zapewne widz. Pani Knychałowa skupia swoją uwagę na czymś zupełnie innym. Mianowicie, czuje się kobietą poniżoną poprzez zdradę męża, a tak właśnie postrzega jego czyny. ”Frankenstein” dokonał przecież pięciu zabójstw na tle emocjonalno-seksualnym.

Joachim Knychała – podobnie jak niegdyś Andriej Czikatiło – przez przypadek uniknął aresztowania w 1979 roku. Jako aktywnego członka Związku Młodzieży Socjalistycznej, który regularnie wyrabiał nadgodziny, kierownik zmiany wpisywał Knychałę na listę obecności, mimo że ten miał właśnie dzień wolny. Morderca zapewnił więc sobie świetne alibi, a dodatkowe dni wolne od pracy wykorzystywał na poszukiwanie kolejnych ofiar. Za drugim razem już się nie wywinął. W 1982 roku milicja schwytała „Frankensteina” po zabiciu własnej szwagierki. Kazik Staszewski napisał o nim piosenkę pt. Wampir z Bytomia, wydaną na płycie Spalaj się!. Ostatnie wersy utworu stanowią tytuł niniejszego artykułu.

Niekonkretny motyw?

Zostało jeszcze kilka legendarnych nazwisk. Gdybym zajął się nimi w ten sam sposób, artykuł w zasadzie mógłby nie mieć końca. Warto jednak pamiętać o: Krzysztofie Gawliku – w 2001 zastrzelił pięć osób z karabinu maszynowego Skorpion, schwytany w tym samym roku podczas kontroli drogowej;

Paweł Tuchlin – zgładzony w 1987 roku za zabicie dziewięciu kobiet. Wykazywał zdolności plastyczne. Podczas obserwacji psychiatrycznej ulepił z chleba trzy rzeźby przypominające kształtem waginę. Do wszystkich dołączył naturalne włosy, a jedną z nich podarował lekarce, w której się zakochał;

Mieczysław Zub, pseudo: „Fantomas” – milicjant, który stał się mordercą. Pierwszych napadów dokonywał w służbowym uniformie, co bardzo ułatwiło mu realizację planów. Skazany na stryczek za morderstwa czterech kobiet nie doczekał wykonania wyroku. Sam wymierzył sprawiedliwość, popełniwszy samobójstwo;

Bogdan Arnold, czyli „Władca much” – w latach 60. zamordował cztery prostytutki, ze zwłokami zamieszkał. Minął jakiś czas, rozkład ciał spowodował trudny do zniesienia odór,     a tysiące much obsiadły okna  mieszkania Arnolda w Katowicach. Stąd wzięła się niebanalna ksywka mordercy;

Florian Nikifor Maruszeczko – nie mylmy tej postaci z prymitywistą Nikiforem Krynickim. Maruszeczko to „książę przestępczego międzywojnia”. Zabijał głównie pod wpływem alkoholu, co – oprócz imion i nazwiska – dodatkowo go wyróżnia.

Byli jeszcze Tadeusz Ołdak („Wampir z Warszawy„), Stanisław Modzelewski („Wampir z Gałkówka„), Leszek Pękalski („Wampir z Bytowa„; btw wyjdzie pod koniec przyszłego roku na wolność). I jest jeszcze prawdziwy ”last but not least” – Kajetan P., którego klasyfikuję jako potencjalnego ”seryjniaka”. Z jego wyznań wynika, że jedna ofiara mu nie wystarcza, więc gdyby tylko znalazł sposobność zabiłby ponownie. Marzenie o masowej likwidacji ludzi? Czy czegoś nam to nie przypomina? Życiorysy większości seryjnych morderców wypełnione są punktami stycznymi, takimi jak: niepokojące, dewastujące psychikę zainteresowania; nadwrażliwość, w wyniku której mocno przeżywają wszelkie – nawet najmniejsze – niepowodzenia, co z kolei rodzi w ich umysłach chęć zemsty (za coś niedookreślonego). I wreszcie być może najważniejszy węzeł: skrzywienia z czasów dzieciństwa. Wielu z nich widywało na co dzień pijanych rodziców, a inną naturalną część życia stanowiły przemoc domowa oraz brak miłości a jak pisze Adolf Rudnicki w międzywojennej powieści Niekochana: „Bankructwo człowieka nigdzie nie jest tak gruntowne jak w miłości”. Niektórzy – jak wspomniany Czikatiło – powoływali się na traumatyczne doświadczenia II wojny światowej.

Karol Irzykowski w recenzji wspomnianego przed chwilą utworu Adolfa Rudnickiego próbował odpowiedzieć na pytanie: „dlaczego on jej nie kocha?„. Bohaterka Noemi nie potrafi pojąć przyczyny braku uczucia ze strony swojego partnera – Kamila. Irzykowski usiłuje tę przyczynę zrozumieć. Postawmy inne pytanie: ”dlaczego np. Kajetan P. zabił?”. Czy rzeczywiście chciał się stać współczesnym wampirem? Zeznania P. świadczą o tym, że szukał w sobie wewnętrznej siły, aby stać się – we własnym mniemaniu – zdolnym do wszystkiego nadczłowiekiem. Sprawdzał, czy może być Raskolnikowem w Warszawie, który dążył ongiś do bycia Napoleonem w Petersburgu. W gruncie rzeczy zarówno Kajetan P., jak i Rodion Raskolnikow osiągnęli ten sam pułap okrucieństwa. Nie ma żadnego znaczenia, że Dostojewski wymyślił postać na potrzeby powieści. Kajetan P. bowiem w analogiczny sposób stworzył dla siebie wizerunek zbrodniarza. Jak każdemu świadomemu mordercy nie jest mu obcy element samokreacji, co oznacza dla niego zamazanie minusów w curriculum vitae za pomocą aktu morderstwa. Prawdopodobnie – jak w przypadku pozostałych diabłów ziemskich – zbrodnia i kara pełnią w jego życiu funkcję terapeutyczną, rekompensującą. Kat usilnie potrzebował doznania naprawdę mocnych wrażeń, obliczonych na końcową porażkę, której paradoksalnie wcale nie postrzega w kategorii porażki. Kajetan P. badał raczej, ile czasu – w dłoni dumnie dzierżąc kiełbasę z piersi z kurczaka – zdoła spędzić na wolności od momentu ucieczki z kraju. Wzorowany na Marchwickim antybohater filmu Anna i wampir podczas aresztowania wypowiada słowa: „Nareszcie„. Kajetan P. nie musiał nic mówić, a na dobrą sprawę wypowiedział dokładnie to samo. W tym sensie decyzje podjęte przez mordercę z Żoliborza nie różnią się niczym od zachowania słynnych poprzedników. Wszyscy wymyślili osobistą grę z rzeczywistością, społeczeństwem etc. Wszyscy są jak bakcyl dżumy, który ”nigdy nie umiera i nie znika”.

Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick i wysłać komentarz. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum. Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

Zostaw własny komentarz