„Fantazmat Wielkiej Lechii” – A. Wójcik – recenzja


Jak to możliwe, że zwykły żart z początku XIX w. wymknął się spod kontroli i żyje własnym życiem jako niepodważalny dowód na istnienie Imperium Lechickiego? Dlaczego w ogóle środowiska turbolechitów odrzucają współczesne naukowe ustalenia dotyczące początków polskiej państwowości? Na te i inne pytania o teorii istnienia Wielkiej Lechii odpowiada Artur Wójcik.

Od kilku lat w Internecie szerzy się niepokojące zjawisko wmawiania ludziom, że zatajana jest przed nimi prawdziwa historia nie tyle początków polskiej państwowości, co istnienia Imperium Lechickiego władanego przez Polan. Może ma to szczytny cel wywyższenia naszych przodków, którzy jednoczyli wszystkich Słowian, tak jak niegdyś Cesarstwo Rzymskie jednoczyło szereg ludów od Lewantu i Północnej Afryki po Wyspy Brytyjskie. O ile nie brakuje niepodważalnych dowodów na istnienie Cesarstwa Rzymskiego, to dowody na istnienie Imperium Lechickiego są nie tyle kruche, co niedorzeczne, a w niektórych przypadkach wręcz sfałszowane, począwszy od Kroniki Prokosza, na mapie Imperium kończąc.

Praca Artura Wójcika, historyka i autora bloga Sigillum Authenticum, poświęcona jest właśnie krytyce źródeł, uważanych przez turbolechitów oraz turbosłowian za niezbite dowody istnienia Imperium Lechickiego już 11 tys. lat temu. Ukazuje zwalczanie przez historyków fantazmatu Wielkiej Lechii, który na dobrą sprawę zaczął się rodzić w XIX w. (wywodzenie Polaków od Sarmatów w wiekach wcześniejszych było konwencją historiograficzną). Książka stanowi przede wszystkim odpowiedź na prace Janusza Bieszka, który w ostatnich latach wydał aż trzy publikacje zwarte o Imperium Lechickim.

Książka ma logiczny układ treści. Krok po kroku wprowadza czytelnika w świat koncepcji lansowanej przez turbolechitów, streszczając ich poglądy. Wyjaśnia pojęcia związane z teorią Wielkiej Lechii, genezę jej powstania, a zwłaszcza jej skrajnie pseudonaukowy (a nawet fantazyjny) charakter cofający dorobek polskiej naukowej historiografii do jej początków. Turbolechicinie stosują bowiem wypracowanego aparatu naukowego, manipulując źródłami lub interpretując je w oparciu o własną wyobraźnię. Autor obnaża tym samym ignorancję osób twierdzących, że wiele dowodów na istnienie Imperium jest ukrywanych przed ogółem społeczeństwa, podczas gdy większość materiałów została zdigitalizowana i jest dostępna dla każdego w Internecie wraz z bogatą literaturą przedmiotu. Wójcik podaje przy tym autorów, którzy są głównymi autorytetami w środowisku turbolechitów oraz przybliża styl dyskusji, jaką prowadzą z adwersarzami. Wszystkie podawane przez siebie argumenty dogłębnie omawia, cytując często fragmenty prac zwolenników Wielkiej Lechii.

Na kartach swej pracy Wójcik stara się odpowiedzieć na pytanie postawione w tytule – jak doszło do tego, że pseudonauka zdobyła taką popularność? Są zasadniczo trzy przyczyny tego stanu rzeczy. W środowisku historyków rzadko popularyzuje się rzetelną wiedzę – prace są pisane stylem naukowym, który może zniechęcać osoby spoza tego kręgu. Nie wiadomo też zbyt wiele o początkach państwowości polskiej i to stało się głównym impulsem do tworzenia fałszywego mitu o Imperium Lechickim. Ale głównym powodem jest brak weryfikacji informacji, z jakimi ludzie spotykają się w Internecie. Zdobywają wiedzę, której rzekomo „nie uczą w szkole”, i zwyczajnie podają ją dalej. Niewiedza odbiorców stała się przyczyną rozpowszechnienia fantazmatu i budowania fałszywej tożsamości społecznej. Zjawisko nie jest na szczęście tak rozpowszechnione, jak podkreśla autor. Zapytałam kilku znajomych, czy słyszeli kiedykolwiek o Wielkiej Lechii i turbosłowianach, a w odpowiedzi usłyszałam, że nie.

Praca Wójcika ma dwojaki charakter: publicystyczny i naukowy. Obie części zaopatrzone są w przypisy. Często autor odwołuje się do publikacji internetowych, artykułów lub filmów. Jest to zrozumiałe ze względu na to, że turbolechityzm rozpowszechnia się zwłaszcza w Internecie. Historyk ma bardzo lekkie pióro i bez wątpienia realizuje cel popularyzowania rzetelnej wiedzy historycznej. Zapewne z tego powodu pozwala sobie od czasu do czasu na żart pod adresem turbolechitów, co w mojej opinii mimo wszystko nie powinno mieć miejsca w pracy naukowej, ponieważ jest przejawem subiektywizmu. Jeżeli chodzi o stronę merytoryczną – nie mam zastrzeżeń. W jednym tylko miejscu (s. 91), omawiając pochodzenie Polaków według Marcina Kromera, autor zamiast napisać, że są potomkami Sarmaty, wnuka Noego, podał, że są jego przodkami.

Od strony edytorskiej czytelnika przyzwyczajonego do umieszczania cytatów w cudzysłowie może razić konsekwentny brak jego zastosowania w omawianej pracy. Tekst okraszono niewielką liczbą ilustracji – załączono tylko reprodukcje tych źródeł ikonograficznych, które były niezbędne do zaprezentowania konkretnego problemu. Uwagę zwraca okładka, na której umieszczono miniaturę stylizowaną na średniowieczną. Przedstawia ona kilka faktów związanych z teorią lansowaną przez turbolechitów.

Fantazmat Wielkiej Lechii polecam każdemu, kto jest zainteresowany tematem początków polskiej państwowości i zjawiskiem turbolechityzmu. Praca w interesujący sposób ukazuje, jak łatwo rozpowszechniają się fałszywe teorie, oraz podaje metody weryfikowania informacji. Mimo swego naukowego charakteru jest przyjemna w odbiorze i zapewniam, że nikt się przy niej nie zanudzi.

Plus minus:
Na plus:
+ jako pierwsza publikacja systematyzuje popularny temat
+ lekkie pióro autora
+ przebogata bibliografia; autor sięgnął do wielu źródeł, opracowań i publikacji internetowych, zarówno artykułów, jak i kanałów filmowych
+ obala teorie turbolechitów, wskazując, co jest ich wymysłem, a co naprawdę wiadomo o początkach polskiej państwowości
+ indeks osobowy na końcu książki
Na minus:
- autor pozwala sobie na żarty, co w pracy naukowej nie powinno mieć miejsca

Tytuł:Fantazmat Wielkiej Lechii. Jak pseudonauka zawładnęła umysłami Polaków

Autor: Artur Wójcik

Wydawca: Napoleon V

Rok wydania: 2019

ISBN: 978-83-8178-145-9

Liczba stron: 248

Okładka: miękka

Cena: 39,90 zł

Ocena recenzenta: 9/10

Redakcja merytoryczna: Adrianna Szczepaniak
Korekta językowa: Aleksandra Czyż

Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Opinie i ocena zawarte w recenzji wyrażają wyłącznie zdanie recenzenta, nie musi być ono zgodne ze stanowiskiem redakcji. Z naszą skalę ocen i sposobem oceny możesz zapoznać się tutaj. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanej recenzji, by to zrobić wystarczy podać swój nick i e-mail. O naszych recenzjach możesz także porozmawiać na naszym forum. Na profilu "historia.org.pl" na Facebooku na bieżąco informujemy o nowych recenzjach. Możesz także napisać własną recenzję i wysłać ją na adres naszej redakcji.

5 komentarzy

  1. Mirko pisze:

    Walka z turbolechitami to jak walka z płaskoziemcami i antyszczepionkowcami. Ale trzeba ją podejmować.

  2. Bilbo pisze:

    W takich głupich czasach żyjemy.

  3. Pisamar Tjarnaglofi pisze:

    Ciekawa sprawa, bo ani Żuchowicz, ani Wójcik nie „obalili” tego romantycznego fantzamatu czym zdają się szczycić jako poważni naukowcy i w pewnym sensie poczytni autorzy. |Mieli wspaniałą okazję uporządkowania i usystematyzowania pewnych rzeczy jednakże obaj chcieli raczej zaspokoić własne ambicje akademickie wdając się w polemikę z Wielką Lechią, której przecież nie należy brać dosłownie. Wciąż czekam na rzetelną pracę, która będzie w stanie skontrować Szydłowskiego, Bieszka, Kosińskiego et consortes - skontrować merytorycznie w sposób bezapelacyjny. Na razie obaj autorzy zabłysnęli erudycją, oczytaniem i wykształceniem czym triumfują w swoim mniemaniu nad czernią, która ledwie umie się podpisać. Żaden Turbolechita-słowianin nawet nie sięgnie do pozycji wskazywanych przez Żuchowicza i Wójcika, więc nie tędy droga. W tej sytuacji pozwalam sobie stwierdzić, iż obaj autorzy kompletnie nie czują romantycznego, niepokornego ducha słowiańskiego, nie ma w nich polotu ani finezji; nie czują poetyckiego natchnienia tych, których tak ostro krytykują. Obcecni ich zmagania przypominają walkę z wiatrakami pewnego błędnego rycerza...

  4. Sławomir Kułacz pisze:

    Piszesz: „autor pozwala sobie na żarty, co w pracy naukowej nie powinno mieć miejsca”. W książce nie ma informacji o recenzencie naukowym, więc nie jest naukowa. Jest popularnonaukowa, więc żartowania bym autorowi tak kategorycznie nie zabraniał.

    • Pawel pisze:

      Popieram - nawet tytuł sugeruje, że mamy do czynienia rodzajem popularnonaukowego felietonu, a nie pracy naukowej. Żarty oczywiście są niewskazane z innych względów - ich pojawianie się jest pożywką dla turbolechitów - „skoro nas lekceważy, to znaczy, że wszystkie jego argumenty są nie warte nawet przeczytania”.
      A tak naprawdę, to w kółko wracamy do tego samego - historycy muszą popularyzować swoją wiedzę, mimo, że często jest ona niełatwa do zrozumienia. Zainteresowani laicy szukają literatury zachodniej, bo rodzimi historycy nie dzielą się swoją. Albo co gorsza chwytają się kawałków prac naukowych interpretując to czego nie zrozumieją. Weryfikacja źródeł, to temat rzeka - i tego nie załatwimy nawet setką publikacji, ale wymaga to poważnej zmiany systemu edukacji - więc raczej czasu rzędu kilku nawet pokoleń. A póki co popularyzować, popularyzować..

Zostaw własny komentarz