Wywiad z Zygmuntem Gardełą ps. „Granat”


Z dowódcą plutonu dywersyjnego AK w Wolbromiu w latach 1943-1945 o konspiracji, akcji na Wolbrom i powojennej rzeczywistości
Stanisław Tomasz Kołodziej, Kazimierz Krężel: Jak to się stało, że trafił Pan do konspiracji?

Zygmunt Gardeła ps. „Granat”: Przed wojną należałem do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. To była organizacja, która działała przy parafii. Należało do niej około 20 osób, m.in. Czesław Kopciuch, Józef Czapnik, Jan Syguła z bratem, Piotr i Bogdan Rogalscy, Konstanty Krężel, Władysław Synowski i Władysław Osmenda. Spotykaliśmy się na ćwiczeniach sportowych. Jeździliśmy na zawody lekkoatletyczne i pokazy gimnastyczne do Kielc i na Śląsk. Jak wojna wybuchła to się okazało, że instruktor lekkiej atletyki Harer został urzędnikiem i pracował dla Niemców. Dalej chciał sie z nami spotykać, ale my nie chcieliśmy. Uciekaliśmy przed nimi i ukrywaliśmy się. Wtedy się zaczęło. W 1941 roku były aresztowania KSM-owców i to wszystko uciszyło. Ale dalej organizacja istniała. Tak było do 1943 roku.

A co się zmieniło po 1943 roku?

- W 1943 r. oficerem dywersji Inspektoratu Rejonowego Miechów (do niego należał Wolbrom) został Antonii Iglewski pseudonim „Ponar”. To był „Cichociemny” - skoczek spadochronowy przysłany z Anglii. Tam został przeszkolony i zaopatrzony w sprzęt, pieniądze itp. Wylądował pod Kielcami i po paru miesiącach objął dowództwo nad poszczególnymi oddziałami partyzanckimi zgrupowanymi w lasach w okolicach Miechowa, Pińczowa, Wolbromia itd. „Ponar” zaczął też organizować różne szkolenia i ćwiczenia. „Ponar” to była bardzo ciekawa postać i warto wspomnieć o jego losach. Zaraz po wybuchu wojny zaczął organizować Związek Walki Zbrojnej (ZWZ) na terenach pod okupacją sowiecką, potem aresztowany przez NKWD siedział m.in. w więzieniu Butyrki i Łubiance w Moskwie. Dostał karę śmierci, przesłuchiwał go nawet Beria. Po zwolnieniu zgłosił się do armii gen. Andersa i dotarł do Anglii. Po zrzuceniu do kraju jako „cichociemny” organizował sabotaż i akcje partyzanckie na naszym terenie. Po wojnie aresztowany przesiedział w komunistycznych więzieniach do 1956 roku, był torturowany. Zmarł w 1979 roku.

Pan też był na takich szkoleniach organizowanych przez „Ponara”?

- Tak, po jednym takim dwutygodniowym szkoleniu zostałem mianowany plutonowym i dowódcą grupy dywersji w Wolbromiu.

Pan był dowódcą grupy dywersyjnej, a kto był szefem konspiracji w Wolbromiu?

- Najpierw Edmund Haberko, a potem Stanisław Lorens.

Jak liczna była ta grupa?

- To był pluton liczący trzy drużyny, w sumie nawet do sześćdziesięciu ludzi. To byli ludzie nie tylko z Wolbromia, ale i z Chełmu, Gołaczew, Domaniewic, Strzegowej, byli też uciekinierzy z Zagłębia, którzy się tu ukrywali i którym trzeba było zapewnić utrzymanie.

W numerze 9(57) Wieści Wolbromskich ukazał się artykuł o Józefie Barczyku pt. „Wolbromski bohater”. Wiemy, ze niektóre opinie zawarte w artykule zdziwiły ludzi pamiętających tamte czasy?

- On był w Batalionach Chłopskich a później w AK, ale był z nim kłopot. Robił jakieś nieuzgodnione akcje. Chłopi się na niego skarżyli. Dopiero „Hardy” Gerard Woźnica - dowódca oddziału partyzanckiego, który stacjonował koło Bydlina - nauczył go dyscypliny. Ludzie jeszcze to pamiętają.

A skąd mieliście broń?

- Każdy jak mógł to zdobywał: rozbrajali Niemców, kupowali, kradli Niemcom.

Brał Pan udział w licznych akcjach, ale chyba najbardziej znana to osłona wycofującego się po zamachu na Koppego w Krakowie oddziału „parasola” i zajęcie Wolbromia w nocy 25 lipca 1944 roku. Mieszkańców Wolbromia, chyba ta ostatnia akcja może zainteresować najbardziej. Czy mógłby Pan o niej opowiedzieć?

- Tą akcję robiliśmy razem z „Hardym” - Gerardem Woźnicą. Wtedy był też u niego inspektor, komendant Okręgu Śląskiego AK „Walter” - Janke. On to opisuje w swojej książce. Zajęliśmy Wolbrom na kilka godzin w nocy, zaczęliśmy o 24.00 a skończyliśmy o 4.00. najpierw było spotkanie z oddziałem „Hardego” w Czarnym Lesie. Po drodze do Wolbromia zarekwirowaliśmy w młynie zarządzanym przez Jaremę - Ukraińca dwie furmanki maki. Jak doszliśmy do Wolbromia to już patrol pięciu ludzi poodcinał wszystkie druty na poczcie. W Wolbromiu stacjonowało dużo Niemców. W Szkole Podstawowej Nr 1 było wojsko, w Rynku tam, gdzie teraz księgarnia - na piętrze był komisariat i tam stacjonowali żandarmi, koło stacji kolejowej było gestapo, a w fabryce gumowej żołnierze. Najpierw rozbiliśmy składnicę jaj, która była za Kościółkiem, potem poszliśmy do Rynku i zajęliśmy stanowiska. Nie udało się zająć posterunku i zaczęła się strzelanina, która trwała całą noc. Niemcy ze szkoły bali się wyjść. Nikt nie wyszedł. Przyjechało tylko auto z Miechowa z gestapowcami. Gdy nasi ich ostrzelali, uciekli na dach jakiegoś domu i tam leżeli całą noc ostrzeliwując się. Nam udało się zabrać ponad 20 furmanek z żywnością i towarami z rozbitych niemieckich sklepów i magazynów. O 4.00 wycofaliśmy się z Wolbromia.

Celem akcji było więc zdobycie zaopatrzenia dla oddziałów partyzanckich.

- Tak ci ludzie w lesie musieli przecież coś jeść i w co się ubrać.

Akcja na Wolbrom odbyła się 25 lipca 1944 roku na kilka dni przed Powstaniem Warszawskim. Co pan robił, gdy zaczęło się powstanie?

- Wtedy odbyła się koncentracja wszystkich grup dywersyjnych i oddziałów w lesie koło Sancygniowa. To było około 1500 ludzi. Mieliśmy iść na pomoc powstańcom. Poszła jedna grupa, ale Niemcy ją rozbili. Broni też nie było na tyle, żeby wszystkich zaopatrzyć. Nie było też amunicji. Ale dopiero na Wszystkich Świętych - 1 listopada 1944 roku nas rozparcelowano na małe grupki do poszczególnych miejscowości, żebyśmy się przechowali. Ci co mogli to wrócili do domu, a ci co nie mogli musieli zostać w lesie.

A jak wyglądał 1945 rok, co się stało jak przyszło wojsko bolszewickie. Pan się ujawnił?

- Jak się mogłem ujawnić, skoro zaraz uciekłem. Musiałem wiać. Oprócz Rosjan weszli i PPR-owcy. W czasie wojny oni byli i w Łobzowie. Stacjonowali w kąpielskich lasach ze skoczkami rosyjskimi. Zaraz po wkroczeniu wojsk sowieckich komuniści z naszych okolic zaczęli z nimi współpracować. Patrolowali z karabinami miasto. Wynagrodzili ich potem różnymi stanowiskami w Wolbromiu.

A wy kontaktowaliście się z PPR-owcami w czasie wojny?

- Nie my byliśmy z daleka od nich. U nas obowiązywała zasada: nie przeszkadzać, nie łączyć się, niech walczą z daleka od nas.

Wiec jak było w 1945 r.?

- Przyszedł do mnie Stanisła Lorens - dowódca placówki AK i powiedział, że Rosjanie chcieli się z nami skontaktować i zaprosili na s na zebranie do magistratu. Powiedzieli mu żeby dobrał sobie kogoś i Lorens przyszedł do nie. Ja nie chciałem iść, ale po rozmowie z członkiem BCh - Gieszczykiem zdecydowaliśmy wspólnie, ze pójdziemy i ostatecznie poszliśmy w trójkę: Stanisław Lorens, Gieszczyk z BCh i ja. Poszliśmy do magistratu, to było na ulicy Miechowskiej. Czekał tam na nas rosyjski major, który powiedział „Panowie bądźcie łaskawi usiąść i zaczekać, tu przyjdzie pan pułkownik to porozmawiamy o pewnych sprawach”. Mnie się to bardzo nie podobało. Lorens i Gieszczyk usiedli a ja mówię na głos do Lorensa, że mi się papierosy skończyły i idę je kupić do sklepu obok. Wyszedłem i nie wróciłem. Pułkownik jak przyszedł to się złościł, że mnie wypuścili, a Lorensa i Gieszczyka aresztowali. Na drugi dzień pognali ich pieszo do Miechowa, a potem wywieźli do Rosji. Stanisław Lorens wrócił z łagru, ale Gieszczyk zmarł tam na czerwonkę. Ja musiałem się ukrywać.

Długo się Pan ukrywał?

- Półtora roku do 1946 r. Mieszkałem w Sosnowcu, Krakowie, Katowicach, Gliwicach i w Szczecinie. Raz nawet w Krakowie zostałem rozpoznany przez znanego mi z Łobzowa człowieka i na krótko aresztowany. Wypuszczono mnie szybko, chyba dlatego, ze znałem tego człowieka jeszcze przed wojną. Dopiero w 1946 roku wróciłem do Wolbromia i ujawniłem się, zresztą nie tylko ja, ale cała grupa z Wolbromia. Część tych co się ujawnili aresztowało zaraz UB, siedzieli jakieś dwa tygodnie, potem ich powypuszczali.

Jest Pan jedną z nielicznych osób mieszkających na naszym terenie, która została odznaczona orderem Virtuti Militari. Kiedy Pan dostał odznaczenie?

- W latach sześćdziesiątych. Jak powychodzili z więzień AK-owcy po 1956 roku „Tysiąc” - Nieczuja-Ostrowski, „Ponar” i inni, powołano specjalną komisję weryfikacyjną i występowano o te odznaczenia. Po potwierdzeniu tej decyzji przez władze państwowe nadano mi to odznaczenie.

Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick i wysłać komentarz. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum. Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

1 komentarz

  1. szybki pisze:

    Polska Ludowa nadała VM w latach sześćdziesiątych za udział w AK? Nie do wiary...

Zostaw własny komentarz