Bitwa pod Raszynem


Niezwykłe poruszenie panowało tego dnia w Warszawie. Mieszkańcy miasta byli podekscytowani, rozgorączkowani. Tłumnie gromadzili się na rogatkach i ulicach próbując zdobyć jakieś informacje o sytuacji polskich wojsk. Bez względu na stan i status społeczny, wszyscy niecierpliwie wyglądali jakichś wieści. Unoszący się powietrzu zapach prochu oraz wyraźnie słyszalny huk dział i karabinów nie dawały zapomnieć o krwawej rozprawie toczącej się u bram stolicy. Nie zważając na konwenanse ludność miasta gromadziła się na najwyższych budynkach. Szczególnie licznie obsadzona była wieża kościoła luterańskiego, najwyższego natenczas punktu w Warszawie, skąd zebrani usiłowali dojrzeć toczący się w rejonie pobliskiego Raszyna bój. 

Bitwa pod Raszynem 1809

Bitwa pod Raszynem 1809

A więc wojna...

Była to bitwa pomiędzy wojskami austriackimi i polskimi. Starcie to, rozgrywające się niemalże pod murami Warszawy było pierwszą większą konfrontacją toczącej się od pięciu dni wojny pomiędzy Księstwem Warszawskim, a Cesarstwem Austriackim. Wojna ta była w zasadzie bocznym teatrem działań. Trzydziestodwutysięczny VII korpus arcyksięcia Ferdynanda d’Este, który 14 kwietnia 1809 r. wkroczył w granice Księstwa był tylko niewielką częścią wojsk skierowanych przeciw Napoleonowi i jego sprzymierzeńcom przez Austrię. Arcyksiążę Ferdynand miał za zadanie niezwłoczne zajęcie terytorium polskiego państewka potylżyckiego, co wobec pozostawienia w Księstwie przez Bonapartego niewielkich tylko sił z całej polskiej armii, wydawało mu się zadaniem niezwykle łatwym.

Pozycja pod Raszynem

Naczelne dowództwo polskie zdawało sobie w pełni sprawę z powagi sytuacji. Postanowiono zatem zagrodzić Austriakom drogę w najbardziej newralgicznym punkcie. Pomysł, aby wydać bitwę właśnie pod Raszynem, był autorstwa generała Jana Pelletiera, genialnego, choć mało jeszcze doświadczonego, dowódcy artylerii i jednego z członków najbliższego otoczenia naczelnego wodza – księcia Józefa Poniatowskiego. Książę podchwycił myśl swego podkomendnego, była ona bowiem dosyć korzystna, zarówno ze względów moralnych, jak i militarnych. Oddanie bowiem stolicy bez bitwy, sugerowane przez najwyższe dowództwo francuskie, oznaczało całkowitą utratę i tak niewielkiego zaufania wojska i ludności do księcia. Poza tym, Warszawa nigdy nie zgodziłaby się na to, toteż nieprzewidywalna była reakcja społeczeństwa i wojska. Co więcej, Raszyn leżał u zbiegu dwóch ważnych traktów – krakowskiego i wrocławskiego, wiodących z południa do stolicy i stanowiących najkrótszą do niej drogę. Chcąc zatem jak najszybciej zająć najważniejsze miasto Księstwa, musieli Austriacy przechodzić przez tereny raszyńskie. Warunki miejscowe były korzystne dla broniących, bowiem walki toczyć się musiały na terenie podmokłym, bagiennym, ciągnącym się na przestrzeni kilku kilometrów między Raszynem, a Małymi i Dużymi Falentami, tak, że przejście było możliwe jedynie w kilku miejscach. Część traktu krakowskiego biegła groblą, natomiast od Warszawy ciągnęła się linia niewielkich pagórków, dominujących nad bagnistymi łąkami pomiędzy Małymi i Dużymi Falentami, co można było wykorzystać, jako naturalne stanowiska artyleryjskie. Niedaleko wsi Falenty Duże, znajdował się nieduży lasek olchowy, dogodny jako pozycja obronna piechoty. Dodatkowo, obronność terenu znacznie podnosiła odwilż. Zajęcie pozycji pod Raszynem nie pozbawione było jednak wad, na co uwagę zwracał szczególnie rezydent francuski Serra. Podstawowym mankamentem tej pozycji był fakt, iż owszem, w przypadku, gdy nieprzyjaciel szedł wprost na Raszyn, w środek bagien, pozycja była dla obrony dogodna, w innym zaś wypadku należało Austriaków w podmokły rejon wciągnąć. W razie bowiem oskrzydlenia wojsk polskich, to oddziały arcyksięcia Ferdynanda uzyskiwały taktyczną przewagę, co wobec dwukrotnie większej ich liczebności stanowiło dla Polaków ogromne zagrożenie. Zdawał sobie z tego sprawę książę Józef podejmując samodzielnie, gdyż jego doradcy byli ludźmi mało doświadczonymi, decyzję o wyborze miejsca starcia. Wyborze, który jak się miało wkrótce okazać, był jak najbardziej słuszny.

Plan bitwy

W związku z podjętą decyzją dowódcy poszczególnych oddziałów rozproszonych po kraju otrzymali rozkazy o koncentracji pod Raszynem i podjęciu odpowiednich działań osłonowych. Wieczorem, 15 kwietnia, w dworze w Falentach, gdzie swą kwaterę założył książę Józef odbyła się narada w gronie generałów: Fiszera, Kamieńskiego, Sokolnickiego, Pelletiera, Kamienieckiego, Polentza i Biegańskiego. Po relacji gen. Biegańskiego o ruchach wojsk austriackich, szef Sztabu Generalnego, gen Fiszer przedstawił plan bitwy, zaaprobowany wcześniej przez Poniatowskiego, będący jednocześnie rozkazem bojowym.

Na wzniesieniach poza Raszynem, znajdujących się na drodze do Warszawy, miał zająć miejsce gen Polentz z wojskami saskimi i 2 pułk piechoty pod dowództwem Stanisława Potockiego. Miały to być siły główne, których odwodem wyznaczono 1 pułk strzelców konnych płk. Przebendowskiego, mający przybyć dopiero później, gdyż w chwili podejmowania planu bitwy znajdował się jeszcze między Pilicą, a Mrową oraz baterię artylerii konnej Włodzimierza Potockiego. Razem pięć batalionów piechoty, cztery szwadrony kawalerii i 17 armat. Rejon Falent Dużych i Małych, na drugim końcu grobli, miał być obsadzony przez 1 baon 1 pułku piechoty i 1 baonem 8 pułku piechoty oraz 4 działa. Dowództwo nad ową strażą przednią zostało powierzone gen. Sokolnickiemu. Na prawo od pozycji zajmowanej przez oddziały Sokolnickiego, drogę do Nadarzyna, przed wsią Janki, miano obsadzić 1 baon 6 pułku piechoty wyposażonym w 2 armaty, podległym również Sokolnickiemu. 2 baon 6 pułku piechoty miał zająć pozycję na Woli, w celu zamknięcia wejścia do Warszawy od tamtej strony. W pobliżu miejscowości Błonie znajdowały się dwa szwadrony 6 pułku ułanów pod płk. Dziewanowskim. Michałowice miały zostać obsadzone przez dwa bataliony 3 pułku piechoty wyposażone w 4 działa, pod dowództwem gen. Biegańskiego. 2 baon 1 pułku piechoty i 2 baon 8 pułku piechoty wraz z 6 armatami pod dowództwem gen. Kamienieckiego miały stanowić straż lewoboczną i obsadzić Jaworów, znajdujący się dwa kilometry na wschód od Raszyna. Postanowiono także przydzielić jeden lub dwa szwadrony jazdy gen. Kamienieckiemu po wycofaniu się kawalerii polskiej z przedpola. W rejon, w którym była najmniej jasna sytuacja, tj. przed polskim lewym skrzydłem, miał zostać skierowany mały oddział jazdy saskiej pod gen. Kamieńskim. Tak więc front polski obejmował długość prawie 6 kilometrów, zaś sama straż przednia, czyli 2000 żołnierzy, miało bronić odcinka długości 1200 metrów. Było to jednak konieczne ze względu na fakt, iż trakt główny i boczną drogę z Nadarzyna mona było przebyć wyłącznie na tamach i trzech stałych mostach: w Raszynie, Jaworowie i Michałowicach.

Wojska saskie

Siły polskie rozlokowane do bitwy wynosiły około 8500 piechoty i niecałe 3000 jazdy [dane za B. Grochulską] , niestety, książę Józef nie mógł być pewny pełnego składu i tak wątłej armii, bowiem 2000 żołnierzy saskich, w sile trzech batalionów piechoty, dwóch szwadronów jazdy i 12 armat, mogło go opuścić przed samą niemal batalią. Od trzech tygodni bowiem trwał spór o oddziały saskie pozostawione w Księstwie, których powrotu do Saksonii domagało się Drezno, zaś książę Poniatowski, nie mogąc pozwolić na jeszcze większe ograniczenie sił państewka, sprzeciwiał się ich odesłaniu. Gdy nie pomogły względy dyplomatyczne, książę postanowił załatwić sprawę formalnie, twierdząc, iż wszystkimi wojskami sprzymierzeńców Francji, znajdującymi się na terytorium Prus bądź Księstwa Warszawskiego, dowodzi marszałek Davout i tylko w jego gestii leży decydowanie o odejściu, bądź pozostaniu Sasów w Księstwie. Niestety, jeszcze 15 kwietnia, przed wymarszem wojska pod Raszyn kurier przywiózł pismo od Davouta, w którym marszałek wyrażał zgodę na odwrót Sasów. Gen. Polentz otrzymał w tym czasie również pismo w tej sprawie z Drezna. Zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie pociągnąć mogło za sobą odejście wojsk sprzymierzeńczych, zarówno dla sytuacji na polu bitwy, jak i morale żołnierzy, wódz naczelny zdecydował się podjąć w tej sprawie rozmowę z Polentzem, podczas której wyraźnie sprzeciwił się ich odejściu, zaś saski generał postanowił zostać na czas bitwy w obronie honoru żołnierzy.

Przygotowania do bitwy

W następnych dniach polska kawaleria wycofywała się, zgodnie z rozkazem, ściągając przeciwnika w kierunku zajmowanej przez Polaków pozycji. W tym czasie wszystkie pozostałe oddziały zajęły już wyznaczone im pozycje i umacniały się na nich.

Gen Sokolnicki, dowódca straży przedniej, rozporządzając około 2000 żołnierzy musiał obsadzić odcinek długości 1200 metrów. Wysunął zatem 1 batalion 1 pułku piechoty, pod dowództwem płk. Małachowskiego, pod dwór w Falentach Małych, a 1 batalion 8 pułku piechoty, pod dowództwem płk. Godebskiego, na skraj Falent Dużych. Płk Godebski miał bronić dostępu do grobli i utrzymać lasek olchowy znajdujący się pomiędzy groblą, a Falentami Dużymi. Sokolnicki ściągnął również 2 armaty z 1 batalionu 6 pułku piechoty i z podległych mu 6 armat ustawił baterię artylerii na lewo od dworu w Falentach Małych, skąd miała ona możliwość prowadzenia ognia działowego na całe przedpole polskiej straży przedniej. Jej dowódcą został kpt Roman Sołtyk. 19 kwietnia rano, a więc niemal przed samą bitwą, po rozmowie Poniatowskiego z Sokolnickim, Pelletierem i Fiszerem, wódz zdecydował o wzmocnieniu siły ognia artyleryjskiego straży przedniej. Ppłk Redl otrzymał rozkaz przysłania spod Raszyna do Falent Małych trzech dział z baterii artylerii konnej. Tak więc siła ognia została zwiększona do 9 dział. Wszystkie armaty posiadane przez Polaków pod Raszynem były działami polowymi lekkimi, tzw. sześciofuntówkami. Ogień prowadzono z nich pociskami o masie sześciu funtów, na dalszą odległość szrapnelami, zaś do kolumn znajdujących się bliżej, ”na wprost” - kartaczami.

Po rozstawieniu się wojsk przystąpiono do kopania szańców strzelniczych dla piechoty. Szańce te były nie tyle umocnieniami, co udogodnieniami do walki piechoty w szyku. Prowadząca walkę ogniową piechota ustawiona była w trzech rzędach, pierwszy szereg klęczał podczas oddawania strzału, drugi stał, zaś trzeci w tym czasie nabijał i podawał broń drugiemu szeregowi. Żołnierze stojący w trzecim szeregu zajmowali także miejsca po rannych, bądź zabitych kolegach z dwóch pierwszych rzędów. Szaniec musiał być zatem odpowiednio płytki i szeroki, tzn. być przystosowany dla żołnierza klęczącego. Okopywano również armaty, aby odrzut po oddaniu strzału nie zmniejszał celności działa. Wszystkie prace ziemne były wykonywane starannie i nadzorowane przez najwyższe dowództwo, chciano bowiem wyrównać przewagę liczebną, dostatecznym przygotowaniem terenu walki. W ciągu trzech dni do rozpoczęcia bitwy większość tych prac została ukończona.

Najwyżsi dowódcy bardzo dbali o dobre przygotowanie do bitwy. Gen Fiszer, inspektor piechoty i szef Sztabu Generalnego, osobiście objeżdżał pozycje i sprawdzał stanowiska obronne, gen Pelletier, dowódca i inspektor artylerii, sam sprawdzał każde działo, książę Poniatowski, wódz naczelny, przeniósł swą kwaterę do Raszyna i pilnował przygotowania miejsc w szpitalach polowych, naprawy drogi z Warszawy do Raszyna, kazał zatrzymywać barki i statki kursujące po Wiśle poniżej Pragi, w okolicy Marymontu, aby móc nimi ewakuować sprzęt i broń w razie odwrotu, decydował również i kontrolował przybywające do stolicy transporty broni i jej podział.

Rankiem 19 kwietnia ewakuowano wsie Falenty Małe i Falenty Duże, zaś ich mieszkańcy wraz z dobytkiem przenieśli się do Raszyna i Michałowic. Polacy przygotowywali się na przyjęcie nieprzyjaciela.

Nadejście Austriaków

Z Tarczyna w kierunku polskiej pozycji rozpoczęli w tym czasie marsz Austriacy. Na czele VII korpusu arcyksięcia Ferdynanda posuwała się straż przednia gen. Mohra w sile ponad 1000 jazdy, 4500 piechoty i 12 armat. Na przedzie sześć szwadronów kawalerii, za nimi piechota – pułk Vukassovicha, dalej dwa pułki Wołochów. W odstępach między pułkami Mohr rozstawił artylerię, by móc manewrować ogniem w każdym kierunku. Godzinę marszu za strażą przednią szła dywizja piechoty feldmarszałka Mondeta oraz brygada kawalerii z dywizji feldmarszałka Schaurotha, pod dowództwem gen. Spetha. Razem liczebność sił głównych wynosiła około 21000 żołnierzy wyposażonych w artylerię. Dodatkowo wydzielony został również odwód w sile dwóch pułków kawalerii i kilku armat, stanowiący około 2000 ludzi. Austriacki dowódca dysponował zatem, po odesłaniu brygady Branowacsky’ego do zajęcia Częstochowy i wydzieleniu części oddziałów do działań drugorzędnych, jak linie aprowizacyjne, ubezpieczenia, etc, około 25000 – 28500 wojska (w tym około 4000 - 6000 jazdy) wyposażonego w 80 dział [dane minimalne za B. Grochulską, maksymalne za G. Zychem].

Droga z Tarczyna do Raszyna biegła głównie przez lasy, toteż brygada Spetha podzieliwszy się na pułki ubezpieczała marsz korpusu z obu stron. Z meldunków Hoditza dowodzącego oddziałem kawalerii na prawym brzegu Wisły arcyksiążę Ferdynand wiedział, iż oprócz załogi twierdzy praskiej, nie ma tam większego oddziału polskiego, zaś idący w kierunku Rawy Gatterburg donosił o braku większych zgrupowań również w tym rejonie. Potwierdziło to doniesienia o koncentracji Polaków w okolicy Raszyna. Ferdynand rozkazał zatem gen. Mohrowi marsz wprost na Raszyn w nadziei rozbicia Polaków wstępnym bojem.

Przed południem, około godziny 10, na przedpolu polskim znajdowały się wtedy już tylko dwa pułki jazdy, bowiem reszta kawalerzystów wycofała się zgodnie z rozkazami: 6 pułk ułanów Dziewanowskiego z Błonia na Wolę, jeden jego szwadron dla osłony Biegańskiego między Michałowice, a Sokołów, dwa szwadrony saskie pod Kamieńskim dla osłony Kamienieckiego do Dawid. Oddziałami pozostałymi na przedpolu, tj. 1 i 3 pułkiem strzelców konnych, dowodził osobiście gen. Rożniecki. Na jego jazdę, od strony Janczewic, natarła około godziny 10 brygada kirasjerów Spetha. Równocześnie feldmarszałek Schauroth z czterema szwadronami huzarów palatynowskich i częścią regimentu huzarów cesarskich zaatakował oddział jazdy wysunięty ku Nadarzynowi. Rożniecki zdecydowany był na starcie z nadchodzącymi z Tarczyna Austriakami, lecz dostrzegłszy, iż za kawalerią posuwa się znaczna ilość piechoty, zrezygnował z walki i wycofał się, zgodnie z rozkazami, okrężnym marszem na Nadarzyn, a następnie na Michałowice, aby nie zasłaniać przedpola polskiej straży przedniej, w razie otworzenia przez nią ognia artyleryjskiego na maszerujące kolumny wroga. Około godziny 12 jazda była już w Michałowicach, po czym, z rozkazu naczelnego wodza, zostawiwszy jeden szwadron z 1 pułku strzelców konnych w tej miejscowości, zajęła pozycję poza Raszynem, na drodze do Warszawy, jako odwód głównych sił polskich.

Meldunki Mohra o wycofaniu się kawalerii bez starcia, utwierdziły Ferdynanda w przekonaniu, iż znajduje się tuż obok pozycji obronnej Polaków. Przybył więc osobiście do gen. Mohra, aby przedstawić mu rozkazy dotyczące mającej niedługo rozegrać się bitwy. Austriackie natarcie miało przebiegać szerokim frontem, w trzech miejscach jednocześnie. Podczas gdy główna kolumna wojsk austriackich maszerująca z Tarczyna dojdzie do rozwidlenia dróg, gen Civalart z dwoma pułkami piechoty (ok. 6500 ludzi) z dywizji Mondeta oraz czterema szwadronami kawalerii i sześcioma działami, skieruje się na Jaworów, przeprawi przez Mrowę i rozbije stacjonujących tam Polaków, a następnie ruszy wprost na Warszawę. Straż przednia pod gen. Mohrem dostała za zadanie marsz na Raszyn, przypuszczenie natychmiastowego, gwałtownego uderzenia oraz zasypanie Polaków ogniem działowym, aby uniemożliwić im wsparcie oddziałów w Jaworowie jakąkolwiek siłą. Z kolei feldmarszałek Schauroth miał zabrać trzy pułki jazdy ze swej dywizji, cztery kompanie piechoty i baterię artylerii konnej (6 dział) i ruszyć drogą z Nadarzyna na Raszyn do miejscowości Wypędy, po czym polną drogą dotrzeć do Michałowic i zaatakować je. Arcyksiążę nie docenił jednak wartości bojowej polskiego wojska, a co najważniejsze, nie wiedział, że wzdłuż Mrowy ciągnie się szeroki pas bagien.

Polska straż przednia w gotowości bojowej

Polska straż przednia od południa była w pełnej gotowości bojowej. Z każdego z baonu wydzielono kompanie woltyżerów, których żołnierze wysunęli się do przodu, na odległość 200 – 300 metrów, w zależności od możliwości terenu, rozsypali się w tyralierę i ukryli w zabudowaniach, zaroślach, za pagórkami, etc. by w razie zbliżenia się przeciwnika zaalarmować strzałami resztę oddziałów, po czym wycofać się do swoich baonów cały czas ostrzeliwując wroga. Pozostałych osiem kompanii było rozstawione inaczej, w zależności od oddziału. 2 batalion 6 pułku piechoty i 1 batalion 1 pułku piechoty rozstawiły sześć kompanii, uszeregowanych plutonami, w jednej linii, zaś około 50 metrów w tyle rozstawiły po jednej kompanii na skrzydłach, aby w razie ataku kawalerii nieprzyjacielskiej móc łatwo sformować czworobok. Plutony były zestawione po dwa obok siebie i tworząc tzw. dywizje ogniowe miały prowadzić salwy na komendę jednego oficera. Z kolei 1 batalion 8 pułku piechoty, z racji zajmowania przezeń pozycji w trudnym, lesistym terenie, porozstawiał plutony tak, by zachowując możność dowolnego manewrowania, mogły współdziałać ogniem.

Atak na straż przednią

Około godziny 14 na przedpolu polskiej straży przedniej pojawiły się małe grupy kawalerii austriackiej w celu rozpoznania pozycji obronnej Polaków. Zostały natychmiast ostrzelane przez kompanie woltyżerskie, co upewniło dowódców wroga o zajmowaniu przez siły Księstwa pozycji na tym odcinku. Około godziny 14:30 z lasu wyłoniły się trzy kolumny piechoty austriackiej, na 600 metrów od stanowisk polskich. Piechota maszerowała kolumnami podzielonymi według plutonów, z których każdy zachowywał odstęp 10 kroków. Jedna kolumna postępowała drogą, dwie pozostałe o sto metrów w prawo i lewo od niej. Po krótkim marszu kolumny nagle skręciły kierując się wprost na Falenty Duże i lasek olchowy. Ognia dała wtedy tyraliera 1 baonu 8 pułku piechoty, której strzały, mimo iż nie powodowały większych strat u przeciwnika, wywołały zamieszanie w jego oddziałach. Po uporządkowaniu swych szeregów nieprzyjaciel przystąpił do marszu skośnego i po chwili z trzech kolumn uformował trzy linie ogniowe. Równocześnie z lasu wyjechały oddziały kawalerii ubezpieczając skrzydła piechoty, zaś na skraj lasu zatoczono zaprzęgi z działami. Po kilku salwach, Austriacy w sile pięciu batalionów z regimentów Siebenburger-Walachena i Vukassovicha oraz część brygady Spetha rozpoczęli natarcie na Falenty. Polacy otworzyli celny ogień artyleryjski, którym osobiście kierował Pelletier i zwiększyli siłę rażenia oddziałów poprzez salwy dwuplutonami, co skutecznie mieszało szyki nieprzyjacielowi. Wzmógł się jednak również ostrzał artylerii austriackiej, choć mniej celny, to jednak prowadzony z 12 dział. Po walce piechoty austriackiej z oddziałem Godebskiego, którego obrony nie mogła przełamać, jej część przesunęła się i zaatakowała pozycję 1 baonu 1 pułku piechoty polskiej w Falentach Małych. Jednocześnie Mohr wysłał do szarży dwa szwadrony huzarów, licząc, że szarża utoruje drogę piechocie do przełamania obrony i zajęcia baterii polskiej, po czym rozprawa z pozostałymi oddziałami straży przedniej miała być rzeczą ławą. Nie mniej jednak na szarżujących huzarów posypały się polskie kartacze, co całkowicie załamało ich atak. Na maszerującą zaś ciągle piechotę Sokolnicki kazał otworzyć ogień karabinowy, a po kilku polskich salwach odezwały się także armaty rozpryskując na Austriaków kartacze. Wrogie linie bojowe załamały się, zaś dowódcy nie mogąc pod gradem kul sformować linii batalionowych ostrzeliwali się plutonami. Po chwili, w nieładzie, austriackie oddziały zaczęły się wycofywać. W tej samej chwili cofnęły się także wojska sprzed pozycji Godebskiego. Jeden batalion polski, liczący zaledwie 800 ludzi, skutecznie obronił się, co więcej odparł 4500 żołnierzy z wojsk Mohra. Austriacki dowódca rozkazał zatem wzmożenie ognia działowego i wysłał meldunek do arcyksięcia Ferdynanda.

Naczelny wódz austriacki był niezwykle zaskoczony efektami godzinnej walki i tak silnym oporem Polaków. Rozkazał zatem Mohrowi przesuwanie swej artylerii na wciąż nowe pozycję, aby wojsko polskie musiało ciągle na nowo się wstrzeliwać, przesłał 12 dział z dywizji Mondeta i nakazał czekać w gotowości bojowej, lecz bez podejmowania akcji zaczepnych. Liczył bowiem na przełamanie obrony polskiej w Jaworowie przez oddział Civalarta (w sile dwóch pułków jazdy, dwóch pułków piechoty i baterii artylerii konnej), który następnie wychodząc na polskie tyły zmusić miał straż przednią do odwrotu.

Walki na linii Jaworów - Dawidy

Oddział gen. Kamienieckiego w Jaworowie był rozstawiony następująco: 2 batalion 1 pułku piechoty okopał się płytkimi szańcami frontem do ciągnącego się wzdłuż Mrowy pasa bagien, 2 batalion 8 pułku piechoty rozlokował cztery kompanie na przedłużeniu linii 1 pułk, zaś pozostałe pięć na skraju wsi, by mogły szybko zmienić front w razie ataku od Dawid. W Dawidach zaś znajdował się gen. Kamieński z dwoma szwadronami Sasów. Działa Kamienieckiego były rozstawione na wschodnim skraju wsi, tak, by mogły ostrzeliwać się zarówno w kierunku drogi na Tarczyn, jak i Dawid. Bagna czyniły pozycję ciężką do zdobycia, tym bardziej, że polski dowódca kazał rozebrać mostek na Mrowie.

Około godziny 15 na drodze z Tarczyna pojawili się huzarzy austriaccy, z trudem poruszający się po wąskiej drodze. Kamieniecki zabronił strzelania do tych oddziałów, aby wciągnąć je w zasięg armat. Gdy kawaleria zbliżyła się na odległość mniej więcej 800 metrów spadł na nich huraganowy ogień polskiej artylerii, po którym kolumna rozerwała się na kilka części i powstało ogromne zamieszanie. Pociski i kartacze dosięgły wielu jeźdźców, spora część wpadła w bagna na skutek rozpierzchnięcia się koni. Wtedy gruchnęła salwa polskiej piechoty dziesiątkując oddziały wroga. Austriacy rzucili się do ucieczki. Po chwili znów zapanował spokój na tym odcinku.

Civalart, nie zważając jednak na wąską drogę i dobrze ulokowane oddziały polskie, nakazał ostrzał artyleryjski polskich pozycji i wkrótce przypuścił atak swoją piechotą. Nie szła ona tym razem drogą, lecz maszerowała wzdłuż pasa bagien, mając zamiar przejścia Mrowy i zaatakowania Polaków od wschodu. Tymczasem na drodze ukazała się kolejna kolumna piechoty, ściśnięta i pozbawiona ubezpieczenia na skutek małej szerokości traktu. Nie mogła się także rozwinąć w linie ogniową, co skwapliwie wykorzystał Kamieniecki rozkazując przypuścić ją na bliską odległość i powitać gradem kul. Już po pierwszych salwach, kolumny zaczęły się pospiesznie wycofywać. Nie mogły uczynić tego tylko dwa czołowe plutony wroga, które zdążyły już przeprawić się przez rzeczkę. Polacy rzucili zatem przeciwko nim kompanię woltyżerską z 2 baonu 1 pułku piechoty. W momencie jednak, gdy piechurzy gotowali się do walki na bagnety, plutony austriackie poddały się. Jak się później okazało, byli to Polacy z Galicji siłą wcieleni do armii cesarskiej.

Po dwóch porażkach dowódca austriacki zrozumiał, że nie może liczyć na rozstrzygnięcie tutaj i zaprzestał dalszych ataków. Nie mniej jednak, około godziny 16, kolumna piechoty, w sile dwóch batalionów pułku wołoskiego, posuwająca się na wschód, przebyła jeszcze Mrowę pod Dąbrówką i dotarła do Dawid. Nie doszło jednak do większego starcia, za wyjątkiem krótkiej potyczki z jazdą saską, bowiem polskie działa trzymały austriacką piechotę w bezpiecznej odległości, aż do zakończenia zmagań.

Również grupa Schaurotha nie odniosła spodziewanych efektów. Z opóźnieniem wyszła na drogę Nadarzyn – Raszyn, a zatrzymawszy się w pobliżu Janek, podjęła jedynie walkę artyleryjską, z miernym jednak skutkiem.

Ciężkie walki w rejonie Falent

Arcyksiążę Ferdynand, nie mogąc osiągnąć spodziewanej przewagi na innych odcinkach postanowił zaatakować głównymi siłami pozycje polskie w okolicy Falent. W tym celu, przed godziną 16, przesunął artylerię Civalarta oraz 24 działa z dywizji Mondeta i nakazał ostrzeliwanie polskich pozycji z 51 dział. Polacy dostali się pod huraganowy ogień. Bateria Sołtyka, w sile 9 armat, która do tej pory nadrabiała przewagę nieprzyjaciela swoją celnością, przestała się praktycznie liczyć wobec ogromnej nawały miotanych pocisków. Ferdynand odkrywszy słaby punkt polskiej obrony na odcinku lasku olchowego, gdzie pozycję zajmował 1 baon 8 pułku piechoty, rozkazał pułkowi Vukassovicha (2000 ludzi) atak na cześć 1 baonu 8 pułku piechoty broniącego skraju lasku, zaś od czoła, na palące się Falenty Duże miał nacierać wypoczęty pułk Davidovischa (3000 ludzi). Łącznie 1 batalion polski miał zostać zaatakowany przez pięć baonów austriackich. Było to wielkie zagrożenie dla Polaków, jako, że na prawej flance Godebskiego nie było praktycznie żadnej osłony, gdyż batalion Sierawskiego był zbyt oddalony od skraju lasku.

Gen Sokolnicki odgadłszy zamiary przeciwnika kazał przesunąć trzy działa na wylot grobli. Jednak w czasie marszu jedno z nich zostało trafione wrogim pociskiem. Dwa pozostałe wkrótce ponownie zaczęły prowadzić ogień.

O godzinie 16 pozycję Godebskiego zaatakowała piechota austriacka. Austriacy nie formowali linii ogniowych, lecz ruszyli do przodu chcąc podjąć walkę na bagnety. Przy tak znacznej przewadze liczebnej było to olbrzymie zagrożenie, więc Godebski próbując zmusić wroga do używania broni palnej, zmienił front swego oddziału i nakazał dawać salwy półbatalionami. Niestety, polskie strzały nie przynosiły zamierzonego efektu, a Austriacy nieprzerwanie parli do przodu. Także kartacze z dwóch polskich armat nie potrafiły ich zatrzymać. Rozpoczęła się walka wręcz. Już po chwili ziemia zasłała się ciałami żołnierzy obu walczących stron, bijących częściej kolbą, niż bagnetem. Po kilku minutach zażartych zmagań Polacy, wobec ogromnej przewagi liczebnej, zaczęli ustępować. Oddając swe pozycje. Części żołnierzy udało się schować za spalonymi zabudowaniami Falent Dużych, skąd strzelali ogniem zbiorowym. Tam też Austriacy posuwali się najwolniej. Również w lasku nie udało się Polakom oderwać od nieprzyjaciela nawet na moment. Piechota bezlitośnie nacierała dalej, zaś artyleria nie zważając na to, iż razi także swoich, strzelała potężnym ogniem. Dopiero za laskiem, tuż przed stawem, udało się części broniących odskoczyć od wroga. Austriacy zatrzymali się, czekając pod osłoną drzew na nadejście posiłków. Przed prowadzeniem dalszego marszu powstrzymywały ich szczególnie dwa działa stojące u wylotu grobli.

Sokolnicki rozkazał Godebskiemu uporządkowanie swoich oddziałów i podjęcie natychmiastowego kontrataku. W razie bowiem, gdyby stojące w lasku wojska nieprzyjaciela otrzymawszy posiłki, jednego, bądź dwóch batalionów zaatakowały groblę, cała polska straż przednia zostałaby odcięta od głównych sił w Raszynie. Cztery, znacznie przerzedzone kompanie ruszyły do natarcia na spaloną wieś, licząc, że uda im się połączyć z resztą 1 baonu walczącą w zabudowaniach. Od razu podjęli morderczą walkę z nieprzyjacielem, który powoli zaczął się cofać. Pośrodku wsi stał jedyny ocalały budynek – spichlerz dworski, z którego ostrzeliwała się wroga piechota. Podczas szturmowania go, ciężko ranny został płk Godebski. Znacznie pogorszyło to morale i tak wyczerpanych żołnierzy, którzy pod naporem przeciwnika ponownie zaczęli się cofać. W zabudowaniach zostały już tylko drobne grupki Polaków, więc Pelletier zaczął ostrzeliwać zgliszcza dwoma działami. Sokolnicki starał się uporządkować wykrwawiony 1 batalion, aby rzucić go do ponownego ataku. Znaczna część jego składu padła w boju, większość żołnierzy była lżej lub ciężej ranna, lecz żaden z nich, mimo ogromnego wycieńczenia nie protestował przeciwko podejmowanemu uderzeniu. Gen Fiszer przygalopował do oddziału osobiście, z okrzykiem na ustach, prowadził go do nowego przeciwnatarcia. Żołnierze z furią rzucili się na wroga spychając go bagnetami. Podczas tego ataku ranny został Fiszer, którego podkomendni wynieśli z placu boju. Niesamowitym wysiłkiem Polacy odbili niemal całe Falenty Duże, ale arcyksiążę Ferdynand już wysłał do boju nowe pułki. Garstka ta nie była w stanie im się przeciwstawić.

W tym czasie do gen. Sokolnickiego przygalopował książę Józef w otoczeniu swego sztabu. Sokolnicki wprowadziwszy go w sytuację, przedstawił pomysł ataku na lasek 1 baonem 1 pułku piechoty. Poniatowski pomysł zaakceptował i bez słowa pomknął do dowódcy batalionu ppłk. Wolińskiego. Na miejscu zeskoczył z konia, zdjął podbitą futrem burkę i wziąwszy z rąk żołnierza karabin krzyknął: ”Za mną bracia!” Dobosze uderzyli w werble, a żołnierze zaczęli marsz w wyznaczonym im kierunku. Ludzie z otoczenia księcia poszli za jego przykładem. Tego dnia, jak prości żołnierze bili się w tym pułku najwyżsi dowódcy. Batalion ruszył do ataku. Ze spokojem, nie wyciągając krótkiej fajki z ust, Poniatowski szedł z obnażonym bagnetem w jego szeregach. Polacy natarli tak gwałtownie, z taką wściekłością, że żołnierze austriaccy natychmiast zaczęli się cofać. Dwie kompanie skierował Woliński do wsi, jako wsparcie dla resztek 1 baonu 8 pułku piechoty. W ciągu kilku minut cały lasek i pogorzelisko Falent Dużych zostało oczyszczone z wrogich oddziałów, które uchodziły w popłochu. Odwrót oddziałów z rejonu Falent zatrzymał idące do nich posiłki. Polacy odzyskali pozycję, którą zajmowali na początku, a artyleria ponownie zaczęła ostrzeliwać oddziały Austriaków. Poniatowski zaś dopiero po wyparciu wroga powrócił do Raszyna. Sytuacja wróciła zatem do punktu wyjścia.

Austriacy byli zdezorientowani, nie mając pojęcia jak liczne oddziały mogli Polacy przed groblą postawić. Doszli więc do wniosku, iż w Raszynie i na skrzydłach pozostawione zostały tylko nieliczne oddziały, zaś główne siły polskie znajdują się przed groblą. Nikt bowiem nie byłby w stanie uwierzyć, po odrzuceniu kilkakrotnie liczniejszych oddziałów, że przed sobą ma zaledwie dwa bataliony i baterię artylerii w sile 9 armat. Arcyksiążę postanowił zatem zaatakować Janki oddziałem Schaurotha i dwoma batalionami z pułku De Ligne. Chciał w ten sposób wbić klin między pozycję w Falentach i Jankach. Dążył przez to do przełamania polskiej linii obrony w Jankach, a następnie zaatakowania od strony zachodniej oddziałów w Falentach, jednocześnie nacierając od frontu. Do wyjaśnienia sytuacji w Jankach kazał wzmóc ogień artyleryjski.

Atak Austriaków od zachodu i odwrót na pozycje główne

O godzinie 17:30 pułk piechoty De Ligne zaatakował stanowiska 1 batalionu 6 pułku piechoty w okolicy Janek. Płk Sierawski rozstawił batalion w czworobok i przyjął walkę z nieprzyjacielską piechotą nacierającą od strony traktu i kawalerią od strony Wypęd. Batalion powitał wroga salwami karabinowymi, lecz jednocześnie w porządku, ciągle się ostrzeliwując rozpoczął odwrót na pozycje główne. Pułk Vukassovicha postępował za pułkiem De Ligne, co groziło odcięciem polskiej straży przedniej od Raszyna z drugiej strony grobli. Orientujący się doskonale w położeniu gen Sokolnicki nakazał uporządkowany odwrót. W tym czasie jednak na Falenty ruszyło natarcie austriackiej piechoty. Polacy przyjęli taktykę walki, w której uderzali na wroga, a następnie odskakiwali do tyłu, a w tym czasie cofała się artyleria. Austriacy dostrzegając wycofywanie się Polaków przesunęli swe działa do przodu i zaczęli ostrzeliwać groblę. Dwie armaty polskie zostały trafione, co zatarasowało na pewien czas groblę, tym skuteczniej, że właśnie wchodzili na nią cofający się z Falent żołnierze. Sokolnicki własnym przykładem, poderwał żołnierzy do jeszcze jednego ataku na nieprzyjaciela, aby zapewnić oddziałom możliwość odwrotu. Wycieńczeni piechurzy kolejny raz odrzucili wroga na kilkadziesiąt metrów. Austriacy, nie chcąc ryzykować nowego natarcia otworzyli ogień karabinowy do cofających się Polaków wyrządzając im spore straty. Na szczęście w tej właśnie chwili odezwały się działa z Raszyna osłaniając uchodzącą piechotę. Dodatkowo płk Woliński z grupą około 100 grenadierów ostrzeliwał posuwających się za nimi siły nieprzyjacielskie.

Za cofającym się Sierawskim dotarło do Puchał kilka kompanii pułku Vukassovicha, które ogniem z karabinów wyrządzały straty stłoczonym Polakom. Ranny Godebski, widząc niebezpieczeństwo podbiegł do żołnierzy i próbował uformować z nich oddział do ataku na Puchały. Niestety, w tej właśnie chwili godziła go kolejna kula austriacka, tym razem już śmiertelna.

Do Puchał wysłał Poniatowski 1 batalion 2 pułku piechoty pod płk. Potockim, który ruszył na nieprzyjaciela z bagnetami i zmusił go do ucieczki. W tym czasie do wylotu grobli doszli już grenadierzy Wolińskiego, za którymi szły masy nieprzyjacielskiej piechoty. Potocki sformował więc linię ogniową i zaczął prowadzić salwy w kierunku Austriaków, aby oddział Wolińskiego mógł zająć pozycję. Następnie wycofał się pod osłoną saskich dział.

Walki pod Raszynem

Na pozycji raszyńskiej, po obu stronach drogi do Warszawy ustawiono 16 dział (w tym 12 saskich), z których prowadzono ciągły ogień. Oddziały wroga, tłoczące się groblą, przez prawie godzinę były na niego wystawione. Austriacy zaczęli silniej się ostrzeliwać dopiero po przesunięciu swej artylerii nad stawy.

Najcięższą zaprą ogniową dla posuwających się wojsk nieprzyjacielskich był młyn znajdujący się pomiędzy wylotem grobli, a skrajem wsi. Był otoczony wysokim murem i obsadzony przez niecały batalion saski i część 2 baonu 2 pułku piechoty. Nieustannie raziły one kulami posuwające się kolumny wroga. Na młyn została skierowana artyleria austriacka, lecz nie mogła dosięgnąć celu. Dopiero około godziny 20 Austriacy wdarli się do Raszyna i zaczęli ostrzeliwać młyn ze wszystkich stron. Działami zrobili też kilka wyłomów w murze, skąd wycofali się żołnierze. W młynie pozostała tylko garstka obrońców walczących z jego wnętrza. Niedługo później musiała się jednak poddać. Jak podaje G. Zych, byli to jedyni jeńcy, jakich udało się tego dnia Austriakom pojmać. Po chwili na wrogów ruszyło polskie przeciwnatarcie: 1 baon 6 pułku piechoty pod płk. Sierawskim oraz 1 baon 2 pułku piechoty pod płk. Potockim. Rozsypując się w luźne szyki pomiędzy zabudowaniami, odbijali walką na bagnety i kolby zajęte domostwa Raszyna. Wkrótce wyparli Austriaków całkowicie. Cichnąć zaczęły też działa. Około godziny 21 bitwa wygasła.

Po bitwie

Polacy nie byli w stanie utrzymać pozycji raszyńskiej następnego dnia. Konieczne było cofnięcie się w mury stolicy, bowiem choć przez jeden dzień walczyli jak równy z równym z ponad dwukrotnie liczniejszym nieprzyjacielem, a nawet odnosili nad nim sukcesy, to jednak mieli zbyt szczupłe i zbyt wyczerpane siły, aby móc skutecznie się nimi bronić przez następny dzień.

Ta siedmiogodzinna bitwa pozostała w zasadzie nierozstrzygnięta. Jakkolwiek wojska Księstwa Warszawskiego zadały spore straty Austriakom, wynoszące około 2500 w zabitych, ciężko rannych i jeńcach [dane za J. Skowronkiem i A. Sytą], lecz sami odczuli starcie bardzo boleśnie, stracili bowiem około 1000 – 1400 ludzi [dane minimalne za A. Sytą i B. Grochulską, dane maksymalne za J. Skowronkiem i G. Zychem], czyli około 10 % swojego stanu. Co więcej, tuż po bitwie książę Poniatowski, nie mogąc już dłużej ich zatrzymywać, zezwolił na odejście wojsk saskich. Pozostało zatem zaledwie 5000 piechoty i 4500 jazdy do dalszej obrony kraju, ale nie rozbite, gotowe walczyć dalej i dalej zamykające Austriakom drogę do Warszawy.

Podsumowanie

Bitwa pod Raszynem była pierwszą od piętnastu lat samodzielną bitwą polskiego wojska z zewnętrznym agresorem. Podniosła morale wojska, społeczeństwa, dowództwa. Pokazała, że talenty dowódcze i planistyczne, dyscyplina i umiejętności żołnierskie stoją wyżej niż przewaga liczebna. Raszyn był potrzebny potrzebny społeczeństwu i wojsku, by zaufali wodzowi naczelnemu, podejrzewanemu dotąd o najgorsze intencje z racji przynależności do rodziny Poniatowskich, którzy stali się nieomal symbolem zła w czasach zaborów. Raszyn był potrzebny Polakom, tak jak potrzebne były przed piętnastu laty Racławice, aby przypomnieć, do czego zdolny jest polski żołnierz, by wpisać się w narodową tradycję i legendę. Raszyn w końcu, jak pokazała historia, był potrzebny do związania Austriaków w stolicy i wyzwolenia Galicji, choć od razu po bitwie nikt o tym jeszcze nie myślał. Prawdą jest, że bitwa mogła zakończyć się porażką, prawdą jest, iż niosła ze sobą zagrożenie, wreszcie prawdą jest, że sytuacja wojsk polskich bezpośrednio po niej była bardzo trudna, ale jak pokazała historia, jej stoczenie miało sens, a dzisiaj, po 200 latach od tych wydarzeń, możemy stwierdzić, że chyba słusznie przeszła ona do legendy.


Bibliografia:

  1. G. Zych, Raszyn 1809′, Warszawa 1969
  2. A. Syta, W blasku napoleońskich orłów, Warszawa 1986
  3. St. Szenic, Bratanek ostatniego króla, Warszawa 1983
  4. B. Grochulska, Księstwo Warszawskie, Warszawa 1966
  5. J. Skowronek, Książę Józef Poniatowski, Wrocław 1986
  6. Polska w latach 1795-1864. Wybór tekstów źródłowych do nauczania historii, oprac. I. Rusinowa, Warszawa 1986


Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick i wysłać komentarz. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum. Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

2 komentarze

  1. Leszek napisał(a):

    Bardzo fajny artykul o bitwie raszynskiej.
    Wielkie dzieki !

    L.

  2. Jakub napisał(a):

    Wyczerpujący opis. Brawo !

Zostaw własny komentarz