„Muzyka jak powiew wolności...”. Koncerty zespołów zachodnich w PRL, które zatrzęsły socjalistyczną młodzieżą


Polska Rzeczpospolita Ludowa dla muzyków pochodzących z krajów spoza bloku komunistycznego była nieco egzotycznym miejscem na zagranie koncertu.

„The Rolling Stones” w 1965 r.

Niewielka popularność rock’ n rolla w porównaniu do Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, brak akceptacji i publiczne wyrażanie dezaprobaty władz dla pojawiającej się nowej, niepokornej i niczemu nie podporządkowanej kultury były powodem niechęci wielkich gwiazd do wystąpienia w PRL. Kilku znamienitych muzyków zdecydowało się jednak na ten krok i to dzięki ich przyjazdom zaszczepienie rocka w Polsce i nadanie wzorców pokoleniu tworzącego jego podwaliny było możliwe.

Skupić należy się głównie na trzech koncertach: Billa Ramseya, „The Animals” i „The Rolling Stones”. Wszystkie te wydarzenia odbiły się szerokim echem nie tylko w Polsce, ale również w innych krajach sowieckiej strefy wpływów i na dobre utkwiły w pamięci ich mieszkańców. Mowa głównie tu o młodzieży z Polski, Węgier i Czechosłowacji, ponieważ to tam wolność była stosunkowo największa.

Po „Poznańskim Czerwcu” zmienił się nieco krajobraz polityczny w PRL czego efektem było niewielkie rozszczelnienie granic i wpuszczenie trendów z kapitalistycznych państw do hermetycznie dotychczas zamkniętego socjalistycznego świata. Niejednokrotnie wspomniany już wyżej Franciszek Walicki w pełni wykorzystał możliwości jakie dała gomułkowska odwilż organizując I Międzynarodowy Festiwal Jazzowy w Sopocie.  Okazał się on wielkim sukcesem, a frekwencja przeszła najśmielsze oczekiwania organizatorów. Do Sopotu zjechało ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi tylko po to by posłuchać jazzu w najlepszym wykonaniu.

Wydarzenie to wywołało konsternację w szeregach Partii. Walicki wspominał to:

„Oni się przestraszyli, to była pierwsza, potężna manifestacja młodzieży przeciwko panującemu od lat ponuractwu, drętwej mowie, szarzyźnie i nudzie”.

Na pierwszej edycji Festiwalu Jazzowego nie goszczono jednak gwiazd zza oceanu, ale jedynie polskich przedstawicieli tego nurtu. Nie umniejsza to jego rangi i bardzo ważnego miejsca w historii należnej tej muzycznej inicjatywie.

„The Animals” w 1964 r.

Rok później na drugą odsłonę festiwalu, powszechnie znany i szanowany za swe poświęcenie i oddanie dla wspieranie rozwoju innych form kultury i sztuki niż socrealistyczna uznana za „jedynie słuszną ideologicznie”, Walicki, zaprosił pierwszą gwiazdę światowego formatu Billa Ramsaya.

Marek Karewicz dla zrealizowanej przez telewizję Discovery Historia serialu dokumentalnego Historia Polskiego Rocka powiedział:

„Ramsay śpiewał »Caladonie«, bardzo stary amerykański standard w sposób bardzo rock ‘n’ rollowy i to natchnęło Franka Walickiego. Wziął sobie kilku fajnych wokalistów i ci ludzie rozpoczęli mu granie polskiego rocka”.

Atmosfera była porywająca, zupełnie inna niż ta znana z występów polskich muzyków. Być może nie było osoby na widowni która nie brała czynnego udziału w koncercie, a w powietrzu wyraźnie unosił się duch rock ‘n rolla - nowej jakości przybyłej wraz z marynarzami wracającym z płytami i gazetami ze swych zamorskich wypraw i oczywiście wraz z białym amerykańskim jazzmanem – Billem Ramsayem.

II Międzynarodowy Festiwal Jazzowy był impulsem dla wszystkich świadomych muzycznie Polaków, że rozpoczęła się mentalna rewolucja która nawet z samego złożenia była sprzeczna z wyznawanymi przez większość ideałami przywiezionymi zza wschodniej granicy przez żołnierzy Armii Czerwonej. Władza niechętnie patrzyła na ten stan rzeczy czego najlepszym przykładem było odgórne rozwiązanie uznawanego za pierwszy polski zespół rockowy Rythm and blues. Jednakże ilość pojawiających się nowych zespołów, uświadomiła władzy jej bezradność. Każdy następny koncert zagranicznego wykonawcy był swego rodzaju manifestacją potrzeby cieszenia się wolnością, za którą tak rozpaczliwie tęsknili młodzi ludzie. Przez kilka lat od pamiętnego występu Remseya nie dopuszczono do koncertu bardziej znanych gwiazd. Bariera, a raczej bańka nadmuchiwana przez przestraszoną ewentualnymi konsekwencjami władzę, pękła już w 1960 r.

W tymże roku w studenckim klubie „Hybrydy” w Warszawie wystąpił na festiwalu Jazz Jamboree wystąpił uznawany za klasyk amerykańskiego jazzu The New York Jazz Quartet, zgromadzając tłumy młodzieży spragnionej muzyki w najlepszym wydaniu.

Trzy lata później do Polski zawitał Paul Anka, będący wtedy prawdopodobnie najbardziej znanym wokalistą zza żelaznej kurtyny w Polsce. Muzy miał zagrać aż osiem koncertów, jednak ostatni z nich nie doszedł jednak do skutku z powodu wieści o tragicznej śmierci prezydenta Stanów Zjednoczonych Johna F. Kennedy’ego.

Najbardziej owocny okazał się rok 1965 kiedy w Warszawie zagrali Cliff Richard i The Shadows, a kilka koncertów w większych miastach dała brytyjska kapela  „The Animals„ znana z genialnego wykonania melodii ludowej z teksasu The House of the rising sun (ang. Dom wschodzącego słońca). Koncerty ”animalsów” przeszły do historii jako pierwsze prawdziwie rockowe przedstawienie: pełne szaleństwa, krzyków, wspaniałego i głośnego grania. W roku następnym Polskę odwiedzili The Artwoods oraz Johnny Hallday z zespołem Eddie’go Vartana.

Na najbardziej wyjątkowy koncert, czyli największej ówczesnej gwiazdy muzycznej na świecie przyszło Polakom czekać do 13 kwietnia 1967, kiedy w Sali Kongresowej w Pałacu Kultury i Nauki zagrała kapela której nazwa już w latach 60’ była symbolem buntu, frywolnych zachowań i kwintesencją rocka  „The Rolling Stones„ – ”najlepszy zespół w stylu beatlesowym” jak wówczas określano wspominany ten rodzaj grania.

Występ ten mógł obyć się tylko i wyłącznie dlatego, że zespół spotkał się z odmową władz Związku Radzieckiego na występ w Moskwie, który decyzje swą motywował zagrożeniem wynikającym z ewentualnego przyjazdem brytyjskich chuliganów mających za sobą szeroko komentowane ekscesy narkotykowe. Powodem mogła być jednak obawa przed antykomunistycznymi reakcjami podczas występu na którym spodziewano się dziesiątek tysięcy ludzi.

Pomysł występu w Warszawie jak alternatywy dla stolicy ZSRR, narodził się w głowach samych muzyków. Partia rzecz jasna nie była entuzjastycznie nastawiona do tego pomysłu, ponieważ  ich zdaniem nikt w kraju nad Wisłą nie był gotowy na przyjazd najmodniejszego i najbardziej skandalizującego zespołu na świecie i niestety po części nie sposób się z tą opinią nie zgodzić, ponieważ nie dysponowano sprzętem muzycznym zdolnym sprostać wymaganiom muzyków, przez co z technicznego punktu widzenia, koncert był nieudany.

Polski bez wątpienia nie było stać na zapłacenie „Stonesom” honorarium (mityczna wręcz wydaje się być dziś historia o wypłaceniu gaży w formie dwóch wagonów wódki, cofniętych jednak przez brytyjskich celników) co potwierdzają słowa ich ówczesnego basisty Billa Wyman’a:

„Pieniądze były z tego żadne – nasze honorarium graniczyło z jałmużną. Ale słyszeliśmy, że młodzież we Wschodnim Bloku zdobywa nasze płyty na czarnym rynku i słucha nas w radio. Na długo zanim »głastnost« (ros. jawność) stała się modnym słowem, byliśmy skłonni rozbijać bariery pomiędzy Wschodem i Zachodem”.

Pieniądze które zostały wypłacone muzykom wystarczyły zaledwie na opłacenie hotelu i pożywienia podczas pobytu.

Zgodę na występ wyraził sam I Sekretarz Władysław Gomułka. Wierząc słowom Piotra Metza, dziennikarza Programu Trzeciego Polskiego Radia pozwolenie wyprosiły jego wnuczki! Pałac Kultury profilaktycznie został otoczony szczelnym kordonem złożonym z uzbrojonych milicjantów, funkcjonariuszy ZOMO i ORMO wysłanych przez władze obawiające się rozruchów wywołanych przez podnieconą rangą wydarzenia młodzież. Obawy nie były bezzasadne ponieważ zdecydowana większość biletów została rozprowadzona pomiędzy członków partii komunistycznej, nie zostawiając  niczego dla prawdziwych fanów.

Jako support wystąpiła polska gwiazda Czerwono–Czarni, którzy rozgrzali publiczność. Kiedy na scenę wyszła gwiazda wieczoru pojawiły się pierwsze problemy. Klawiszowiec grupy już na początku spalił kabel od organów, a z braku zastępczego musiał pożyczać go od Ryszarda Poznakowskiego, muzyka z zespołu supportującego. Piosenki oczywiście nie brzmiały tak jak powinny, ponieważ nagłośnienie Sali Kongresowej nie było przystosowane do tego rodzaju grania.

Oba zagrane koncerty zostały skrócone przez menagera zespołu z powodu fatalnej akustyki i „dziwnej atmosfery” panującej na audytorium. Wyman wspomina te występy w sposób następujący:

„Za każdym razem kiedy ludzie wstawali i oklaskiwali nas albo krzyczeli, przepychali się do nich »oficjele« i udzielali im reprymendy. My na scenie byliśmy bezsilni, ale okropnie było przypatrywać się, jak represjonowane są spontaniczne ludzkie reakcje. Pod koniec koncertu widzowie zaczęli skandować „Ajkentgetno!” i nie od razu zdaliśmy sobie sprawę, że chodzi o (I Can’t Get No) Satisfaction”.

W między czasie wzburzony tłum złożony z około dziesięciu tysięcy ludzi toczył regularne bitwy z siłami bezpieczeństwa. Zespół dowiedziawszy się o tym był oburzony i jednocześnie współczuł młodzieży, której pozwolono usłyszeć na żywo ulubionych piosenek.

Koncerty „The Kinks”, „The Shadows”, „The Animals”, Poul’a Anki i oczywiście „The Rolling Stones” miały niebagatelne znaczenie dla młodzieży, która przez kilka godzin w Sali koncertowej, mogła poczuć się jak ich rówieśnicy zza żelaznej kurtyny . Występy tych zespołów zmieniły obraz polskiego rocka nadając jej nieznana wcześniej formę.

Na prawdziwy bum polskiego rocka trzeba było poczekać jednak aż dekadę. Kiedy już to się stało, podczas występu Kory i Maanamu na opolskiej scenie w 1980 roku doszło do muzycznego buntu wymierzonego w stronę wypaczonej rzeczywistości kreowanej przez komunistów.

Opracowano na podstawie:

  1. Polska Kronika Filmowa: odcinki: 1960.14A; 1964,48B; 1968.45A; 1967.17B.
  2. Danie Wyszogrodzki, The Rolling Stones – satysfakcja, Łódź 1989.
  3. L. Gnoiński, W. Słota, Historia Polskiego Rocka odc. 1, Polska 2008.
  4. Anna Idzikowska – Czubaj, Funkcje kulturowe i historyczne znaczenie polskiego rocka, Poznań 2006
  5. http://www.polskieradio.pl/6/13/Artykul/350779,Fakty-i-mity-o-warszawskim-koncercie-Stonesow-z-1967-roku (dostęp 3.IX.2012)

Te artykuły również mogą Cię zainteresować:
Znajdujące się w portalu artykuły nie zawsze prezentują opinie zgodne ze stanowiskiem całej redakcji. Zachęcamy do dyskusji nad treścią przeczytanych artykułów, by to zrobić wystarczy podać swój nick i wysłać komentarz. O naszych artykułach możesz także porozmawiać na naszym forum. Możesz także napisać własny artykuł i wysłać go na adres naszej redakcji.

9 komentarzy

  1. Paweł napisał(a):

    Autorowi gratuluję znajomości tematu. The Animals to według niego AMERYKAŃSKI zespół (w rzeczywistości brytyjski). Jeden z przebojów Billa Ramseya tytułuje „Celadonie” (prawdziwy tytuł to „Caldonia”). I cała masa innych, drobniejszych błędów... A ‚najweselszym barakiem w obozie’ nazywano Polskę, a nie Węgry (jak wydaje się autorowi).

    • Wojtek Duch napisał(a):

      Dziękujemy za czujność i zwrócenie uwagi na te elementy. Natychmiast naniesiono poprawki, a autora poprosimy o większą uwagę przy kolejnych tekstach.

  2. kwaku napisał(a):

    Bardzo ciekawy tekst, opisujący wielkie wydarzenie muzyczne jakim był występ Rolling Stones w Polsce. Bez wątpienia ówczesny klimat polityczny takim wydarzeniom nie sprzyjał. Jednak autor chyba zbyt wikła się w politykę, nie będąc w stanie zauważyć, że zespół był kontrowersyjny nie tylko w komunistycznej Polsce, ale w całym ówczesnym świecie.
    Koncerty Rolling Stones trzęsły nie tylko, jak to ujął autor - socjalistyczną młodzieżą, ale również młodzieżą na całym świecie. I w każdym kraju wywoływały kontrowersje (czasem nawet rozruchy), niezależnie od ustroju.
    Wystarczy przypomnieć obiekcje wyrażane w brytyjskiej prasie przed pierwszym koncertem zespołu w USA, czy liczne konflikty z prawem jakie mieli członkowie zespołu.
    Autor najwyraźniej zapomina, że rok 1968 początkujący rewolucję w sferze obyczajów, miał dopiero nadejść. Skupiając się na ustroju panującym w gomułkowskiej Polsce, traci zupełnie z oczu wszechobecny konserwatyzm, niezależny od ustroju. A z nim to właśnie zespół miał ciągłe problemy. Nawet w Wielkiej Brytanii.

    Duży plus dla autora za przypomnienie tego wydarzenia, minus za przerysowanie tła historycznego.

    Pozdrawiam

  3. Aspi napisał(a):

    Znajomosc tematu wrecz denna!Ale to typowe dla dzisiejszych „dziennikarzy”, ktorzy z tematem zaznajamiaja sie bardzo powierzchownie. Nie majac wlasnego doswiadczenia z tamtych lat, polegajac na przerobkach domoroslych ekspertow, powielaja bledy przyczyniajac sie do wypaczen. Zwiazek Rdziecki bal sie koncertow Stonesow, a Gomulka dal sie namowic wnuczkom? Co za bzdura! Kto w to uwerzy, chyba tylko ci ktorzy nie zyli w czasach Zimnej Wojny. Polski koncert Stonesow byl politycznym manewrem wymierzonym przeciwko zachodniemu establishmentowi. Polska dostala od Zwiazku Radzickiego zgode na ten eksperyment, bo liczyli ze skloni to lewicujaca mlodziez Zachodu do socjalistycznej idei. Wybrani i wyprobowani lojalni dzialacze i prezenterzy radiowi posluzyli jako doradcy. Stad selektywna widownia i nieliczni dopuszczeni do rozmowy z muzykami.Prawdziwi fani, to ci ktorzy stali na zewnatrz, bici palami i oblewani armatkami wodnymi. Eksperyment sie nie udal, bo Stonesi gdy zobaczyli co se dzieje, dali wyraz swojemu oburzeniu. Do tej pory nie chca o tym wspominac, bo wywoluje to w nich awersje. Mam wrazenie, ze to jeszcze jedna sprytna proba reklamy wypocin M.Jacobsona na temat pierwszego koncertu Stonesow w Warszawie. ja nie kupuje! Autorowi radze pogrzebac w dostepnych publikacjach.

  4. jans napisał(a):

    ja bym nie przesadzał z tym, że Maanam dokonał jakiegoś wyłomu. Tak walczyli z komuną, że nagrywali płyty, grali ich w każdej rozgłośni radiowej i wreszcie grali takie ilości koncertów jak nigdy później. Na pewno znacznie bardziej autentyczne były zespoły przecierające szlak poprzez Jarocin, a nie mające takich układów jak Maanam.

  5. Piotr napisał(a):

    A czy przypadkiem we Wrocławiu nie występował angielski zespół „MUD”? Co skończyło się konfrontacją z milicją od Hali Ludowej do Placu Grunwaldzkiego? Czy ktoś to pamięta?

  6. margo napisał(a):

    A nigdzie nie ma o koncercie The Animals w Łodzi. Jako support (tak to się obecnie nazywa)wystąpił Czesław Niemen. Byłam w obstawie ojca, który uważał, ze jestem za młoda na samodzielne wyjścia. Ciężko to przeżył.

  7. Cezary napisał(a):

    Piotrze dokładnie masz rację co do zespołu MUD.Byłem w ówczesnej Hali Ludowej na koncercie był to rok 1977 lub 1978? Przebywałem wtedy na wakacjach u rodziny.W pierwszym dniu zaraz po wyjściu z dworca PKP zauważyłem plakaty z informacją o koncercie.Niezwłocznie udałem się pod Halę i od tak zwanego„ konika „nabyłem bilet za pieniądze przeznaczone na całe moje wakacje!!!Jednak warto było😀😊😀🎸🎸🎤🎸🎸

  8. Inocenty napisał(a):

    Na 100 % był w Zabrzu mam foto ..

Zostaw własny komentarz